Policja nie ma wątpliwości, że wielu wypadków można by uniknąć, gdyby kierowcy przestrzegali przepisów. A te mówią wyraźnie: widząc na jezdni pasy, należy zachować szczególną ostrożność i ustąpić pierwszeństwa osobie, która się na nich znajduje. Podczas gdy jednak na Zachodzie zatrzymywanie się przed przejściem dla pieszych należy do dobrego tonu, w Polsce większość kierowców nawet przed nimi nie zwalnia.
Co gorsza, nie zwalnia nawet wtedy, gdy w pobliżu znajduje się szkoła. –"Rok temu moja 13-letnia wówczas córka szła rano do szkoły. Kiedy zbliżyła się do przejścia, rozejrzała się, a potem ruszyła na drugą stronę. Gdy była już w połowie jezdni, została potrącona przez młodego kierowcę volkswagena. Skutek to złamana kość ramieniowa i sześć tygodni w gipsie. Córka do dziś boi się przechodzić po pasach" - opowiada Ewa Steczkowska z Warszawy. Sprawca wypadku dostał wyrok w zawieszeniu, ale nie stracił prawa jazdy.
Rzeczywiście, polski kodeks drogowy nie przewiduje specjalnej kary za spowodowanie wypadku na przejściu dla pieszych. Dlatego pozostaje jedynie apelowanie do rozsądku kierowców.
>>> Zobacz galerię zdjęć: Świat idzie do szkoły
p
Bo skończyły się wakacje, dzieci miały dwa miesiące laby, wstawały, kiedy chciały, biegały po lasach, górach jeziorach i nagle szok: trzeba przestawić zegar biologiczny i zdążyć przed dzwonkiem do szkoły. Najmłodsze maluchy są na dodatek jeszcze rozkojarzone i rozentuzjazmowane, bo zobaczą kolegów i koleżanki, których dawno nie widziały. Poza tym odwykły od porannego ruchu ulicznego.
Z pewnością. Przez te dwa miesiące przejścia dla pieszych przy szkołach niewiele się różniły od tych zwyczajnych. Dlatego trzeba kierowcom wyraźnie zasygnalizować: dzieci już wróciły.
My, policjanci, nie chcemy straszyć ani karać. Chcemy, aby kierowcy przypomnieli sobie, że sami byli w tym wieku. I jakim wyzwaniem było dla nich wtedy dotarcie do szkoły, jak wszystko było
nowe i wielkie. Chcemy, aby uświadomili sobie, że ich dzieci też właśnie idą do szkoły.
Na terenie zabudowanym ograniczenie prędkości wynosi przeważnie 50 km/h. Znak z czarną sylwetką człowieka w białym trójkącie na niebieskim prostokącie mówi: zmniejsz prędkość w sposób
nie narażający na niebezpieczeństwo pieszego znajdującego się na przejściu. Jeśli jest tam także znak „Agatka” sygnalizujący, że to miejsce uczęszczane przez dzieci,
wtedy należy szczególnie uważać.
Prędkość dozwolona jest dostosowana jest do idealnych warunków na drodze. Jeśli natężenie ruchu się zwiększa, droga jest nierówna, pada, a w pobliżu są dzieci, wtedy po prostu należy
zwolnić. Kodeks nie mówi jednak precyzyjnie, do ilu kilometrów na godzinę. Trzeba zawsze pamiętać, że dzieci nie mają prawa jazdy, mogą nie znać przepisów. To na kierowcach spoczywa więc
szczególny obowiązek zadbania o bezpieczeństwo uczestników ruchu.
Ja też tego nie rozumiem. To przecież pieszy wymyślił samochód, to on go zbudował i to on do niego wsiadł. I nagle, gdy stał się kierowcą, okazało się, że pieszych nie lubi. Ale
przecież on też czasem musi z tego pojazdu wyjść i warto by było, aby pamiętał, że bywa po drugiej stronie. Gdy kogoś łapiemy na przekroczeniu prędkości, to argument jest zazwyczaj jeden:
spieszyłem się. Kierowcy niestety zupełnie nie boją się, że mogą komuś zrobić krzywdę. Każdy z nich uważa się za mistrza kierownicy.
Rzeczywiście z mojego doświadczenia wynika, że ludzie najbardziej boją się punktów i utraty prawa jazdy. Ale równocześnie większość jest pewna, że im się to nie przydarzy i koło się
zamyka. My mamy naprawdę dobre przepisy. Nie są tak rygorystyczne jak w niektórych państwach, ale całkowicie wystarczające.
Na przykład w Niemczech, jeśli przekroczy się dozwoloną prędkość o 25 km, to na miesiąc zabierane jest prawo jazdy. W Słowenii, jeśli ktoś o ponad 50 km przekroczy prędkość, oprócz
mandatu policjant na co najmniej pół roku odkręca mu tablice rejestracyjne. Ale nam potrzeba przede wszystkim zmiany świadomości kierowców – bez tego żaden, nawet wysoki mandat nie
pomoże.
*podinspektor Wojciech Pasieczny pracuje w Wydziale Ruchu Drogowego Komendy Stołecznej Policji