Próbkę tego, jak wygląda stan angielskiego u polskich nastolatków, dały wyniki tegorocznych matur. Przeciętny rezultat to 61 punktów na 100 możliwych. Zdaniem ekspertów, wynik ten daje maturzystom co najwyżej status średniozaawansowanych. To poziom, który na prywatnych kursach można osiągnąć w czasie kilku semestrów. Dlaczego państwowa szkoła marnuje więc kilka, a nawet kilkanaście lat nauki?

Reklama

Wszystkie wskaźniki mówią tymczasem, że czas nagli. Polska mimo postępu w ostatnich latach ma jedynie 29-proc. poziom deklaratywnej znajomości angielskiego. Dla porównania angielski zna 89 proc. Szwedów i 59 proc. Niemców. W szkołach w obu krajach angielski jest obowiązkowym językiem obcym numer jeden. Ale przed nami są nie tylko najbogatsze narody Zachodu. W Estonii, byłej republice sowieckiej, która w latach 90. świadomie zaczęła promować anglojęzyczność i wprowadziła angielski jako obowiązkowy przedmiot do szkół, po angielsku mówi 46 proc. ludności, w Chorwacji - blisko połowa, w Słowenii - 57 proc. Francuzi uważani powszechnie za czołowych językowych abnegatów kontynentu też mówią po angielsku częściej niż Polacy.

Pod względem anglojęzyczności Polska jest na poziomie Rumunii.

"Angielski to język najnowszych technologii, mediów, komunikacji. Bez jego znajomości trudno będzie nam dogonić najbogatsze kraje" - ostrzega psycholog społeczny Janusz Czapiński. Historyk idei prof. Marcin Król wypowiada się jeszcze bardziej stanowczo. "Nie można być w Unii i nie mówić po angielsku. Jeśli nie nadrobimy strat, staniemy się zaściankiem Europy, głęboką prowincją, wsią Europy" - mówi DZIENNIKOWI. "Niesłychane jest to, jak mało się w tym kierunku robi w Polsce" - dodaje.

DZIENNIK spróbował zdiagnozować przyczyny językowej zapaści. Według rozmówców zaczyna się ona już w podstawówkach. Dotarliśmy do wyliczeń GUS. Sama liczba dzieci objętych obowiązkową nauką w podstawówkach jest za mała. W 2004 r. było to 54 proc., ale od tego czasu odsetek ten zaczął... maleć. W roku szkolnym 2005/2006 w podstawówkach uczyło się obowiązkowo angielskiego 48 proc. uczniów, rok później już tylko 41 proc. W Norwegii objętych nauką angielskiego jest 100 proc. dzieci, w Austrii 97 proc., w Hiszpanii - 85 proc. Dane mówią same za siebie.

Przyczyną zapaści programu jest emigracja anglistów, którzy po wejściu Polski do UE zasilali rzesze emigrantów. Rezultatem są dysproporcje w umiejętnościach językowych dzieci w gimnazjach i liceach. Wiele z nich wskutek łączenia grup i wyrównywania poziomów uczy się języka dwa razy od nowa. Na koniec katastrofalnie zdaje maturę.

Zły system kończy się na uniwersytetach, które w większości nie gwarantują nauczania języka sprofilowanego pod kątem kierunku studiów. W efekcie polski absolwent uczelni, nawet jeżeli mówi po angielsku, to i tak ustępuje swojemu szwedzkiemu czy niemieckiemu odpowiednikowi. To będzie go kosztowało utratę atrakcyjności na europejskim rynku pracy, a Polsce będzie odbierać część inwestycji zagranicznych. Jeżeli po kilkunastu przespanych latach na czas nie zreformujemy i nie uratujemy systemu.

p

KLARA KLINGER: Ze statystyk GUS wynika, iż z roku na rok spada w podstawówkach odsetek dzieci, które uczą się języka angielskiego, i że Polacy z 29-proc. deklarowaną znajomością należą do grupy kilku najsłabiej mówiących po angielsku społeczeństw Unii Europejskiej. Przed nami są m.in. Estonia, Łotwa i Litwa - bądź co bądź byłe republiki sowieckie.
LESZEK BALCEROWICZ: To niedobra wiadomość. Nasuwa się pytanie do Ministerstwa Edukacji: jak diagnozuje ono ten stan i co zamierza z tym zrobić? Ale oczywiście jest to też pytanie do polskiego społeczeństwa.

MEN może nic nie robić. Wielu ludzi ma wrażenie, że po 1989 roku uznano, że język to towar i skoro jest popyt, to niech decyduje niewidzialna ręka rynku, niech się ludzie sami uczą.
Jeżeli istnieje oświata finansowana ze środków publicznych, to na pewno powinna kłaść nacisk na to, co jest szczególnie przydatne w życiu i kontaktach ze światem. Moim zdaniem są trzy takie priorytety: nauka języka angielskiego, opanowanie komputera, a także przynajmniej odrobina logiki formalnej - tak, aby ludzie umieli odróżniać sens od nonsensu, i wiedzieli, co stanowi poprawną definicję. Istotna też jest historia. Jednak nauki tych pierwszych trzech rzeczy chyba w systemie edukacyjnym jest za mało.

