To nie są zwykłe covery ani proste tłumaczenia znanych hitów. Mateusz przekłada anglojęzyczne teksty na polski tak, by dało się je zaśpiewać w oryginalnym rytmie i żeby nadal niosły emocje, które w tych piosenkach siedzą od lat. W rozmowie z Dziennik.pl opowiada o tym, co napędza jego twórczość, skąd wziął się pomysł na serię "Ale po polsku", jak wygląda praca nad jednym utworem i dlaczego temat praw autorskich potrafi zatrzymać cały projekt.

Aneta Malinowska, Dziennik.pl: Skąd wziął się pomysł na serię "Ale po polsku" tak popularną na Twoich social mediach? To był impuls, eksperyment czy potrzeba, która długo dojrzewała?

Mateusz Psonak, wokalista, auto serii "Ale po polsku": Szczerze mówiąc, na początku to był totalny eksperyment. Trochę nawet społeczny, bo zdałem sobie sprawę, że często zakładamy, że każdy rozumie angielski, a to nie jest prawda. Ludzie znają melodię, śpiewają refreny, ale nie zawsze wiedzą, o czym naprawdę jest dany numer.

Pierwsze "Ale po polsku" zrobiłem trochę dla śmiechu - "Baby One More Time" Britney Spears. Jeszcze w czasie "The Voice of Poland", w edycji 11 - covidowej, byliśmy zamknięci w hotelu i bawiliśmy się takimi rzeczami w grupie. Nagraliśmy nawet całość, więc to był trochę powrót do tamtego klimatu.

Reklama

Britney była wtedy na świeczniku, więc pomyślałem, że może z tego wyjdzie jakiś viral. Wrzuciłem to bez większych oczekiwań, bardziej jako ciekawostkę niż projekt. I nagle zaczęły przychodzić wiadomości. Ludzie pisali, że dopiero teraz rozumieją tekst piosenki, którą znali od lat. Wtedy coś we mnie kliknęło. Zrozumiałem, że to ma dużo większy sens niż tylko zabawa.

Od tamtego momentu podchodzę do tego serio - jako do czegoś, co realnie może łączyć ludzi z muzyką na zupełnie innym poziomie.

Kiedy przerabiasz tak znane utwory na język polski, bliżej Ci do wiernego tłumaczenia, autorskiej interpretacji czy jednak tworzysz coś na nowo?

Mateusz: Najbardziej zależy mi na tym, żeby uchwycić sens piosenki. Staram się tłumaczyć ją jak najdokładniej, ale nie pisać zupełnie nowej historii. Raczej krążę wokół tego, co stworzył oryginalny artysta - tylko ubieram to w nasz język.

Są momenty, kiedy nie da się czegoś przetłumaczyć dosłownie. Wtedy szukam słów i znaczeń najbliższych oryginałowi, takich, które niosą tę samą emocję i intencję. Chcę, żeby ludzie czuli, że to wciąż ta sama historia, że artysta dalej tam jest - tylko nagle zaczynamy go rozumieć.

Co jest najtrudniejsze w takim procesie: uchwycenie sensu oryginału czy dopasowanie go do rytmu i melodii?

Mateusz: Najtrudniejsze… Myślę, że połączenie dwóch rzeczy: sensu i rytmu. Sam sens jesteś w stanie oddać, ale jeśli nie zgadza się rytm, to wszystko się rozjeżdża.

Z drugiej strony możesz mieć świetnie brzmiący tekst, ale jeśli gubisz sens oryginału, to przestaje to mieć wartość — i cała moja praca traci sens. Najwięcej wysiłku kosztuje znalezienie balansu, żeby jedno nie zabiło drugiego. A kiedy to się uda, nagle wszystko zaczyna działać.

Jak wygląda proces tworzenia jednego odcinka "Ale po polsku" - od wyboru piosenki po gotowe nagranie?

Mateusz: Wiesz co, nagrywam o tym taki "behind the scenes", mam nadzieję, że niedługo wyjdzie. Zaczynam od ludzi - sprawdzam komentarze, wiadomości, patrzę, co pojawia się najczęściej. Czasem pomysł przychodzi sam: jadę samochodem, słucham playlisty i już słyszę w głowie, jak to mogłoby brzmieć po polsku.

