"Rewolucja, rewolucja aż do zwycięstwa", "Mubarak, wyjedź do Arabii Saudyjskiej lub Bahrajnu", "Nie chcemy cię" - wykrzykują i śpiewają protestujący. Według obecnych na miejscu reporterów tłum nie jest jednak agresywny: zebrani cały czas robią sobie zdjęcia i niemal natychmiast umieszczają je w internecie. Plac trzęsie się od śpiewu zgromadzonych ludzi. Wielu z nich nocowało na Tahrir. Od rana krąży też żarcik: wkrótce 82-letni prezydent Hosni Mubarak nie będzie pojawiać się na antenie stacji CNN czy BBC - lecz na History Channel.

Zebrani oczekują zapowiedzianego na wieczór wystąpienia któregoś z liderów opozycji: laureata Pokojowej Nagrody Nobla Mohammeda ElBaradei albo innego noblisty - chemika Ahmeda Zuweila. Tłum nie zamierza rozchodzić się, choć ogłoszona wcześniej przez władze godzina policyjna wciąż jest w mocy.

Większość agencji twierdzi, że w centrum Kairu protestuje ponad dwieście tysięcy ludzi. Jednak korespondent stacji Al Dżazira, który znajduje się na miejscu twierdzi, że jest ich "co najmniej dwa miliony". Wcześniej organizatorzy zapowiadali udział około miliona osób w całym kraju: nie tylko w Kairze, ale też w Aleksandrii - gdzie protestuje co najmniej 50 tysięcy ludzi.

Nad centrum miasta krążą śmigłowce, a armia kontroluje część dróg wjazdowych do Kairu. Jednak woskowi zapowiedzieli, że nie mają zamiaru użyć siły wobec tłumu. Najwyraźniej jednak, nie mają też zamiaru dopuścić do tego, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. O to dosyć łatwo: trwająca od tygodnia rewolta pochłonęła co najmniej 125 ofiar śmiertelnych. Z kolei osoby biorące udział w wiecu na placu Tahrir próbują podtrzymać pokojową atmosferę: na czołgach kładą kwiaty i wymieniają życzliwe uwagi z żołnierzami. Mundurowi odwdzięczają się ulotkami z zapewnieniem: "Macie prawo wyrażać swoje zdanie w cywilizowany sposób".

Jak twierdzi wysłannik Al Dżaziry, wojskowi zatrzymali osoby posiadające broń - najprawdopodobniej agentów (lub prowokatorów) służb bezpieczeństwa, którzy próbowali "zinfiltrować" tłum. Według tego samego źródła żołnierze natrafili też na samochód wypakowany po brzegi bronią i amunicją. Aresztowano osoby, które w nim siedziały.

Na ulicach, dochodzących do placu Tahrir, cywile sprawdzali dokumenty ludziom idącym na demonstrację. Agencja dpa pisze, że wśród demonstrantów jest znacznie więcej członków radykalnego Bractwa Muzułmańskiego niż w poprzednich dniach. Ugrupowanie to jest formalnie zakazane jako partia polityczna, ale cieszy się dużą popularnością i jest tolerowane przez władze.


Według reporterów poza placem Tahrir miasto całkowicie opustoszało. Na ulicach, którymi codziennie krążą tysiące samochodów, panuje niezwykła cisza i spokój. W całym mieście pozamykano niemal wszystkie sklepy, a ceny żywności skoczyły w górę - podobno nawet kilkudziesięciokrotnie.

Podobny, 50-tysięczny tłum zebrał się też w północnej części miasta Aleksandria. Tam do protestujących przeciw reżimowi muzułmanów dołączyli też miejscowi chrześcijanie i zwolennicy wszystkich lokalnych ugrupowań politycznych. Protestujący zebrali się przed meczetem Qaed Ibrahim i dworcem kolejowym w centrum Aleksandrii, drugiego co do wielkości miasta Egiptu. "Jeden lud, jedno żądanie", "Mubarak, obudź się, to twój ostatni dzień" - krzyczą protestujący.

Demonstranci trzymają w rękach egipskie flagi i skandują hasła wzywające do odejścia prezydenta Hosniego Mubaraka. Kilka osób niosło trumnę, krzycząc: "Mubarak umarł bez miłosierdzia bożego".

Władze miasta zapewniają jednak, że tamtejszy port - jeden z kluczowych dla całego kraju - działa bez zakłóceń, a jego bezpieczeństwa strzegą wzmocnione siły ochrony. Oznacza to utrzymanie dostaw pszenicy i bydła, kluczowych towarów, których Egipt nie jest w stanie sam wyprodukować.

