Dziennik Gazeta Prawana logo

Amerykanie nie głosują na prezydenta

3 listopada 2008, 00:37
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Amerykanie wybierają swojego prezydenta zupełnie inaczej niż obywatele większości demokratycznych państw. Nie wrzucają do wyborczej urny kartki z głosem na Johna McCaina czy Baracka Obamę, tylko na popierającą ich listę elektorów, zazwyczaj działaczy republikańskich i demokratycznych niższego szczebla - pisze DZIENNIK.

Kolegium Elektorskie to pozostałość po czasach ojców założycieli i początków USA. Zasady są takie: każdy stan ma reprezentację odpowiadającą liczbie jego miejsc w Kongresie. Największa Kalifornia ma 55 elektorów, gęsto zaludniony stan Nowy Jork - 31, ale już najmniejsze stany, jak Vermont czy Montana, zaledwie trzech. Tyle samo przypada waszyngtońskiemu Dystryktowi Kolumbii.

Sama procedura głosowania elektorskiego nie ma żadnej otoczki. 538 wybranych delegatów nie zjeżdża do Waszyngtonu, lecz dokonuje głosowania w siedzibie swoich parlamentów stanowych. W tajnym głosowaniu wrzucają oni kartki z nazwiskami popieranego przez siebie kandydata na prezydenta i wiceprezydenta. Potem protokoły z głosowań są odczytywane podczas uroczystej sesji Kongresu. Elektorzy niemal w 100 proc. głosują zgodnie z wolą wyborców, jednak kilka razy w ostatnich stu latach zdarzyło się, że elektor "zdradził". Ostatnim głośnym takim przypadkiem była pusta kartka wrzucona do urny przez Barbarę Lett-Simmons z Waszyngtonu. Ta przedstawicielka powinna była poprzeć Ala Gore’a, ale tego nie zrobiła w proteście przeciwko temu, że stolica nie ma swojej reprezentacji w Kongresie.

W wyborczej walce w każdym ze stanów rządzi prosta reguła: zwycięzca bierze wszystko. To właśnie ta zasada przesądziła w 2000 r. o zwycięstwie George’a W. Busha nad Alem Gore’em, gdy nieco ponad 500 głosów różnicy sprawiło, że Bush zdobył 27 elektorów z Florydy. Gdyby wybory odbywały się według europejskich zasad - prezydentem zostałby demokrata. Gore zdobył ponad pół miliona głosów więcej.

Ten dziwny, dziś już nieco anachroniczny system kształtuje całą amerykańską politykę. W części stanów kampanie prezydenckie prawie w ogóle się nie odbywają. Demokraci nie mają czego szukać w Teksasie i części stanów Południa, podczas gdy Republikanie nie mają często najmniejszych szans na wygranie w takich stanach jak Nowy Jork. W Massachusetts (12 elektorów), bastionie Partii Demokratycznej, która obsadziła dosłownie wszystkie ważniejsze urzędy w tym stanie, republikanin nie ma najmniejszych szans, dlatego też nie będzie tam tracić czasu i pieniędzy na agitację. Z kolei ultrakonserwatywne Wyoming (3 elektorów), Kansas (6) i Nebraska (5) to jałowa ziemia dla demokraty. Obie wielkie partie przenoszą więc walkę do tych miejsc, gdzie szanse są wyrównane. Do tzw. battleground states - stanów bitewnych. Zazwyczaj to one w praktyce rozstrzygają o losach prezydentury.

System kilkakrotnie próbowano reformować. Bywały pomysły, by prezydenta jak w wielu państwach świata wybierano bezpośrednio. Wymagałoby to jednak zmiany konstytucji i zgody ponad połowy stanów. Te małe w żadnym wypadku nie akceptują reformy - dzisiejszy system daje im potężną nadreprezentację.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj