Obejrzałem stand-up w wojennym Kijowie. Nie mogłem na niego nie pójść. Sama myśl, że ktoś może organizować występy kabaretowe w kraju ogarniętym krwawą i brutalną wojną, wydawała się surrealistyczna. W pogodną, wiosenną sobotę w jednym ze stołecznych klubów był komplet publiczności. Dwugodzinnego występu nie przerwał alarm ostrzegający przed zagrożeniem rakietowym (a klub znajdował się w piwnicy, czyli w stosunkowo bezpiecznym miejscu). Formuła wieczoru, w którym po solowych występach każdego z czworga artystów nastąpiła ich improwizowana rozmowa, sprzyjała poruszaniu tematów, którymi żyją dziś Ukraińcy. Stand-up zamienił się w interesujący przegląd obyczajowości ostrzeliwanej stolicy.
Po czasach radzieckich Ukraińcom pozostało mnóstwo więzów z Rosjanami. Towarzyskich, rodzinnych, przyjacielskich. W sondażu z 2011 r., czyli z czasów, gdy rosyjska agresja nie wpływała jeszcze na szczerość odpowiedzi, 28 proc. Ukraińców deklarowało, że ma w Rosji bliskich, a 21 proc. dalekich krewnych. 15 proc. mówiło o przyjaciołach i tyle samo o znajomych (odsetki się nie sumują, bo można było podać kilka odpowiedzi). Po 2014 r., a zwłaszcza po 24 lutego 2022 r., te relacje zaczęły się psuć. To wspólne doświadczenie ogromnej części Ukraińców, także moich rozmówców. Wielu deklaruje, że nawet ich bliska rodzina woli wierzyć rosyjskiej telewizji niż własnym krewnym z Ukrainy. Ludzie masowo zrywają kontakty. Niektórzy próbują przekonywać, inni się spierają. Jedni podchodzą do sprawy ze stoickim spokojem, inni przeżywają osobiste dramaty. Zerwanie rosyjsko-ukraińskich więzów społecznych to jeden z wielu przejawów emancypacji narodowej, a im bardziej Władimir Putin stara się promować tezę o trójjedności narodów wschodniosłowiańskich, tym silniej ta emancypacja postępuje.
CZYTAJ WIĘCEJ W ELEKTRONICZNYM WYDANIU MAGAZYNU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ">>>