Pierwszy kontakt – do wyszukiwarki internetowej wpisujemy słowo "surogatki". Na stronie jednego z teleadresowych serwisów gospodarczych pokazuje się adres do strony firmy Elżbiety Szymańskiej. Piszemy do niej e-mail. Po kilku dniach nadchodzi odpowiedź z numerem telefonu. Dzwonimy. "Pani w sprawie pracy czy wynajęcia surogatki?" - pyta bez ogródek właścicielka firmy. "Chcemy z mężem wynająć surogatkę". "A macie stałą pracę i dochody?" - Szymańska od razu stawia sprawę jasno. Umawiamy się na spotkanie.

Reklama

Umowa numer 14
Niewielkie strzeżone osiedle w podwarszawskim Piasecznie - działające od roku Centrum Elizabeth mieści się w zwykłym mieszkaniu jednego z bloków. Siadamy na sfatygowanej kanapie przykrytej kocem w salonie połączonym z kuchnią. Elżbieta Szymańska - tęgawa, poszarzałe włosy spięte w kucyk, wygląda przeciętnie. Podaje kawę.

Od razu przechodzimy do sedna. Mówimy, że nie możemy mieć dziecka i chcemy wynająć surogatkę. - Nie może pani zajść w ciążę czy donosić? - dopytuje kobieta, która jeszcze rok temu zajmowała się składaniem akumulatorów w fabryce. Odpowiadamy wymijająco, że mamy problem z jednym i z drugim. Szymańska natychmiast oferuje, że może też znaleźć dawczynię jajeczka, jeśli nam nie uda się go wystymulować. Chwali się, że ostatnio i ona dała jakiejś parze swoje jajeczko. Jej komórka jajowa kosztuje 6 tys. zł. No właśnie. Czas przejść do konkretów finansowych. Jeśli zdecydujemy się skorzystać z usług centrum, musimy liczyć się wydatkiem ok. 130 tys. zł. Surogatka, jak mówi Szymańska, bierze najmniej 50 tys. zł. Pośrednictwo Szymańskiej kosztuje 4,5 tys. zł. Do tego dochodzą koszty: zabieg in vitro, prywatne wizyty lekarskie i leki dla ciężarnej surogatki, ewentualne konsultacje psychologa dla obydwu stron (Szymańska zaleca 4 konsultacje w miesiącu!) i koszty sądowe przy zrzeczeniu się praw rodzicielskich przez surogatkę.

Pytamy Szymańskiej, czy możemy wynająć jej brzuch. "Czuliby się państwo bezpieczniej? Rozumiem, ale ja właśnie przygotowuję się do in vitro" - odpowiada z uśmiechem. Dodaje szybko: - Gdyby państwo chcieli poczekać jakieś 11 miesięcy, to możemy podpisać umowę.

Aby nas zachęcić pokazuje... zdjęcia własnych synów w pastelowej ramce z napisem „sweet”. Jeden ma siedem, drugi jedenaście lat. Szymańska zachwala, że to dobre dzieci. Wspierają ją. "Wiedzą, że to nie będzie nasze dziecko i że jak się urodzi, to wróci do rodziców" - mówi o wynajęciu swojego brzucha.

Poznajemy te dzieci podczas naszego drugiego spotkania, rozmowa bez najmniejszego skrępowania toczy się w ich obecności. To wtedy podpisujemy umowę. Ma numer 14. Szymańska przebąkuje, że wcale jej nie cieszy ruch w interesie, bo wiąże się z nieszczęściami bezdzietnych par. Zaraz się chwali, że tylko przez kilka pierwszych dni maja przyjęła u siebie ich 10. Twierdzi, że "za pośrednictwem" agencji urodziła się już jedna dziewczynka, a troje dzieci urodzi się wkrótce. Prosimy o kontakt z rodzicami. Kobieta kategorycznie odmawia, tłumaczy, że po zrealizowaniu usługi niszczy wszystkie dokumenty. "Zostawiam sobie tylko zdjęcie dziecka" - mówi. Pozwala nam je obejrzeć. Jest w dużym zielonym segregatorze, w folii z napisem "dzieci już narodzone". Pod zdjęciem podpis: Monika*, ur. 23.02.2009r., godz. 23, 2750 g, 51 cm. "Rodzice wysłali mi e-mailem te zdjęcia" - Szymańska nie kryje dumy. Surogatki, która urodziła Monikę, nie możemy wynająć. Jak mówi Szymańska, właśnie podpisała umowę z drugą parą.

