Formalnie wszystko się zgadza, aby obwieścić, że najwybitniejszy obecnie żyjący polski naukowiec był tajnym współpracownikiem komunistycznej bezpieki. Wykładnia Sądu Najwyższego za tajnego współpracownika SB uznaje osobę, która wyraziła zgodę na współpracę z bezpieką, świadomie ją podjęła i w ramach tej współpracy przekazywała SB informacje "uznane za przydatne".

Przejrzeliśmy akta SB dotyczące profesora Wolszczana, które znajdują się w bydgoskim oddziale Instytutu Pamięci Narodowej. Zachowały się one w całości, liczą kilkaset stron. Są odręczne raporty podpisane pseudonimem "Lange", ale też zobowiązanie do współpracy, hasło wywoławcze oraz pokwitowania odbioru pieniędzy i upominków. Z akt wynika również, że profesor Wolszczan, wówczas młody i zdolny astronom, z oficerami SB spotykał się aż czterdzieści osiem razy.

Faktów tych nie kwestionuje również sam astronom. Rozmawialiśmy z nim. Jaki był charakter tej współpracy? Spotkaliśmy się z naukowcami, którzy w latach 70. blisko współpracowali z Aleksandrem Wolszczanem. Informacje, które znajdują się w teczkach SB, weryfikowaliśmy też w innych źródłach, także rozmawiając z byłymi oficerami SB. Z naszych ustaleń wynika, że Wolszczan bezpiece przekazywał właściwie bezwartościowe informacje.

Początek

Jest jesień 1972 r. Toruń przygotowuje się do wydarzenia bez precedensu w historii tego powiatowego wówczas miasta. Za kilka miesięcy rozpoczną się obchody 500-lecia urodzin Mikołaja Kopernika. Toruń - obok Krakowa i Warszawy - jest najważniejszym miejscem, w którym odbędą się uroczystości. Do miasta mają przyjechać najbardziej znani astronomowie świata i setki zagranicznych gości.

Do jubileuszu komunistyczne władze przygotowują się niezwykle pieczołowicie. Toruń jest cały w remoncie, skalę inwestycji można porównać jedynie z obecnymi przygotowaniami do organizacji piłkarskich mistrzostw Europy. Nowe oblicze - dzięki deptakowi wyłożonemu piaskowcem - zyskuje gotycka Starówka, a na przedmieściach powstaje niezwykle nowoczesny, jak na tamte czasy, kampus dydaktyczny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. W oddalonych o 10 kilometrów od Torunia Piwnicach zbudowano też nowoczesne obserwatorium astronomiczne.

Do uroczystości przygotowuje się też Służba Bezpieczeństwa. Do jej zadań należy "zabezpieczenie obchodów". "Tajniacy odwiedzają restauracje, gdzie mają być podejmowani goście obchodów" - pisał w 2004 r. o klimacie tamtych dni "Głos Uczelni", pismo UMK. Obserwują, kto po kieliszku wsiada do auta. A następnie donoszą drogówce, która ich łapie. Równolegle SB rozpracowuje, dotąd hermetyczne, środowisko toruńskich astronomów.

Tak zaczyna się nieznana do tej pory historia profesora Wolszczana

Meldunek o Aleksandrze Wolszczanie do SB trafia jesienią 1972 r. Autorem jest kontakt operacyjny "Sabina". Donos mówi o niespełna trzydziestoletnim, ambitnym astronomie, który ma się wybrać na roczne stypendium do Instytutu Maksa Plancka w Bonn. To wówczas jeden z najlepszych takich ośrodków badawczych na świecie. Jego możliwości, w stosunku do tego, czym dysponowali naukowcy w Toruniu, trudno nawet porównać.

