Lądując w ostatnią niedzielę na lotnisku imienia Ben Guriona w Tel Awiwie, Hugh Lanning nie mógł przewidzieć, co go czeka. opowiadał reporterce brytyjskiego dziennika „The Independent”. – zapewniał.
Tym razem było inaczej. Na 64-letniego przewodniczącego działającej w Wielkiej Brytanii organizacji Palestine Solidarity Campaign czekali już funkcjonariusze służb bezpieczeństwa. Podczas nieformalnego przesłuchania, które trwało osiem godzin, dopytywali o szczegóły jego poprzednich wizyt w Izraelu, działalność polityczną na Wyspach, a wreszcie o kontakty, jakie Lanning miał w Izraelu, na Zachodnim Brzegu oraz w Strefie Gazy. Ale kluczowe znaczenie dla wyniku przesłuchania miała pewna fotografia. Zrobiono ją w 2012 r., kiedy Lanning wziął udział w konwoju z pomocą humanitarną dla mieszkańców Strefy Gazy. Aktywistom zorganizowano wtedy spotkanie z Ismailem Haniją – liderem Hamasu, piastującym wówczas stanowisko premiera rządu kontrolującego tę enklawę. tłumaczył Lanning. – ironizował dawny związkowiec i kandydat na laburzystowskiego deputowanego do Izby Gmin.
Konfrontacja zakończyła się późnym wieczorem. – oburzał się Brytyjczyk. W poniedziałek rano został odprowadzony do samolotu do Londynu i wrócił na Wyspy.
Wyjaśnień udzieliła po fakcie izraelska ambasada w Wielkiej Brytanii. podkreślił rzecznik placówki. –
Ani to żydowskie, ani demokratyczne
Hugh Lanning został już okrzyknięty „pierwszą ofiarą” budzącej kontrowersje ustawy przegłosowanej w Knesecie tydzień wcześniej. Po burzliwym trzykrotnym czytaniu ustawy za ostatecznym tekstem opowiedziała się większość głosujących – 46 deputowanych, od centrowej partii My Wszyscy (Kulanu), przez członków rządzącego Likudu, po skrajnie prawicową, religijną partię Żydowski Dom (Habajit Hajehudi). Przeciwko było 28 deputowanych partii lewicowych, przede wszystkim Unii Syjonistycznej i Merec. Ale, co uderzające – mimo wszystkich kontrowersji – w 120-osobowym parlamencie niemal pięćdziesięciu posłów w ogóle nie zajęło stanowiska w tej sprawie. Ba, nawet w łonie najbardziej zaangażowanych w dyskusję ugrupowań nie było konsensusu.
Ale też trudno się dziwić. Dotychczasowe zasady wjazdu do Izraela zakładały niemal automatyczne przyznanie trzymiesięcznej wizy wszystkim, którzy chcieli się dostać – czy to do samego Izraela, czy też na terytoria palestyńskie. Oczywiście, kto wcześniej dużo jeździł po krajach arabskich albo zwrócił na siebie uwagę izraelskich służb, z dużym prawdopodobieństwem mógł się spodziewać kontrolnej rozmowy na lotnisku. Zwykle jednak krótszej i zapewne nieco przyjemniejszej niż ta, w której musiał wziąć udział Lanning. W skrajnych przypadkach wydania wizy mógł odmówić minister spraw wewnętrznych.
Nowe przepisy są na tyle mętne, że liczba osób objętych zakazem może pójść w tysiące, a zarazem – przy łagodniejszym podejściu służb bezpieczeństwa – może w niewielkim stopniu zmienić dotychczasową sytuację. Zgodnie z obecnym prawem Izrael nie przyzna wizy wjazdowej ani pozwolenia na stały pobyt osobom, które „publicznie wzywały do bojkotu Państwa Izrael lub też zapowiedziały wzięcie udziału w takim bojkocie”. Ustawa nie precyzuje jednak, czym jest „publiczne wezwanie” – co może równie dobrze oznaczać felieton w prasie, wystąpienie w czasie wiecu, ale i post w mediach społecznościowych. Nie określono też procedur egzekwowania zakazu. „Nie sformułowaliśmy jeszcze mechanizmów koniecznych do implementacji tego prawa, ale pracujemy nad tym wraz z ministerstwem spraw wewnętrznych” – komentował lapidarnie izraelski minister bezpieczeństwa publicznego Gilad Erdan dla amerykańskiego dziennika „The Washington Post”.
Powściągliwość usprawiedliwiona, bo debata na temat prawa jest wyjątkowo burzliwa, nawet jak na izraelskie standardy.– grzmiał w Knesecie deputowany partii Żydowski Dom. – Ta ustawa jest konieczna. Pozwala Izraelowi bronić się przed tymi, którzy życzą mu źle – sekundował mu lider partii Naftali Bennett. przekonywał z kolei Roy Folkman z centrowej partii Kulan, jeden z inicjatorów ustawy.
Po drugiej stronie politycznej barykady argumentuje się jednak równie zażarcie. dowodziła posłanka lewicowej partii Merec Tamar Zandberg. uzupełniał Dov Khenin ze Zjednoczonej Listy. przekonywał. – ucięli w oświadczeniu liderzy liczącego sobie niemal cztery dekady historii ruchu pokojowego Peace Now. – podsumowali.