Od czasu do czasu słyszymy o policyjnym nalocie na mieszkania ludzi na potęgę korzystających z sieci P2P (skrót od nazwy "peer-to-peer", czyli "równy z równym"). I owszem, policja ściga. Ale tylko osoby, które udostępniają pliki innym bądź ściągają pirackie oprogramowanie.

Ściągnięcie pliku z muzyką czy filmem to nic innego jak korzystanie z utworu już rozpowszechnionego. A na to pozwala ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych - zwraca uwagę "Rzeczpospolita". Mało tego! Artykuł 23 ustawy nie wspomina o tym, czy utwór jest rozpowszechniony legalnie, czy nie. Tak czy inaczej, można z niego korzystać.

Problem w tym, że osoby korzystające z programów do wymiany plików często nie zdają sobie sprawy, ze ściągając, jednocześnie udostępniają utwory innym użytkownikom sieci. A za to można nie tylko zostać ukaranym grzywną, ale nawet trafić za kraty.

"To absurdalne, że jeżeli ktoś kupi piracką płytę na bazarze, to złamie prawo i będzie ścigany, a jeżeli ściągnie piracką kopię z internetu, to nic mu za to nie grozi" - żali się Mariusz Kaczmarek, dyrektor Fundacji Ochrony Twórczości Audiowizualnej FOTA. Kaczmarek proponuje, aby pobieranie nielegalnie rozpowszechnionych w sieci plików traktować tak samo, jak kupno pirackiego nośnika.

"Rzeczpospolita" pisze, że w Ministerstwie Kultury trwają prace nad nowelizacją prawa autorskiego. Na razie jednak nie wiadomo, w jakim kierunku pójdą zmiany.