SB nie przechodzi obojętnie wobec informacji od "Sabiny", tym bardziej że potwierdza ją inny agent ulokowany wśród toruńskich astronomów o pseudonimie "Orion". Bezpieka w rękach ma nadzwyczaj mocny argument - w PRL to resort spraw wewnętrznych decyduje komu dać, a komu odmówić wydania paszportu. Pod koniec listopada 1972 r. kapitan Zieliński decyduje się wpisać Aleksandra Wolszczana na listę kandydatów na tajnego współpracownika. Jest dosyć zdeterminowany, bo wysyła nawet pismo do SB w Szczecinie, skąd Wolszczan przybył do Torunia. Prosi o informacje o Wolszczanie i jego rodzinie oraz o ewentualne "materiały obciążające".

Na początku lutego sprawa jest już załatwiona, kapitan Władysław Dudziński spotyka się z Wolszczanem w lokalu konspiracyjnym Bajka - najprawdopodobniej jest to pokój toruńskiego hotelu Polonia wykorzystywany przez bezpiekę (potem tajne spotkania odbywają się głównie w konspiracyjnym lokalu przy ulicy Mickiewicza, jednej z głównych ulic Torunia). Rozmowa trwa trzy godziny. Esbek wychodzi z podpisanym zobowiązaniem do współpracy.

Jak wspomina to Aleksander Wolszczan. "Nie przypominam sobie, aby sprawa mojego wyjazdu była wtedy poruszana. Nie było żadnego nacisku, szantażu czy gróźb. Dla mnie tamta decyzja była warta tyle samo, co rutynowe podpisywanie zobowiązań do wierności PRL-owi przed wyjazdami za granicę. Typowa dwuwarstwowość życia w tamtych czasach: podpisywało się jedno, a robiło drugie" - mówi teraz profesor.

Astronom przyjmuje pseudonim "Lange" i spisuje swój pierwszy raport. Informacja dotyczy jego wyjazdu na stypendium do Niemiec. Dwa dni później wieloletni szef toruńskiej SB płk Zygmunt Grochowski wnioskuje do komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy o zgodę na założenie astronomowi teczki.

Dudziński - który w resorcie pracę zaczynał jeszcze w czasach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - zanotuje potem, że "Lange" na współpracę zgodził się dobrowolnie. Wpisuje w akta, że winien być on "przeszkolony kontrwywiadowczo". Ustala nawet hasło wywoławcze, gdyby Wolszczan chciał się z nim prędko skontaktować. Miał przez telefon powiedzieć: Szacunek, mówi Alek. Przywiozłem ci uszczelki, wpadnij do mnie o godzinie... (miejscem spotkania miał być nieistniejący już dworzec kolejowy Toruń Północ).

W IPN znajduje się kilkadziesiąt meldunków ręcznie napisanych przez Wolszczana:

- czerwiec 1974: "Lange" informuje, że był na stypendium w Bonn w Instytucie Maksa Plancka, pisze, ilu naukowców tam pracuje, kto jest szefem ośrodka radioastronomicznego i że napisał dwie prace naukowe. Opowiada o swoich dziwnych kontaktach: spotkał anonimowego Polaka w filharmonii, który potem podczas innych spotkań namawiał go do pozostania w RFN, o sekretarce instytutu, która zawiesza głos, gdy pyta o obecność Rosjan w Polsce.

- październik 1974: "Lange" opowiada o konflikcie wśród toruńskich astronomów między młodszą, a starszą kadrą. Jeden z profesorów miał nawet wykorzystywać badania młodszych pracowników naukowych i nie powoływać się na źródła. Na czele młodych buntowników, do których także zaliczył się Wolszczan, stał dr Jan Hanasz. - Był taki konflikt, ale nie chcę już do tego wracać - uśmiecha się obecnie prof. Hanasz.

- luty 1976: "Lange", nie wymieniając żadnych nazwisk, raportuje, że toruńscy astronomowie negatywnie oceniają plany wpisania do konstytucji PRL sojuszu z ZSRR, przewodniej roli PZPR i nazwanie Polski krajem socjalistycznym.

- marzec 1976: "Lange" złożył wizytę Janinie K. w Paryżu, której mąż pracuje w firmie handlującej z Polską.

- czerwiec 1976: "Lange" relacjonuje, że jego brat wyjechał do Szwecji i nie ma zamiaru wrócić.

