"To dla mnie bardzo ciężki dzień" - mówiła Barbara Jackiewicz. Po 24 latach nieustannego dyżuru przy leżącym nieruchomo w łóżku, pozbawionym kontaktu ze światem synu, zgodziła się powierzyć go w ręce obcych ludzi.

Reklama

To nie była łatwa decyzja, a matka do końca wahała się, czy oddać Krzysztofa do toruńskiego ośrodka. Barbara Jackiewicz podkreśla jednak, że nie zamierza zrezygnować z żądania z eutanazji. "Chcę godnej śmierci dla mojego syna, wiem, że tak będzie dla niego lepiej" - powtarza.

>>>Matka: Chcę eutanazji dla mojego Krzysia

Wczesnym popołudniem Krzysztof został wyniesiony z domu na noszach i umieszczony w karetce, która zawiozła go na lotnisko. Stamtąd poleciał medycznym samolotem do Bydgoszczy i dalej znowu karetką do Torunia. Jego matka wyszła z domu w przebraniu... sanitariuszki, bo chciała uciec czyhającym na nią fotoreporterom. Tłumaczyła, że jest bardzo zmęczona medialnym rozgłosem i nie chce już odpowiadać na żadne pytania.

Ale to właśnie dzięki zainteresowaniu mediów sprawa Krzysztofa Jackiewicza przybrała dobry obrót. Najpierw pomoc zaoferowała Fundacja Światło, potem załatwienie transportu chorego do Torunia obiecał poseł PO Janusz Palikot. Ostatecznie jednak wszystkie formalności załatwił Bartosz Arłukowicz, szczeciński poseł lewicy i lekarz pediatra.

>>>Odda chorego syna, ale wciąż chce eutanazji

"Bardzo mnie poruszyła historia tej kobiety. Pracowałem na oddziale onkologii dziecięcej i rozumiem, co czuje matka, która nie może pomóc swojemu synowi" - tłumaczy Arłukowicz. Dodaje, że kiedy po raz pierwszy wszedł do mieszkania Jackiewiczów, zobaczył tam nieuleczalnie chorego mężczyznę i śmiertelnie zmęczoną opieką nad nim matkę. "Widziałem wiele domów, gdzie są przewlekle chorzy ludzie, ale pierwszy raz w życiu zobaczyłem tak zadbany dom i tak perfekcyjnie wypielęgnowanego chorego. Pani Barbara jest najlepszą matka i najlepszą pielęgniarką" - mówi.

Przez pierwsze kilka dni chorym Krzysztofem Jackiewiczem będzie się opiekować matka. "Będziemy starali się otoczyć jak najlepszą opieką Krzysztofa, ale również ją samą. Pamiętamy, że to dla niej trudna chwila, po 24 latach musi go oddać w obce ręce" - mówi Janina Mirończuk, szefowa Fundacji Światło. I dodaje, że pani Barbara musi nauczyć się żyć bez pełnienia całodobowej warty przy synu.

Zdaniem specjalistów to nie będzie proste. Ewa Chalimoniuk, psycholog z warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji uważa, że matce byłoby łatwiej, gdyby wypełniła czymś pustkę po nieustannym czuwaniu przy chorym. "Mogłaby się włączyć jako wolontariuszka w prace hospicjum. Pomagać nie tylko synowi, ale także innym. Przy tym mogłaby poznać inne osoby, które są w podobnej jak ona sytuacji. To z pewnością pomogłoby jej samej" - mówi.