Potem dokładnie osłuchuję się z oryginałem, żeby wejść w klimat i zrozumieć, co tam naprawdę siedzi. Następny krok to tekst: najpierw robię dosłowne tłumaczenie, żeby złapać sens, a potem układam go po polsku tak, żeby brzmiał naturalnie i miał ręce i nogi.

Wracam do tego kilka razy - to moja zmora. Zmieniam, poprawiam, patrzę z różnych perspektyw. Kiedy czuję, że rozumiem tekst i potrafię opowiedzieć tę historię po swojemu, szukam podkładu i sprawdzam, jak wszystko siada w muzyce. Dopiero wtedy nagrywam - aż jestem w miarę zadowolony. Czyli w praktyce nigdy w stu procentach, bo zawsze wchodzi syndrom impostora i mam wrażenie, że można było zrobić coś lepiej.

Chyba każdy, kto wypuszcza autorskie treści, trochę to zna - to ciągłe poczucie, że można było zrobić coś lepiej.

Mateusz: Dokładnie. To, co ludzie widzą jako gotowy numer, to jest metoda prób i błędów, łez, krwi i potu.

Ile realnie zajmuje przygotowanie jednego takiego kawałka i co najbardziej ten czas wydłuża?

Mateusz: Jeśli miałbym zsumować cały proces, taki dwuminutowy fragment może zająć od kilku godzin do nawet kilku dni. Wszystko zależy od tego, jak trudny jest numer do przełożenia na polski.

Najwięcej czasu zabiera samo tłumaczenie i moment, w którym uczę się opowiadać tę historię po swojemu. To nie jest tylko tekst - muszę w to wejść, poczuć to, dopiero wtedy jestem w stanie dobrze to nagrać.

Dużo czasu zajmuje też zastanawianie się, co chcę przekazać słuchaczom: dlaczego akurat ten numer, co wnosi, z czym mi się kojarzy. To nie może być przypadkowe.

Dlatego frustruje mnie, kiedy ktoś nie czyta opisów, nad którymi siedzę naprawdę długo, a potem pisze: "to nie jest przetłumaczone tak i tak…".

300 tysięcy złotych za jedną piosenkę?! Mateusz Psonak zdradza kulisy "Ale po polsku" [ROZMOWA]

Co jest zatem kluczem w doborze piosenek, które nagrywasz? Pomijając sugestie fanów - co sprawia, że wybierasz akurat ten, a nie inny numer?

Reklama

Mateusz: Przede wszystkim wybieram numery popularne, które ludzie znają. Jestem fanem lat osiemdziesiątych, tego klimatu, ale ważne jest też to, czy dużo osób będzie chciało danego numeru słuchać.

Zdarzało mi się robić mniej oczywiste utwory, na przykład "In the Shadows" The Rasmus i one nie poszły tak mocno.

Jednocześnie mnie nie chodzi już o viral. Aktualnie bardziej interesuje mnie to, jak ludzie reagują — co czują, co piszą, co ten numer w nich uruchamia.

Popularność jest więc jednym z kluczy, ale nie jedynym. Liczy się też dopasowanie do mnie, potencjał emocji, to, czy da się to przełożyć w sposób, który coś wniesie dla odbiorcy. Czy to siądzie muzycznie. I czy to jest trochę moje.

Czy zdarzają się utwory, które na początku wydają się idealne, ale w trakcie pracy okazuje się, że to jednak nie to?

Mateusz: Często to są numery, które na pierwszy rzut oka wydają się idealne - popularne, chwytliwe, myślisz: okej, to ludzi zatrzyma. Ale kiedy wchodzę w tekst, okazuje się, że to nie jest dla mnie: zbyt płytkie, zbyt wulgarne albo po prostu niezgodne z tym, kim jestem i co chcę przekazywać.