- sierpień 1978: "Lange" pisze o wyjeździe toruńskiej delegacji na konferencję młodych astronomów do Londynu: "nie było nawiązywania podejrzanych kontaktów".

"Lange" podaje też na przykład listę uczestników konferencji naukowej, która odbywała się w latach 70. w Toruniu. - To informacje, które wisiały na tablicy ogłoszeniowej w instytucie - mówi teraz "Dziennikowi" jeden z astronomów, który pracował w Toruniu w latach 70. Zresztą musieli o tym wiedzieć sami esbecy, którzy potem odnotowali, że toruńska komenda od dawna dysponowała tym programem.

- sierpień 1979: "Lange" po wizycie w Bonn pisze, że słyszał, iż prof. Richard Wielebiński, na zaproszenie którego się pojawił w Niemczech, zamierza objąć szefostwo katedry radioastronomii na miejscowym uniwersytecie. SB dowiaduje się też, że UMK wypożyczył z Bonn "wzmacniacz parametryczny na częstotliwości 10,7 GhZ".

- sierpień 1980: w Polsce sytuacja jest bardzo napięta, trwają już strajki w Gdańsku, Szczecinie i Gdyni. "Lange" o tym nie wspomina. Z jego meldunku SB dowiaduje się, że wkrótce wybierze się do Bonn na konferencję astronomów oraz o perspektywie dłuższego wyjazdu na stypendium do Niemiec lub USA.

- listopad 1981, w Polsce trwa jeszcze karnawał Solidarności, coraz bardziej oczywiste staje się jednak, że władza dąży do siłowego rozwiązania. Przełożonym Wolszczana w centrum astronomicznym jest wówczas Antoni Stawikowski, szef Zarządu Regionu "Solidarności". Esbek domaga się informacji o nim. Wolszczan wystawia laurkę: Stawikowski jest zrównoważony, nie daje sobą manipulować. Esbek notuje też, że o "Solidarności" jego agent mówi niechętnie, bo się zaangażował w ten ruch, a poza tym nie ufa władzy. Zarówno w tym, jak i we wcześniejszych jego meldunkach nie ma ani słowa o tym, że Stawikowski przywozi zakazane w PRL książki z wyjazdów naukowych na Zachód.

Wolszczan - to mąż zaufania "Solidarności"

"Wolszczan był mężem zaufania "Solidarności" w Instytucie Astronomii. Organizował spotkania, przekazywał informacje z wyższych struktur. Na pewno miał sporą wiedzę" - wspomina prof. Jan Hanasz, astronom, a w latach 80. działacz toruńskiego podziemia. (Hanasz konstruował nadajniki, które nadawały sygnał "Solidarności" w telewizji i radiu - co przez pewien czas było zmorą całej SB).

Właściwie tylko jedna informacja przekazana przez współpracownika "Lange" mogła komuś zaszkodzić. Tuż po wydarzeniach radomskich w lipcu 1976 r. kapitan Dudziński poprosił Wolszczana o spotkanie. Doszło do niego w aucie astronoma. W aktach nie zachowała się odręcznie sporządzona notatka podpisana kryptonimem "Lange". Jest tylko zapis rozmowy, którą sporządził oficer SB. Dotyczyła ona innego astronoma, Felicjana K. "Gdy studiował, był pijakiem. Zmienił stan cywilny i zmienił postępowanie - notował po spotkaniu z agentem <Lange> esbek. Czy SB wykorzystała tę informację? Raczej nie, esbecy pod tym samym meldunkiem napisali, że stracili już zainteresowanie Felicjanem K. Ale informacje o jego kłopotach z alkoholem były prawdziwe. - To był rzeczywiście wyrywny i niestroniący od alkoholu student. Wiedzieli o tym wszyscy, nawet żołnierze ze studium wojskowego" - mówi nam jeden z profesorów UMK, który na przełomie lat 60. i 70. znał się z K.

