Australijscy naukowcy dotarli do dwóch zbiegłych współpracowników birmańskich władz. Według ich opowieści ten rządzony przez juntę wojskową
Pierwszym z uciekinierów jest Moe Jo - oficer birmańskiej armii, który w latach 2003 - 2005 . Po jego powrocie do Birmy okazało się, że był jednym z 2 tys. specjalistów przygotowywanych za granicą do poprowadzenia programu nuklearnego. Drugim zbiegiem ujawniającym tajemnice birmańskiej junty jest Tin Min, który pracował jako księgowy powiązanego z wojskowymi biznesmena Taya Zy. Jego firma odpowiada za realizację kontraktów jądrowych z Rosją i Koreą Płn. Przykrywką dla jej działalności jest rozwój medycyny nuklearnej.
"Ile szpitali w Birmie ma oddziały z medycyną nuklearną?" - pyta retorycznie Tin Min. Światowa Organizacja Zdrowia klasyfikuje . O żadnych nowoczesnych technologiach nie może być zatem mowy.
Według ustaleń Australijczyków Birmańczycy budują co najmniej dwa reaktory jądrowe - w Myaing oraz Naung Laing w środkowej części kraju. Pierwszy konstruuje rosyjski Rosatom, drugi to dzieło specjalistów z Korei Północnej. "Coraz bardziej obawiamy się współpracy wojskowej obu państw. Traktujemy to bardzo poważnie" - mówiła w zeszłym tygodniu sekretarz stanu USA Hillary Clinton.
Kluczowym krokiem przy realizacji atomowych ambicji dla reżimu z Naypyidaw (stolicy Birmy, która została przeniesiona z Rangunu w 2005 r.) ma być budowa zakładu przetwarzania plutonu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w 2014 r. Birma będzie zdolna do produkcji
Jakim cudem trzeci najbiedniejszy kraj w Azji jest w stanie rozwinąć program nuklearny? "Birma jest bankrutem, bo junta 40 proc. budżetu przeznacza na wojsko" - mówi DZIENNIKOWI brytyjski ekspert analizujący politykę władz w Naypyidaw Mark Farmaner. "Jednak władze mają z czego finansować swoje atomowe ambicje, " - dodaje.
Po co Birmie atom? "Dla reżimu w Naypyidaw najważniejszym rywalem w regionie jest Tajlandia, a władze wiedzą, że nie da się jej wyprzedzić w wyścigu zbrojeń konwencjonalnych. " - przekonuje Tin Min. Zdaniem Marka Farmanera to jednak nie w sąsiadów będą skierowane birmańskie rakiety. "Chodzi o to, by Zachód zaczął się bać, przestał wspierać birmańską opozycję i zaczął traktować juntę poważnie" - mówi DZIENNIKOWI Farmaner. "Junta jest coraz bardziej niepopularna. Nie widzi innego wyjścia z sytuacji niż nuklearna ucieczka do przodu" - dodaje.
Dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej” od powstania tytułu w 2009 r. Wcześniej pracował w „Dzienniku”.
Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Zawodowo zajmuje się tematyką światową, zwłaszcza państwami Europy Wschodniej. Współautor książek: „Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę” (2015), „Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki” (2016), „Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu” (2020), „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki” (2021).
Laureat nagród dziennikarskich: Belarus in Focus 2012, Grand Press 2018 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody im. Dariusza Fikusa 2019.
Mówi po angielsku, rosyjsku, ukraińsku i białorusku, uczył się również chorwackiego, esperanto, greckiego, japońskiego, niemieckiego i rumuńskiego.