Reklama

Wszystko jest legalne
Szymańska jest ostrożna. Telefony i adres firmy podany na internetowej stronie Centrum Elizabeth są nieaktualne. Ponoć to przez dziennikarzy, którzy podstępem wyciągają informacje. Usłyszeli o Szymańskiej roku temu, kiedy zaoferowała swój brzuch do wynajęcia, i teraz nie dają spokoju.

Kobieta zapewnia nas, że wszystko, co robi, jest legalne, bo prawo nie zabrania wynajęcia matki zastępczej. Próbujemy się dowiedzieć, w jakiej klinice dojdzie do zabiegu in vitro i umieszczenia naszego zarodka w wynajętym brzuchu. "Tego nie powiem. Dopiero po podpisaniu umowy i wpłaceniu pieniędzy. Ale to dobra, prywatna klinika" - odpowiada Szymańska. Później dowiemy się, że chodzi o poznańską klinikę Medart i że mamy kontaktować się z doktorem Tomaszem Żakiem.

Katalog kandydatek na surogatki
W umowie Szymańska zobowiązuje się znaleźć nam matkę zastępczą, jej rola zakończy się w momencie, kiedy surogatka zajdzie w ciążę. No, chyba że za dodatkowe 10 tys. zł wykupimy usługę opieki nad surogatką, czyli pilnowania, żeby ta dobrze się prowadziła i nie zaniedbywała badań. Możemy nawet na czas ciąży wziąć ją do siebie albo wynająć jej mieszkanie, w którym spędzi czas do porodu.

Na razie wręczamy Szymańskiej 4,5 tys. zł. za pośrednictwo. Zadowolona przynosi nam trzy duże segregatory. To jej baza surogatek. Profile dwudziestu kobiet posegregowane są alfabetycznie. Najmłodsza ma 20, najstarsza 39 lat. Bezdzietne panny, samotne matki, mężatki i rozwódki. Większość ma wykształcenie zawodowe, tylko dwie wyższe. Jedna to nauczycielka z dużego miasta. "Jest w czym wybierać " - zachwala Szymańska.

Przeglądamy. Iwona ma 33 lata i szóstkę dzieci. W teczce jest oświadczenie męża, że nie będzie sobie rościł praw do narodzonego dziecka. Iwona nie ma pieniędzy. W jednym z listów wpiętych do teczki prosi o zwolnienie z opłaty 800 zł za znalezienie się w bazie firmy Elizabeth. "Dostaję miesięcznie 830 zł zasiłku" - argumentuje. Właśnie z powodu braku pieniędzy zdecydowała się zostać surogatką. Za urodzenie cudzego dziecka chce 50 tys. zł. W jej liście roi się od błędów ortograficznych.

Monika, 27-letnia sprzedawczyni, w rubryce zainteresowania wpisała: krzyżówki i filmy naukowe. W teczce załączone są zdjęcia jej dwójki dzieci i trzech kotów. W teczkach kandydatek są też wyniki badań, które zleciła im wykonać Szymańska. Jednak pary, wybierając konkretną kobietę, kierują się podobno głównie wyglądem. "Przecież dziecko będzie w jej brzuchu, więc pewne cechy genetyczne może mieć po niej. Grupę krwi, kolor włosów czy oczu..." - mówi eksperckim tonem.

To nieprawda. "Surogatka pełni tylko rolę inkubatora. Nie ma mowy, żeby dziecko przejęło od niej jakiekolwiek cechy" - mówi nam później lekarz jednej z klinik leczenia niepłodności.

Jeśli będzie trzeba, zrobimy aborcję
Możemy umówić się na spotkania z surogatkami, które nas interesują. Wyrażamy głośno obawy, czy kobieta, która nosi nie swoje dziecko, będzie potrafiła powstrzymać się od wypicia zimnego piwa w upalny dzień. "Proszę państwa, o cudze dzieci dba się jeszcze bardziej niż o swoje, w matce zastępczej też budzą się pewne instynkty..." - uspokaja nas Szymańska. Dodaje zapobiegliwie, że nie zdarzyło się też, by matka zastępcza nie chciała oddać dziecka po porodzie. "Zarówno państwo, jak i matka zastępcza podpisujecie weksle zabezpieczające na sumę 150 tys. zł" - dodaje. Szymańska podkreśla, że surogatka również wiele ryzykuje, bo co, jeśli dziecko urodzi się chore i odmówimy jego wzięcia? Od razu dowiadujemy się, że w szczególnych przypadkach będzie można zrobić surogatce aborcję.

Załatwmy sprawę przed wakacjami
Do in vitro ma dojść jeszcze przed wakacjami. Szymańskiej bardzo na tym zależy. "Wyjeżdżam na wakacje z dziećmi" - tłumaczy. Wypisuje nam "skierowania" do lekarza pierwszego kontaktu i do ginekologa. Opatrzone pieczątką centrum nie mają wartości medycznej, jednak wyglądają profesjonalnie. Musimy zrobić m.in. testy na HIV, EKG, USG piersi lub mammografię. Z wynikami mamy udać się do poznańskiej kliniki Medart. Tam po odpowiedniej stymulacji hormonami z naszej komórki jajowej i plemnika w laboratorium powstanie zarodek dziecka, który potem lekarz umieści w brzuchu wynajętej przez nas kobiety.

Zaraz po narodzinach kobieta odda nam dziecko. W sądzie ma zrzec się do niego praw, a biologiczny ojciec będzie mógł przysposobić na matkę swoją żonę. Zgodnie z polskim prawem matka (czyli w tym przypadku surogatka) ma 6 tygodni na zmianę decyzji, którą podjęła zaraz po porodzie. "Nie ukrywam, że będzie to nerwowy okres" - uprzedza Szymańska.

Prawniczy bubel
Wychodzimy od Szymańskiej z całym plikiem dokumentów. Podpisane umowy, wzór przedwstępnej umowy, którą potem będziemy musieli podpisać z surogatką. "Pierwszy raz w życiu widzę takie kuriozum!" - komentują na gorąco prawnicy, którym to pokazujemy. Ich zdaniem umowy to prawniczy bubel, pełen sprzeczności i niejasnych zapisów. Anna Szymańska (zbieżność nazwisk przypadkowa), radca prawny z kancelarii Kochański i Wspólnicy Sp.j., zapewnia, że bez względu na to, jak będą brzmieć umowy, nikt nie może zmusić surogatki do oddania dziecka, jeśli po porodzie uzna, że nie chce tego zrobić. "Zgodnie z obowiązującym prawem matką jest kobieta wskazana w akcie urodzenia, a więc ta, która urodziła. Nie istnieje żadna możliwość zmuszenia kogokolwiek do zrzeczenia się praw rodzicielskich" - mówi prawniczka. W jej opinii pośredniczka nie miałaby również żadnego prawa, aby wyegzekwować weksle zabezpieczające, które każe podpisywać zarówno rodzicom biologicznym, jak i surogatce.

*Imię dziewczynki urodzonej przez surogatkę i imiona kobiet z katalogu matek zastępczych zostały zmienione