Esbecy notowali, że tajny współpracownik "Lange" spotkał się z nimi czterdzieści osiem razy. Dawali mu nagrody i pieniądze - trzy razy po tysiąc złotych (wówczas była to pensja rozpoczynającego karierę młodego naukowca) oraz po urodzeniu córki trzy tysiące. Były też prezenty - wszystko co najlepsze w PRL: szynka konserwowa, koniak, kawa Selekt, pierniki w czekoladzie oraz papierosy Carmen. Po co Wolszczanowi pieniądze i Carmeny od SB, skoro całkiem nieźle zarobił podczas zagranicznych stypendiów, a palił tylko Marlboro i to rzadko? "Może mi pan nie wierzyć, ale kiedy miałem problem z jakimiś przedmiotami, szedłem na most drogowy w Toruniu i tam pozbywałem się tego, czego nie chciałem" - mówi Wolszczan, kiedy pytamy go o pieniądze i upominki. Jeżeli to prawda, to do tej pory w nurtach Wisły powinna spoczywać szynka eksportowa Krakus warta 225 ówczesnych złotych i butelka koniaku Budafok za 200 zł - co skrzętnie wyliczyli esbecy.

Zakończenie współpracy następuje na początku 1982 r., tuż przed jego kolejnym wyjazdem na stypendium do Bonn. SB przekazuje mu swoje oczekiwania, ale tych astronom już nigdy nie wypełni. Bo do Polski wróci dopiero po upadku komunizmu. Całe lata 80. esbecy poszukiwali swojego agenta, inwigilowali nawet jego najbliższą rodzinę, by ustalić, co się stało. W końcu po czterech latach, w 1986 r. ustalili, że Wolszczan przebywa w obserwatorium astronomicznym w Arecibo w Puerto Rico.

Kapitan Dudziński i major Zenon Linka - esbecy prowadzący astronoma wpisali mu w akta wysokie oceny: "zdyscyplinowany, sumienny, udziela cennych informacji". "I pewnie jeszcze dopisali źródło perspektywiczne, cenne do wykorzystania w przyszłości" - mówi oficer kontrwywiadu PRL z kilkunastoletnim stażem, któremu pokazujemy meldunki "Langego". "Nazywaliśmy takich agentów "punktami". Choć wartość informacyjna była żadna, to w statystykach prowadzącego liczyło się na przykład przy rozdziale premii" - twierdzi b. oficer SB.

Jego zdaniem wartościowi współpracownicy, którzy byli zwerbowani przez kontrwywiad w terenie, szybko przechodzili pod kuratelę centrali.

Jaki pożytek miała toruńska SB z agenta "Lange"? Czy dlatego został zwerbowany, ponieważ w bloku wschodnim panowała doktryna, która nakazywała służbom krajów satelickich pozyskanie jak największej liczby agentów wśród naukowców nauk ścisłych. ZSRR liczyło, że w ramach wymiany naukowej mogą oni w przyszłości np. dostać się tam, gdzie nigdy nie zostaną wpuszczeni Rosjanie. - Może np. chodziło o uzyskanie dojścia operacyjnego do interesujących służby bloku wschodniego laboratoriów i ośrodków naukowych - tłumaczy prof. Andrzej Zybertowicz, ekspert od tajnych służb. Tylko czy wówczas, mając nadzieję na tak wielki sukces, Wolszczanem opiekowaliby się esbecy z niewielkiego Torunia? Raczej nie.

>>>Przeczytaj wywiad słynnego astronoma dla DZIENNIKA

A może tajny współpracownik "Lange" został zwerbowany, bo tamten system przewidywał, aby jak najwięcej osób przydatnych i nieprzydatnych łapać w swoją sieć? Tę tajemnicę trudno dziś rozwikłać. Ostatni prowadzący Wolszczana mjr Zenon Linka od kilku lat już nie żyje. Odnaleźliśmy więc pułkownika Zygmunta Grochowskiego, który przez 20 lat kierował bezpieką w Toruniu. Grochowski doskonale wie, kim jest "Lange" i jaki był z niego pożytek, zakładał jego teczkę w 1973 r., i podpisywał wniosek o przeniesienie jej do archiwum w 1988 r. - Nie ma go i już nigdy nie będzie. Jest chory - wykrzyknęła żona Grochowskiego, zatrzaskując drzwi.