Amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości miało rację nakazując zatrzymanie Romana Polańskiego na lotnisku w Zurychu i powinno doprowadzić sprawę do końca - ocenia "Washington Post".
"Czy Roman Polański nie wycierpiał wystarczająco wiele? Czy nie przetrwał wszystkich tych zimnych, szarych i deszczowych zim w Paryżu? (...) "- pyta sarkastycznie Eugene Robinson. Zadaje też pytanie, czy to już nie czas, by zwolennicy Polańskiego dali sobie spokój.
Autor komentarza zapewnia najpierw, że jest pełen uznania dla twórczości polskiego reżysera: "<Chinatown> to jeden z moich ulubionych filmów, <Dziecko Rosemary> jest dziełem sztuki i zdecydowanie zasługuje na Oscara, jakiego dostał za reżyserię <Pianisty>". Polański "jest wspaniałym artystą" - dodaje Robinson, lecz dodaje, że "".
". I z pewnością nie ma nic artystycznego w przestępstwie, do którego popełnienia się przyznał: podczas sesji zdjęciowej w domu jego przyjaciela i gwiazdy <Chinatown> Jacka Nicholsona, Polański upoił 13-letnią dziewczynkę szampanem i narkotykami i odbył z nią stosunek" - pisze "Washington Post".
Na koniec Robinson pisze, że nieistotny jest fakt, iż teraz 45-letnia ofiara gwałtu twierdzi, że nie czuje już gniewu wobec Polańskiego i nie chce, żeby poszedł do więzienia. "" - podkreśla autor komentarza.
"A może jego obrońcy uważają, że podanie narkotyków dziecku i zgwałcenie go to nic takiego. (...) Przeciwnie, . Tu chodzi o człowieka, który ucieka zamiast stawić czoło konsekwencjom swoich czynów" - podkreśla zdecydowanie "Washington Post".