Dziennik Gazeta Prawana logo

Śmierć szpitali na prowincji

9 maja 2008, 03:11
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Polska prowincja przeżywa jeden z najgorszych w historii kryzysów szpitalnych - wynika z danych, do których dotarł DZIENNIK. Ponad 50 szpitali powiatowych nie ma pełnej obsady, niektóre zmuszone są zamykać oddziały, w karetkach do zgłoszeń jeżdżą tylko ratownicy, a pacjenci odsyłani są na leczenie dziesiątki kilometrów od domów. Przyczyny to masowe wyjazdy lekarzy. Ci, którzy zostają w Polsce, też nie kwapią się do pracy w małych miasteczkach. Nierzadko odrzucają nawet najbardziej intratne oferty. Na tragiczne efekty tylko czekać.

Życie 7-miesięcznej Oliwii z pomorskiego Kiezmarka zawisło na włosku w nocy z zeszłego piątku na sobotę, gdy pogotowie nie było w stanie wysłać do niej karetki. Zrozpaczeni rodzice zdążyli wezwać na pomoc policyjny radiowóz. "Już się przyzwyczaiłem, że wozimy chorych, bo pogotowie nie wyrabia, a w sprawie dojazdu do dziecka nie zastanawialiśmy się nawet chwili" - mówił DZIENNIKOWI miejscowy policjant Jan Heś. Pogotowie tłumaczyło się później w prosty sposób: karetka jest jedna i potrzebna do wypadków, rodzice mogli sami dowieźć dziecko do szpitala.

Podobne historie są znane w całym kraju. Kiedy z powodu braku obsady dyrekcja radomskiego szpitala zdecydowała o zamknięciu w marcu oddziału onkologicznego, chorzy jeździli na chemioterpię do Warszawy i Kielc. W Iławie dyrekcja zamknęła w środę dwa oddziały: pediatryczny i neurologiczny. Powód: brak lekarzy. Takich przypadków będzie teraz coraz więcej.

Przyczyna jest jasna: czasy doktora Judyma to zamierzchła przeszłość, młodzi absolwenci medycyny nie zamierzają "zmarnować się na prowincji". Jeżeli już mają skończyć z dala od Warszawy, Krakowa czy Trójmiasta, to wolą w Anglii i Szwecji. "Pijemy piwo, którego sami sobie nawarzyliśmy" - mówi DZIENNIKOWI były wiceminister zdrowia Andrzej Włodarczyk. Twierdzi, że to błąd jego resortu, który obciął liczbę miejsc na specjalizacjach, powodując exodus młodych lekarzy do innych krajów Unii.

Efekt jest prosty do przewidzenia. Na stronie internetowej Naczelnej Izby Lekarskiej miesiącami wiszą ogłoszenia o pracę. Niektóre przypominają wręcz katalogi. "Zatrudnimy od zaraz: internistów, pediatrów, anestezjologów, neonatologów, nefrologów, diazoterapeutów, lekarzy medycy ratunkowej, laryngologów, radiologów oraz wszystkich, którzy chcą podjąć specjalizację w wymienionych dziedzinach" - to potrzeby szpitala w Limanowej pod Krakowem. "Niedawno z powodu braku neonatologów musiałem wstrzymać przyjęcia noworodków" - mówi nam dyrektor szpitala Dariusz Socha. "Teraz walczymy o przetrwanie oddziału ratunkowego. Brakuje anestezjologów, internistów, a także chirurgów" - wylicza.

Lekarzy na polską prowincję nie są w stanie ściągnąć ani wysokie zarobki, ani pakiety socjalne. Przekonał się o tym m.in. szef ośrodka zdrowia w Pinczowie w woj. świętokrzyskim Tomasz Wnęk. Oferuje ludziom bez specjalizacji już na starcie 3900 złotych pensji brutto plus dodatki za dyżury i wysługę lat. Dodaje mieszkania służbowe. "Nikt nie chce osiedlić się tu na stałe" - mówi zrezygnowany. Podobna sytuacja jest w przychodni w Glinojecku pod Ciechanowem, gdzie 6 tysięcy złotych brutto, 70-metrowe mieszkanie i samochód nikogo na razie nie przyciągnęły. W Słubicach nad Odrą w karetkach jeżdżą prawie sami ratownicy. Lekarze już dawno są w Niemczech. Nowych nie ma.

Według danych biura karier Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, na pracę na prowincji zgodziłby się tylko co 20. absolwent medycyny. Czasem trudno się dziwić. Cezary jest radiologiem i od kilku lat pracuje w Warszawie. "Leczyłem na prowincji i wiem, jak smakuje ten chleb" - mówi DZIENNIKOWI. "Brakowało profesorów, nie było z kim się z konsultować, kiedy miałem wątpliwości. Sprzęt był stary i w każdej chwili mógł przestać działać" - wyjaśnia. Po zakończeniu stażu zamierza jednak wrócić do pracy na prowincji. Ale w Danii.

p


Tak. Zaraz po studiach medycznych musiałem zaliczyć roczny staż podyplomowy w niewielkim szpitalu. Trafiłem do Nowego Dworu Mazowieckiego. Praca była niezwykle pouczająca. Sporo się tam dowiedziałem. Pacjenci są tam bardziej zaniedabani niż w wielkich miastach. Lekarze pracujący w takich małych ośrodkach muszą więc być bardzo wszechstronni, umieć rozpoznać każdą chorobę. To nieocenione wręcz doświadczenia.


Robię specjalizację z neurologii. Jestem ambitny. Chcę uczyć się zawodu od najlepszych w swojej dziedzinie. Starałem się o staż w Instytucie Neurologii i Psychiatrii i udało się.


Raczej nie. Praca na prowincji jest dobra, ale tylko jako dorywcza, nie na stałe. Jestem młodym człowiekiem i chcę korzystać z życia, kultury i rozrywek, które oferują duże miasto. Na prowincji wieje nudą. Nic się ciekawego nie dzieje. Może na wyjazd na prowincję na Zachodzie dałbym się namówić. Zwłaszcza do Hiszpanii. Chętnie bym tam wybrał do pracy na jakiś czas.

p

Paweł Jezierski jest neurologiem, pracuje w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj