Do wejścia tureckich żołnierzy na terytorium Iraku doszło zaledwie dzień po tym, jak premier Recep Tayyip Erdogan wyraził zgodę na operację. Wzięło w niej udział 100 komandosów, sześć helikopterów i podciągnięta pod granicę z Irakiem artyleria. Sztab tureckiej armii poinformował, że żołnierze zabili około 60 partyzantów PKK i zniszczyli ich bazę. "Podobne operacje będą kontynuowane" - zapowiedziała wczoraj w specjalnym oświadczeniu generalicja.

Tymczasem iraccy Kurdowie zaprzeczają, by doszło do akcji komandosów. Zarówno rzecznik szefa kurdyjskiego autonomicznego rządu Masuda Barzaniego, jak i przedstawiciel PKK w Sulejmanii twierdzą, że doniesienia o operacji są fałszywe. "Ani inwazji, ani bombardowań w północnym Iraku nie było" - powiedzieli. Z kolei rzecznik sił amerykańskich w Iraku mjr Winfield Danielson oświadczył, że do ich sztabu nie dotarły jeszcze żadne potwierdzone informacje o tureckim ataku.

Schronienie w Iraku przed turecką armią znalazło ponad 3 tysiące bojowników PKK przez lata walczących z Ankarą o niepodległość Kurdystanu. Często dokonywali oni z baz w północnym Iraku ataków na tureckich żołnierzy. Turecki rząd już kilkakrotnie groził przeprowadzeniem wielkiej operacji przeciwko PKK, jednak za każdym razem powstrzymywał go Waszyngton.

Stany Zjednoczone obawiają się bowiem, że wejście tureckiej armii do irackiej części Kurdystanu doprowadzi do wybuchu regularnej wojny, która szybko ogarnie i tak już niespokojny kraj. To z kolei oznaczałoby najprawdopodobniej rozpad Iraku na trzy zwalczające się części: kurdyjską, sunnicką oraz szyicką.