Inne / Marcin Lobaczewski
Reklama

Świeżo wyremontowany i odrestaurowany Barbakan pokrył się białym nalotem. Wizytówka Warszawy miejscami wygląda, jakby pochlapano ją wapnem. W Zarządzie Terenów Publicznych, który nadzorował renowację, mówią: "Stare mury wreszcie zaczęły oddychać".

Liszajowaty nalot usuną. Przy okazji wyszło na jaw, że dotarcie do wnętrza murów przypominało otwarcie przyrodniczej puszki Pandory. Konserwatorzy niechcący wypuścili na wolność zwierzęta i owady, które od dziesięcioleci żyły w środowisku odciętym od świata.

Barbakan nie jest ostatnio fotogeniczny - na świeże ceglane lico wyłażą mu białe plamy soli lub wapna. Warszawiacy są zdegustowani. Zaś turystom Barbakan blado wypada na zdjęciach. "Przecież dopiero co odrestaurowano te mury. To jakaś fuszerka" - narzekają spacerowicze. "Żadna fuszerka! Tak miało być" - słyszymy zapewnienia w Zarządzie Terenów Publicznych.

Zdaniem fachowców biały nalot wykwitł z taką siłą, bo nagle zmieniła się pogoda. Z wilgotnego zera zrobiły się prawie letnie upały. "Remont murów i Barbakanu przeprowadziliśmy po to, by one wreszcie zaczęły oddychać, oddawać skumulowaną w nich wilgoć" - mówi inż. Anna Krukowska, która była bezpośrednio zaangażowana w prace. Odbudowywane w latach 40. zabytki spajano zaprawą cementową nieprzepuszczającą powietrza. Przez to od 60 lat stały szczelnie zamknięte. Wewnątrz murów było tak dużo wilgoci, że w niektórych miejscach woda zbierała się w minijeziorka.

"Woda, sól, wapno. Teraz to wszystko wychodzi na zewnątrz. Dzięki temu, że zastosowaliśmy porowatą spoinę cegieł, mury zaczęły oddychać. Te białe wykwity są dowodem, że nasz remont został wykonany porządnie i prawidłowo" - mówi inż. Krukowska.

Reklama

Zarząd Terenów Publicznych zamierza tuż po świętach wyszorować cegły z białych liszajów. Operacja będzie powtarzana, gdy znowu się pojawią. I tak do skutku, aż stare mury oddadzą większość zakonserwowanej w nich wilgoci.

Ale mury Starego Miasta kryły w sobie więcej niespodzianek. Bez przesady można powiedzieć, że miały bogate życie wewnętrzne. Pomiędzy ceglanymi płaszczami, czyli zewnętrznymi warstwami muru, które na co dzień oglądają turyści, kryje się warstwa rumoszu - ziemi, gliny, gruzu i kamieni. "Gdy otwieraliśmy mury, rozłaziło się stamtąd mnóstwo robactwa - owadów, stonóg, pędraków. Nie znam się na tym, ale osobiście widziałam nawet dwie ślepe żaby, które chyba musiały żyć tam od pokoleń" - wspomina Anna Krukowska.

Prof. Marek Kozłowski, entomolog z Katedry Entomologii Stosowanej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, żałuje, że konserwatorzy zabytków nie zaprosili zoologów do współpracy. "Gdyby ktoś odkrył zamknięty system ekologiczny wewnątrz murów, byłaby to sensacja naukowa. Mielibyśmy szansę przebadać populację tych stworzeń, a tak to się wszystko gdzieś rozpierzchło" - mówi.

Zdaniem naszego rozmówcy masa zwierząt zimuje w takich miejscach jak wnętrza murów. "Bywa, że niektóre owady zostają i siedzą tak całymi pokoleniami. Całkowicie odcięty od świata zewnętrznego biotop zdarza się niezwykle rzadko. W ślepe żaby nie chce mi się wierzyć, jednak i bez nich to byłaby rewelacja" - mówi prof. Kozłowski.

Co mogło rozpełznąć się z wnętrza murów? Zdaniem prof. Marka Kozłowskiego niemal na pewno żyje tam pokątnik złowieszczek - czarny, nieprzyjemnie pachnący chrząszcz dochodzący do 3 cm długości. Okazuje się, że coś go łączy z warszawskim bazyliszkiem.

"W dawnych czasach panował zabobon, że kto go ujrzy, ten niedługo zginie gwałtowną śmiercią. Dlatego nadano mu taką nazwę" - wyjaśnia entomolog z SGGW. Poza złowieszczkiem we wnętrzu murów na pewno kryły się inne gatunki chrząszczy, pająki oraz wije krocionogi. Te ostatnie uwielbiają ciemność. "Krocionogi wędrują czasem wielkimi gromadami i w załomach murów tworzą całe kolonie. Odkryliśmy kiedyś takie skupisko nieopodal Auli Kryształowej naszej uczelni. Można było wybierać je garściami" - wspomina prof. Marek Kozłowski.