Nocą turecka armia wkroczyła dziesięć kilometrów w głąb terytorium Iraku. Sztab naczelny w Ankarze chce zniszczyć znajdujące się w Iraku bazy rebeliantów z Partii Pracujących Kurdystanu (PKK).

Reklama

"Tureckie Siły Zbrojne, które przywiązują dużą wagę do jedności terytorialnej i stabilności Iraku, powrócą do domu w najkrótszym możliwym czasie" - podkreśliła armia. Dodano, że zarówno Waszyngton jak i Bagdad zostały uprzedzone o operacji.

Tymczasem władze Iraku utrzymują, że nic im na ten temat nie wiadomo. "Do tej pory nie otrzymaliśmy od straży granicznej żadnych informacji o tureckich wojskach przekraczających granicę" - zaznaczył szef dyplomacji Iraku Hosziar Zebari.

Kroki tureckiej armii dyplomatycznie krytykują Stany Zjednoczone. Przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Stanu ocenił, że wejście tureckich wojsk do północnego Iraku "to nie najlepsza wiadomość".

Słów krytyki nie szczędzą też dyplomaci europejscy. Komisja Europejska poinformowała, że uważnie śledzi turecką ofensywę i wezwała Ankarę do "unikania nieproporcjonalnej akcji zbrojnej".

Kurdowie od 1984 roku walczą przeciwko władzy centralnej o autonomię Kurdystanu na południowym wschodzie Turcji. USA, Unia Europejska oraz Turcja uznają PKK za organizację terrorystyczną. Ankara obarcza PKK odpowiedzialnością za śmierć co najmniej 40 tys. ludzi.