Dziennik Gazeta Prawana logo

Polski misjonarz mówi o zamachu w Kongo

7 kwietnia 2009, 22:49
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Polski misjonarz w Kongo został ciężko postrzelony. Mimo dziur w nogach i tkwiącego w brzuchu pocisku ksiądz Wiesław Kantor opowiedział DZIENNIKOWI o kulisach tego zdarzenia. Pallotyn, który w momencie ostrzału prowadził auto, zachował zimną krew. Ocalił w ten sposób nie tylko siebie, ale też innych misjonarzy.

Ksiądz Kantor, należący do zgromadzenia pallotynów oraz troje innych misjonarzy wracało 27 marca do misji w Rutshuru, miasta położonego w regionie Północne Kiwu Republiki Konga. , pallotyn został ciężko ranny, ale zdołał uciec bandytom.

Ksiądz i jego parafia Rutshuru jest dobrze znana w regionie - w ubiegłym roku w listopadzie Parafia była jedynym na tyle spokojnym miejscem na całym obszarze, że tam humanitarne organizacje umieszczały swoje ekspozytury.

Ksiądz Kantor w grudniu przeszedł zawał, ale odmówił powrotu do kraju za rekonwalescencję. Pochodzi z Korzennej koło Nowego Sącza, na misjach jest od 1982 roku, a w Rutshuru - od 1987 roku.


Jechaliśmy wtedy do misji, byliśmy w odległości jakiś 16 kilometrów. Zwykła droga między wioskami. Jechałem spokojnie, swobodnie, tą drogą już siostry jeździły i nic się nie działo. Ze mną były jeszcze trzy osoby, rozmawialiśmy i nagle padły strzały. Z jednej strony, z drugiej. Kula przeszła przez okno obok mnie, przeleciała na drugą stronę. A następna trafiła w drzwi.


Pocisk się rozszczepił, odłamek trafił w brzuch, mam też cztery głębokie dziury w nogach.


A skąd. Jechałem jeszcze 10 kilometrów, tylko ręką trzymałem się za brzuch, tam była otwarta rana. Tak dotarłem do najbliższego osiedla. Nie zemdlałem, tylko dużo krwi ze mnie wyszło.


Nie było czasu się zatrzymywać, wdepnąłem gaz i uciekamy. Oni nas zresztą gonili, strzelali za nami.


No nie wiadomo, jakby to się skończyło, gdyby nas dogonili. Ja tu jestem 25 lat i różne rzeczy przeżyłem, wiem, że jak strzelają, to już nie wolno się zatrzymywać, tylko uciekać i liczyć na Opatrzność. No i Opatrzność czuwała, bo nawet lekarze się dziwili, że ta kula w brzuchu nie porwała jelit, bo tego bym chyba nie przetrzymał tutaj. Jeden z lekarzy, Włoch, powiedział mi, że ktoś musiał tę kulę prowadzić.


Tutaj napady rabunkowe to nic szczególnego, ja napadany już byłem wcześniej. Wczoraj na przykład ktoś okradł Caritas. Ale do tej pory ci ludzie napadali dla zysku, zabierali pieniądze i puszczali. Nie strzelali od razu. Teraz nawet nie widziałem, kto napadł.


W miarę. Chodzę, już zostawiam czasem kule. Jednego pocisku chyba nie będą ze mnie wyjmować, bo nie mam infekcji, a lekarze mówią, że można przy okazji operacji coś uszkodzić.


Ważą się losy. Może na jakiś urlop pojadę. Nie wiadomo, kto do mnie strzelał, a przecież ja tu jestem długo, tu mnie wszyscy znają.


Zobaczę, ile mi wiary wystarczy, na razie jestem dobrej myśli.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj