"Ci, którzy zawsze uważali, że UE jest biurokratycznym molochem o nieprzejrzystej strukturze, rządzonym przez sitwę, mogą czuć się utwierdzeni w swoich przekonaniach. Spitzenkandidat miał nadać twarz zjednoczonej Europie. Socjalista Frans Timmermans i konserwatysta Manfred Weber zmierzyli się w uczciwym pojedynku i nakręcili frekwencję w wyborach" - przypomina tabloid "Bild".

Reklama

"Efekt jest jednak taki, że najwyższe stanowisko w Brukseli ma objąć niemiecka minister obrony, która w ogóle nie startowała w wyborach. Weber został całkowicie wykluczony, a Timmermans dostanie na pocieszenie fotel zastępcy szefa KE" - ubolewa najpoczytniejszy dziennik nad Renem.

Zdaniem "Bilda" kandydatura von der Leyen paradoksalnie świadczy o słabości kanclerz Niemiec Angeli Merkel, gdyż nie potrafiła wywalczyć stanowiska dla Webera, była gotowa poprzeć Timmermansa, nie doceniła oporu wobec tej kandydatury w Europejskiej Partii Ludowej, aż w końcu musiała wyciągnąć z kapelusza "sfatygowaną" minister obrony.

"Wybory? Właściwie po co? W końcu i tak ktoś dostanie taką funkcję, żeby duzi gracze jak Macron i Merkel byli zadowoleni" - konstatuje bulwarówka.

Wtóruje jej lewicowo-liberalny dziennik "Sueddeutsche Zeitung" zaznaczając, że gdyby von der Leyen została szefową KE, to byłby to policzek przede wszystkim dla młodych ludzi, którzy podczas kampanii wyborczej do PE angażowali się na rzecz zwiększenia demokracji w Unii.

"Byłaby to niedwuznaczna aluzja pod adresem setek milionów wyborców: możecie sobie głosować, jak chcecie, ale najważniejsze decyzje i tak wytargujemy w gronie szefów państw i rządów. Tak doprowadza się Europejczyków do frustracji i zaprzepaszcza rozmach, jaki idei europejskiej nadała wysoka frekwencja w wyborach" - uznaje monachijska gazeta.

Reklama

Dodatkowo, zdaniem "SZ", von der Leyen nie nadaje się na szefową KE - w opinii gazety przez sześć lat udowodniła, że jest słabą minister obrony i nie radzi sobie z problemami Bundeswehry. Kierowanie Komisją przekraczałoby jej kompetencje - przekonuje.

"Parlament Europejski powinien wystąpić przeciwko narzuconej kandydaturze. Tylko w ten sposób da się uniknąć kolejnego po brexicie osłabienia UE. Tym razem dokonanego przez samych przywódców państw członkowskich" - apeluje "Sueddeutsche Zeitung".

Konserwatywny "Frankfurter Allgemeine Zeitung" reprezentuje diametralnie odmienną opinię. Przypomina, że to nie Rada Europejska obiecała wyłonić szefa KE spośród spitzenkandidaten, tylko duże grupy w Parlamencie Europejskim. Zgodnie z traktatami Rada i PE powinny współpracować przy obsadzaniu stanowisk: szefowie państw i rządów nie mogą nakazać europosłom, jak mają głosować. Ale również PE nie może narzucać Radzie kandydata, którego ma ona wyłonić.

"Twierdzenie, że znów przeważyły autorytarne machinacje, grzebiąc domniemaną demokratyczną zasadę (spitzenkandidaten - PAP), jest nieprawdziwe. Szefowie państw i rządów, którzy podjęli swoją decyzję bez głosu sprzeciwu, pochodzą z demokratycznego wyboru. Nawet - w co nie wszyscy zdają się wierzyć - (premier Węgier) Viktor Orban" - ironizuje "FAZ".

"Stanowiska reprezentowane przez Warszawę, Budapeszt czy Rzym nie muszą się podobać. Zmagania o nieuniknione kompromisy stały się w UE trudniejsze. Zwłaszcza posłowie powinni byli zauważyć, jak wygląda polityczna rzeczywistość w Europie" - dodaje.

We wtorek szczyt UE nominował Niemkę Ursulę von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej, a premiera Belgii Charles'a Michela wybrał na przewodniczącego Rady Europejskiej. Francuzka Christine Lagarde ma zostać prezesem Europejskiego Banku Centralnego, a Hiszpan Josep Borrell szefem unijnej dyplomacji.