Są też artyści, z którymi subiektywnie nie jest mi po drodze. Nawet jeśli mam ich na liście, czuję, że to nie ten moment. Wolę poczekać albo wybrać coś, co naprawdę czuję, niż robić coś tylko dlatego, że jest popularne. Ludzie i tak wyczują, czy to jest szczere.

Przykład? "Gangster’s Paradise". Numer pewnie świetnie by poszedł, ale jest mocno oparty na slangu. A ciężar tej piosenki leży właśnie w specyficznym języku, którego po polsku nie da się oddać bez utraty sensu.

Które utwory okazały się dla Ciebie największym wyzwaniem, a przy których pracowało Ci się najprzyjemniej?

Mateusz: Najtrudniejsze są numery oparte na idiomach i ukrytych znaczeniach, bo jedno zdanie potrafi znaczyć coś zupełnie innego, niż wynika z dosłownego tłumaczenia.

Na przykład "Big in Japan" Alphaville - to nie jest piosenka o Japonii jako miejscu, tylko o iluzji sukcesu, ucieczce, czasem mechanizmie radzenia sobie z rzeczywistością. Dosłowne tłumaczenie zabija sens.

Albo "Baby One More Time" - wcale nie chodzi o "uderz mnie". Ja kiedyś zaśpiewałem "Uderz jeszcze raz", ale to było dla żartu, bo tak przetłumaczyliśmy to w grupie. W rzeczywistości chodzi o coś w stylu "podejdź do mnie jeszcze raz". I wtedy zaczyna się najtrudniejsza część: trzeba znaleźć polskie zdania, które niosą ten sam vibe, pasują do rytmu i nie brzmią sztucznie.

Mam świadomość, że moje pierwsze tłumaczenia były bardzo dosłowne, momentami infantylne. Teraz staram się to dopracowywać.

Największą przyjemność sprawiają mi utwory, w których emocja jest uniwersalna i czytelna. Wtedy mogę opowiedzieć historię po swojemu, ale zachować ducha oryginału.

Najbardziej? "She’s Like the Wind". Piękny numer. Mam przetłumaczony w całości i śpiewam go na koncertach, kiedy tylko mogę. To są utwory, w których czuję się naprawdę dobrze. Mam duszę romantyka.

"She’s Like the Wind” w Twoim wykonaniu robi ogromne wrażenie. Wróćmy jeszcze do momentu publikacji. Po czym poznajesz, że utwór jest gotowy, żeby puścić go w świat - to kwestia intuicji, dyscypliny czy reakcji ludzi?

Mateusz: Wszystko naraz. Intuicja jest kluczowa, bo na końcu to Ty decydujesz, co wypuszczasz w świat, a co nie. Trzeba ufać sobie i mieć odwagę to zrobić, nawet jeśli wiesz, że nie wszystkim się spodoba - a na pewno się nie spodoba.

Dyscyplina też jest konieczna, bo bez niej można by poprawiać w nieskończoność. A reakcje ludzi są dla mnie ważne — kiedy ktoś mówi, że coś w nim poruszyłem, wiem, że to działa.

A skoro już o tym rozmawiamy - na jakim etapie są dziś prace nad płytą i kiedy będzie można jej posłuchać?

Mateusz: Jeśli chodzi o płytę "Ale po polsku", to sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż może się wydawać. Numery w dużej mierze są już nagrane - mógłbym je wypuścić, ale wciąż czekam na zgody od właścicieli praw autorskich.

I to jest najtrudniejsze. Często wiąże się to z dużymi kosztami, a niektórzy po prostu odmawiają. Miałem sytuację, w której rozmawiałem z oryginalną autorką pewnej piosenki i kategorycznie zabroniła mi jej publikacji. To jej utwór, wiele osób próbowało tłumaczyć go na inne języki i ona się na to nie zgadza.

Do części praw trudno w ogóle dotrzeć, bo należą do dużych korporacji. Na przykład Beatlesi — tam kontakt jest bardzo ograniczony. Cały czas się przypominam i próbuję to dopiąć, ale to długi proces. Chcę to zrobić legalnie i dobrze.

Jeśli chodzi o mój autorski materiał, tutaj mam ogromny drive. Chcę zrobić płytę w stu procentach po swojemu i realnie celuję w ten rok, a najpóźniej w przyszły.