Usłyszy pan na to argument: nie ma pieniędzy.
To kwestia odpowiedniego rozłożenia wydatków. Przecież drobny odsetek wydatków przeznaczonych na wcześniejsze emerytury wystarczyłby na usunięcie tych luk edukacyjnych. To są braki, które mogą przeszkadzać w późniejszym rozwoju człowieka. Szanse na zdobycie dobrej pracy zawodowej w wielu dziedzinach znacząco rosną wraz ze znajomością języka angielskiego. Nie można uprawiać naukowo żadnej poważnej dziedziny, nie znając tego języka. Odwołam się do własnych doświadczeń. Uczestniczyłem wiele razy jako szef banku centralnego w spotkaniach, na których gromadzili się szefowie banków centralnych z krajów rozwiniętych i mniej rozwiniętych. I wiem, że jest niewyobrażalne, aby szef banku centralnego nie mówił biegle po angielsku, bo wtedy nie mógłby poważnie uczestniczyć w społeczności międzynarodowej.

Czy student SGH miałby u pana szanse, gdyby nie znał angielskiego?
Szczerze mówiąc, trudno by mu było obronić pracę magisterską, bo bez literatury anglojęzycznej nie da się napisać dobrej pracy z ekonomii. To jest zresztą dobry test w szkolnictwie wyższym, jeżeli wykładowca nie wymaga czytania prac, które są dostępne w języku angielskim, to nie jest dobrym wykładowcą. Mówię to z całym przekonaniem.

Ale przecież nawet przedstawiciele polskich elit politycznych nie zawsze władają tym językiem.
No cóż, trzeba było lepiej wybierać (śmiech). Oczywiście znajomość języków obcych nie powinna być jedynym kryterium wyboru, ale ona coś sygnalizuje. O tym, że angielski zwiększa skuteczność uprawianej w imieniu państwa polityki, mogę ponownie powiedzieć, posługując się własnym przykładem. Najważniejsza kampania, jaką prowadziłem, będąc po raz pierwszy w rządzie po 1989 r., to była kampania na rzecz redukcji polskiego długu zagranicznego. Wyglądało to tak, że jeździłem na osobiste rozmowy do różnych krajów, m.in. do USA, gdzie spotykałem się z ważnymi senatorami i nawet z samym prezydentem Bushem seniorem. Najwięcej osiągnąłem w bezpośrednich rozmowach. Gdybym nie znał angielskiego, nigdy by do nich nie doszło.

Jakie mogą być straty społeczne z powodu niskiej anglojęzyczności społeczeństwa?
Chyba każdy widzi to wokół siebie, na przykład słysząc o tym, jak Polacy pracują za granicą poniżej swoich kwalifikacji. To rzeczywiście kolejne mobilizujące dane i warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Przecież jako naród mamy od 1989 r. niebywałą szansę. Bądźmy więc kulturalnym i gospodarczym tygrysem Europy. Do tego anglojęzyczność jest niezbędna. Dobrze byłoby wytworzyć pewien rodzaj zdrowego snobizmu na angielski. Tak aby oprócz pokazywania korzyści wynikających ze znajomości tego języka uatrakcyjnić sam proces uczenia się, a także sprawić, by ludzie zaczęli się wstydzić, że nie znają najważniejszego międzynarodowego języka.

Samemu poznawał pan język w o wiele mniej korzystnych czasach.
Prawda. Nie korzystałem z żadnych przywilejów, nie byłem dzieckiem dyplomatów, języków obcych nauczyłem się w Polsce, korzystając m.in. z płyt, książek itp. Udało mi się nauczyć pięciu, choć obecnie w miarę biegle władam trzema językami obcymi: angielskim, niemieckim i rosyjskim. Biernie znam francuski i hiszpański. Angielskiego nauczyłem się na końcu, już w czasie studiów. Na studiach musiałem pojechać na obóz wojskowy, co - przynajmniej wówczas - było potworną stratą czasu. Stawałem więc w tylnym rzędzie, by nie rzucać się w oczy przełożonym, wyciągałem mały zielony zeszycik, w którym miałem wypisane różne zwroty, i powtarzałem je. Pomagało mi także czytanie powieści kryminalnych w różnych językach. Opanowałem więc bezbłędnie terminologię typu: udusić, zasztyletować, zastrzelić, oskarżyć. Oczywiście nie jest to rada ani zalecenie dla ministerstwa edukacji na sposób nauczania. (śmiech)

Reklama