Wrzawa medialna trwała kilka dni. Wygrał aktor przewagą ponad 2 tys. osób. "To niesamowite, że jeden człowiek może zdobyć większą grupę odbiorców niż cała sieć telewizyjna" - cieszył się Kutcher. A dziennikarze i publicyści odtrąbili kolejny krok w dziejach ludzkości. Przynajmniej tej wirtualnej.

Reklama

Twitter istnieje od marca 2006 r., ale prawdziwy boom przeżywa właśnie teraz, w ciągu miesiąca liczba jego użytkowników zwiększyła się dwukrotnie do ponad 10 mln, a portal Yahoo! podał, że częstotliwość wyszukiwania hasła "Twitter"x wzrosła w porównaniu do marca ubiegłego roku o 5,6 tys. proc. Twitter (dosłownie: trajkot) polega na wysyłaniu za pośrednictwem komputera lub SMS-a zdjęć czy krótkich, 140-znakowych informacji, które mogą śledzić inni użytkownicy, tzw. followers.

Pogodynek David Lynch

W tweetowanie szybko zaangażowali się celebryci. "To dla nich świetna forma promocji" - mówi DZIENNIKOWI Ian Corbin, założyciel serwisu CelebriyTweet.com. Gwiazdy pokazują przez Twittera, że nie różnią się od zwykłych ludzi, a jednocześnie mogą bardzo ocieplić swój wizerunek, jak Demi Moore, która zwierza się, że uwielbia, gdy mąż ją przytula, po czym za chwilę Kutcher wysyła jej trzy wirtualne przytulanki. A wszystko to na oczach ponad miliona fanów, którzy mają wrażenie, że właśnie uczestniczą w życiu gwiazd.

Dzięki Twitterowi w ciągu kilku chwil możemy więc na przykład dowiedzieć się, że:

- Oprah Winfrey zje w czwartek kolację z Hugh Jackmanem (Oprah: W tej knajpce co zwykle czy przewietrzymy się trochę? Hugh: W knajpce. Nie mogę się doczekać! Wcześniej jeszcze muszę jechać do Chicago);

- Miley Cyrus stoi właśnie przed portretem Mony Lizy ("Wow") i w ogóle nie wie, o co chodzi z plotkami na temat jej i Justina, bo ona wierzy, że możliwa jest przyjaźń z byłym chłopakiem;

- Larry King robi program o świńskiej grypie (martwi się, że w aptece zabrakło specyfiku na grypę, który zawsze stosował);

- Arnold Schwarzenegger od kilku dni walczy ze świńską grypą ("Myjcie regularnie ręce i nie wychodźcie z domu, jeśli macie objawy choroby");

- David Lynch od paru dni jest w "przepięknym Paryżu", ale jedzie do Islandii (tym razem nie wspomniał o pogodzie – gdy jest w Los Angeles, regularnie informuje o temperaturze, zachmurzeniu, poziomie wilgotności czy wietrze);

- Britney Spears ma już uszyte nowe kostiumy ("Jesteś gotowe, Los Angeles?!").

Twittery gwiazd to swoisty wirtualny auto-Big Brother. Bądźmy szczerzy, w większości nie są to specjalnie interesujące informacje. Dlaczego więc chcemy je czytać? "Z tego samego powodu, z jakiego czytamy magazyny plotkarskie, tylko jeszcze bardziej. Bo tu informacje pochodzą od gwiazd, ze źródła najbardziej wiarygodnego, a nie <źródeł do nich zbliżonych>" - mówi Ian Corbin.

Medioznawca Tomasz Łysakowski dostrzega w tym szerszy trend. "Kiedyś gwiazdy traktowano jak nadludzi. Tym różniły się od oglądanych w cyrku dziwadeł, że wzbudzały podziw, a nie niezdrowe zainteresowanie. Teraz ta granica się zaciera. Twitter to szczególnie dobra pożywka dla wszystkich, którzy mają kompulsywną potrzebę dowiadywania się, co dzieje się u innych. To przecież dużo lepsze niż śledzenie zdjęć znajomych na Naszej-klasie, o wiele bardziej interaktywne" - podkreśla Łysakowski.

Niezwykły zwykły śmiertelnik

Celebryci promują się na Twitterze także przez to, że zdarza im się w swojej pisaninie zwracać uwagę na osoby przeciętne. Regularnie robi to Demi Moore, a to relacjonując, że właśnie wzrusza się do łez, oglądając występ niepozornej Brytyjki w angielskiej edycji "Mam talent", a to przekazując wsparcie rodzinie dziewczyny, która zmarła po przedawkowaniu ecstasy. Za każdym razem strony internetowe tych osób notują wielokrotny wzrost odwiedzalności.