Gdy ta autorska płyta się ukaże - będzie zamknięciem pewnego etapu czy raczej otwarciem nowego rozdziału?

Mateusz: To zdecydowanie płyta, która zamknie pewien etap. Przez ostatni czas zebrało się we mnie dużo pomysłów, historii i emocji, które czekają w szufladzie. Chcę je w końcu wypuścić.

Z jednej strony to domknięcie - pokazanie sobie i innym, że potrafię dowieźć projekt od początku do końca. Z drugiej wiem, że jeśli choć jeden utwór zaskoczy mainstreamowo, może to być dla mnie punkt zwrotny. Moment, który otworzy kolejne drzwi i da przestrzeń, żeby zrobić więcej, odważniej, na większą skalę.

A płyta "Ale po polsku" ma zupełnie inny ciężar. Wiem już, ile kosztuje walka o zgody - czasu, stresu, a czasem realnych pieniędzy. Jeden z autorów "zaśpiewał" 300 tysięcy złotych. Gdybym to domknął w formie płyty, byłby to ogromny krok naprzód - artystycznie i zawodowo.

To dałoby mi większą rozpoznawalność i sprawiło, że więcej osób sięgnęłoby po moją autorską muzykę. Bo nie ma co ukrywać - popyt na nią jest mniejszy niż na "Ale po polsku". Te kawałki są po prostu znane.

Muzyka jest dziś dla Ciebie bardziej sposobem wyrażania siebie czy formą rozmowy z ludźmi? A może czymś jeszcze innym?

Mateusz: Wiesz co, jeśli chodzi o tworzenie muzyki, to zdecydowanie jest to dla mnie forma wyrażania siebie, ale z drugiej strony jest to też dialog z drugim człowiekiem. Zależy mi na tym, żeby słuchacz coś z tego wziął dla siebie, żeby poczuł sens utworu i mógł się z nim utożsamić.

Trwa ładowanie wpisu

Co więc najbardziej karmi Twoją twórczość - emocje, relacje, cisza czy doświadczenia? Co Cię najbardziej inspiruje w tym, co robisz?

Mateusz: Przede wszystkim emocje. To one są punktem wyjścia do wszystkiego. Coś się w życiu wydarza, ale dopiero emocja sprawia, że chcę przełożyć to na muzykę.

Później numer odkładam na półkę i wracam do niego po czasie - czytając tekst albo słuchając pierwszego demo sprawdzam, czy ta emocja wciąż tam jest. Jeśli jej nie czuję, to znaczy, że coś nie działa.

I szczerze mówiąc, nie ma dla mnie nic lepszego niż moment, kiedy ktoś mówi, że moja piosenka albo interpretacja coś w nim poruszyła. Że coś poczuł, coś zrozumiał, wrócił do ważnego momentu w swoim życiu. To jest największa nagroda - wtedy wiem, że to nie jest tylko moja historia, ale coś, co naprawdę łączy ludzi.

Czego według Ciebie najbardziej potrzebuje dziś wrażliwy twórca: odwagi, spokoju, zaufania do siebie - a może tupetu i pomysłu na siebie?

Mateusz: To wszystko się łączy. Wrażliwy twórca potrzebuje zaufania do siebie, odwagi, a momentami też zdrowego tupetu. Bez tego łatwo się pogubić.

Odwaga jest potrzebna, żeby pokazać siebie takim, jakim jesteś - nie tylko ładną, bezpieczną wersję, ale też trudniejsze emocje, swoją historię i słabości.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się mówi: im bardziej jesteś rozpoznawalny, tym więcej ludzi pojawia się wokół ciebie. I nie każdy z właściwych powodów. Są osoby, które udają wsparcie czy przyjaźń, ale są obok tylko wtedy, kiedy coś z tego mają.

Dlatego tak ważne jest, żeby mieć kręgosłup, wiedzieć, kim się jest i nie zgubić siebie. Wrażliwość może być ogromną siłą - ale tylko wtedy, gdy idzie w parze ze świadomością.

Bardzo dziękuję za rozmowę.