>>> Bartoszewski: Reuters nie ma encyklopedii?

Reklama

>>> Niemcy znów piszą o "polskim obozie"

Filip Jurzyk: "Polski obóz w Trawnikach" - oto, co napisał w piątek niemiecki Reuters. Dzień wcześniej to samo zrobiła agencja DPA.
Piotr Paszkowski: Co do agencji DPA, była w tej sprawie skuteczna interwencja. A teraz Reuters? Tego jest strasznie dużo, w zasadzie musimy reagować coraz częściej. Nasza akcja nie jest dość skuteczna. A przecież rejestr interwencji jest dość imponujący - odkąd je liczymy, było ich chyba pięćset, z czego trzysta zarejestrowanych na witrynie.

Czy podczas takiej interwencji tłumaczy pan, dlaczego podobne sformułowania są niedopuszczalne?
Podejmowałem takie rozmowy z wieloma dziennikarzami, którym zdarzyło się popełnić takie sformułowanie. Chcielibyśmy, by nasza historia była jasno wyłożona, niestety czasami dostaję po dwa, trzy doniesienia dziennie o prasowych przekłamaniach, które pojawiają się we wszystkich językach europejskich.

Dlaczego mimo starań polskich władz i czujności naszej prasy nie ma końca "polskim obozom śmierci"?
Ktoś, kto pisze szybką depeszę, posługuje się rodzajem semantycznego skrótu. Mamy taki nawyk językowy, że do opisywania zjawisk i wydarzeń wykorzystujemy pojęcia geograficzne. Myślę, że to się bierze z pośpiechu.

To czemu ministerstwo wciąż interweniuje?
Nasza wrażliwość bierze się z tego, że jeżeli jest kolokacja "polskie obozy koncentracyjne", to ktoś, kto kompletnie nie zna historii, może wysnuć niewłaściwy wniosek, że jest to jakiś związek sprawczy i Polska była założycielem tych obozów. A to oczywiście nieprawda.

Czy ci dziennikarze przyznają się do błędu i przepraszają?
Dziennikarze, z którymi rozmawiałem, wysuwają argument, że wiedza na temat tego, kto założył te obozy, jest tak powszechna, że oni czują się upoważnieni do wykorzystania tego zwrotu przy tak powszechnej wiedzy historycznej. Tymczasem świadomość historyczna niektórych ludzi jest minimalna - 90 procent młodzieży w Ameryce nie wie, kto był pierwszym prezydentem USA. Ignorancja społeczeństwa jest ogromna.

Więc przyznaje pan, że dotychczasowa krucjata MSZ nie przynosi oczekiwanych rezultatów?
Mam takie wrażenie, że przegrywamy tę walkę, a nasze interwencje nie przynoszą skutku. Niedawno napisałem większy list do naszego ambasadora w USA, dzieląc się swoimi refleksjami na ten temat. Interwencje zaczęliśmy kilka lat temu i powinniśmy już widzieć pierwsze rezultaty.

To może warto zmienić sposób reagowania?
Mam przeczucie, że trzeba do tego podejść inaczej, bardziej kreatywnie. Jak? Jeszcze tego nie wiem.