"Ludzi kręci w Twitterach gwiazd to, że sami mogą zostać przez nie dostrzeżeni. A ich <tweet> jest czymś w rodzaju wirtualnego autografu złożonego na oczach setek tysięcy ludzi" - tłumaczy Corbin. Autografu składanego w błysku fleszy tylko po to, by pokazać, jak blisko jest się fanów, zwykle odgrodzonych od czerwonego dywanu szczelną barierą.

Najlepszym dowodem jest to, że celebryci wykorzystują serwis jako narzędzie. Jednym z takich modnych narzędzi jest Twitter Baracka Obamy - w czasie kampanii wykorzystywany przynajmniej raz dziennie. Ale po tym, gdy Obama po wygranej zatweetował: "To mogło się wydarzyć dzięki wam", jego serwis praktycznie milczy - w ciągu ponad 100 dni rządów lakoniczne informacje od jego współpracowników ukazały się jedynie cztery razy.

Obama nigdy nie prowadził Twittera sam, nawet gdy był senatorem. Nie robił tego również jego przeciwnik w kampanii prezydenckiej John McCain. Na Twitterze Britney Spears jest wyraźnie zaznaczone, które wpisy są autorstwa piosenkarki, a które jej menedżera. "Ale większość Twitterów gwiazd to ich własna twórczość" - ocenia Ian Corbin. Przeważnie poznać to można już na pierwszy rzut oka albo po języku, albo poruszanej tematyce. Albo po prostu po poziomie wypowiedzi. Złotych myśli w rodzaju: "Gdyby gwałt był karany, nie byłoby gwałtów", na pewno nie doradził Ashtonowi Kutcherowi żaden ekspert od wizerunku medialnego.

Ale nawet jeśli gwiazda nie ma błyskotliwości Larry’ego Kinga (którego niedawne spostrzeżenie: "Nigdy nie nauczyłem się nic ze swojej własnej wypowiedzi", mogłoby być mottem celebryckich Twitterów) i korzysta z pomocy specjalisty, też może się narazić na kpiny. Tak stało się z raperem 50 Centem, gdy okazało się, że do napisania spostrzeżeń w rodzaju: "Moja ambicja jest jak tunel bez końca", wynajął speca od PR. Inny znany posiadacz Twittera, koszykarz Shaquille O’Neal, skomentował wtedy: "Jeśli ktoś potrzebuje do napisania 140 znaków pomocy drugiej osoby, to bardzo mu współczuję".

Polskie gwiazdy mocno śpią (jeszcze)

Choć od półtora roku mamy polską wersję Twittera, czyli należący do Gadu-Gadu serwis Blip.pl (bardzo lubię informować przyjaciół), nie ma w nim celebrytów. Jedyną gwiazdą show-biznesu jest raper Fokus (pisze bardzo rzadko), a politykiem - poseł Tadeusz Tomaszewski z SLD (partia ma własny profil na Blipie), który ogranicza się jednak do informacji o osiągnięciach w polityce, a o życiu prywatnym nie pisze prawie w ogóle.

Tomaszewski przyznaje, że koledzy z sejmowej ławy patrzą na jego blipowanie z pobłażliwym uśmiechem. Ale niewykluczone, że to się zmieni. "Biorąc pod uwagę, że w stosunku do rynku amerykańskiego jesteśmy opóźnieni o rok, masowe zainteresowanie celebrytów mikroblogami dopiero nas czeka" - wyrokuje Marcin Jagodziński, założyciel Blip.pl. Najpierw muszą się jednak zainteresować Blipem trendsetterzy, tacy jak: Kuba Wojewódzki, Doda czy Janusz Palikot, którzy w pewnych środowiskach są liderami opinii - przewiduje Jakub Biskupski, szef działu zagranicznego tygodnika "Gala". Według niego dla gwiazd rodzimy odpowiednik Twittera to spora szansa. "Przez to, że osobiście zdradzają pewne szczegóły ze swojego życia, odpowiadają na zapotrzebowanie fanów, jednocześnie wytrącając oręż tabloidom czy Pudelkowi. Bo przecież mało kto zainteresuje się zdjęciami zrobionymi przez paparazzich, jeśli gwiazda sama wyśle zdjęcia z prywatnej imprezy".

Kto będzie polskim Asthonem Kutcherem i wygra wojnę o rząd wirtualnych dusz? Dowiemy się tego najwcześniej za kilka miesięcy.