Reżim próbuje się bronić: państwowa telewizja wyemitowała nagranie z demonstracji w obronie prezydenta Mubaraka. Widzowie mogli dostrzec jedynie zbliżenia twarzy demonstrantów i banery z hasłami poparcia dla prezydenta. Reporterzy państwowej stacji skrzętnie ukryli to, jak liczna była to manifestacja. Z kolei w pobliżu egipskiego MSZ zebrało się kilkuset zwolenników Mubaraka. Skandują "Tak dla Mubaraka, nie dla ElBaradeia, nie dla szpiegów w Egipcie". Jak odnotowuje Reuters, ich bardzo niewielka liczba w porównaniu z tłumami na placu Tahrir podkreśla, jak mało popularny jest prezydent.

Tymczasem pięćdziesiąt egipskich organizacji pozarządowych ochrony praw człowieka wezwało we wtorek w komunikacie prezydenta Hosniego Mubaraka do oddania władzy w celu uniknięcia przelewu krwi. "Prezydent Mubarak musi szanować wolę ludu egipskiego i wycofać się w celu uniknięcia przelewu krwi" - napisano we wspólnym komunikacie.


Najprawdopodobniej takie jest też stanowisko Waszyngtonu. Amerykański dziennik "The New York Times" twierdzi, że były ambasador USA w Egipcie i weteran bliskowschodnich zakulisowych rozgrywek Frank Wisner podczas swojego spotkania z sędziwym Mubarakiem delikatnie próbował namówić go do ustąpienia i oddania władzy. Informacje te nie zostały jednak w żaden oficjalny sposób potwierdzone. Otwarcie wystąpił za to szef kongresowej Komisji Spraw Zagranicznych i były kandydat do prezydentury John Kerry. W swojej analizie otwarcie napisał, że Mubarak musi pogodzić się z faktem, że czas jego rządów dobiegł końca.

Wśród apelujących do władz organizacji znalazły się najważniejsze egipskie instytucje ochrony praw człowieka: Centrum Studiów nad Prawami Człowieka w Kairze, Egipskie Stowarzyszenie Praw ekonomicznych i Społecznych oraz Arabskie Centrum na rzecz Niepodległości i Sprawiedliwości. Instytucje te wezwały do przyjęcia "nowej konstytucji, którą opracowałaby komisja z reprezentantami wszystkich partii i sił politycznych, a także społeczeństwa obywatelskiego".

Organizacje domagają się również przeprowadzenia "wolnych i przejrzystych wyborów parlamentarnych i prezydenckich w ciągu sześciu miesięcy pod nadzorem wymiaru sprawiedliwości".

Wyniki wyborów parlamentarnych, które odbyły się 28 listopada i 5 grudnia, są szeroko kontestowane. Główne formacje opozycyjne w Egipcie domagają się ich anulowania ze względu fałszerstwa.

Komunikat NGO's-ów opublikowano w dniu, na który zapowiedziano w Kairze i Aleksandrii "marsz milionów". We wtorek rano w centrum egipskiej stolicy zgromadziło się już kilka tysięcy demonstrantów, którzy domagają się ustąpienia prezydenta Mubaraka, pomimo powołania nowego rządu.

Apele te nie pozostają bez echa: nowo mianowany wiceprezydent Egiptu, Omar Sulejman, zapowiedział, że ubiegłoroczne wybory parlamentarne zostaną powtórzone przynajmniej w tych dystryktach, gdzie doszło do najbardziej ewidentnych fałszerstw wyborczych. Oświadczenia tego polityka można uznać za stosunkowo wiarygodne: od kilkudziesięciu lat Sulejman jest "szarą eminencją" Egiptu - wszechpotężnym szefem wywiadu, który uchodzi za jedną z najważniejszych osób na Bliskim Wschodzie, obok szefa izraelskiego Mosadu. To z nim właśnie, po ewentualnej dymisji Mubaraka, rozmawiać chcą przywódcy opozycji.


Z kolei współpracownicy jednego z najważniejszych liderów opozycji - byłego szefa MAEA Mohammeda ElBaradei - zapowiadają, że są skłonni podąć proponowany przez władze kraju dialog. Jest jednak jeden konieczny warunek: prezydent Hosni Mubarak musi wcześniej złożyć dymisję. Niech wyjedzie z kraju - wzywa ElBaradei. - Tylko w ten sposób ocali skórę - dodaje.