Według zgłoszenia organizatorów protestu w zgromadzeniu miało wziąć udział z zachowaniem odstępów maksymalnie 50 osób. W rzeczywistości na plac Sergel przybyło kilka tysięcy osób, co było niezgodne z przepisami o przeciwdziałaniu rozprzestrzeniania się epidemii koronawirusa. Wśród zebranych panował ścisk, jedynie nieliczni mieli na twarzy maseczki.

Reklama

Demonstranci, wśród których byli przedstawiciele mniejszości etnicznych oraz organizacji lewicowych i wolnościowych, wznosili hasła "Żadnego rasizmu na naszych ulicach". Na wielu transparentach widniało ostatnie zdanie George'a Floyda "Nie mogę oddychać". Afroamerykanin zmarł w Minneapolis podczas zatrzymania na ulicy przez policjanta; mężczyzna udusił się przygnieciony przez funkcjonariusza do ziemi.

Szwedzka policja bezskutecznie próbowała przerwać zgromadzenie. Następnie organizatorzy pod pretekstem rozejścia się postanowili "wyjść" na miasto. Część demonstrantów przemaszerowała głównymi ulicami miasta. Jak podała gazeta "Aftonbladet", w niektórych miejscach panował chaos, doszło także do przypadków rzucania kamieniami. W obawie przed zniszczeniami zamknięto niektóre sklepy i centralną stację metra.

W opinii szwedzkiego eksperta, epidemiologa prof. Bjoerna Olsena z uniwersytetu w Uppsali, organizowanie demonstracji w sytuacji zagrożenia epidemiologicznego jest powiedzeniem "fuck you" tym wszystkim, którzy walczą z koronawirusem. - Oni w ogóle nie powinni dostać zezwolenia, choć szanuję prawa demokracji. Jesteśmy w środku epidemii, a takie zachowanie z pewnością przyniesie konsekwencje - stwierdził prof. Olsen.

Według pomysłodawców sztokholmska manifestacja była akcją solidarności dla amerykańskiego ruchu Black Lives Matter.