MARCIN ZIELIŃSKI: Lot 002, który miał kłopoty podczas przelotu z Chicago, wpadł w silny front burzowy. Jak pilot powinien się zachować w takich warunkach?

Reklama

JACEK*: Przede wszystkim powinien próbować ominąć burzę. Jednak niekiedy jest to po prostu niemożliwe. Zdarzają się fronty, które są wielkości Polski. Wtedy nie ma wyjścia, trzeba przez nie przelecieć. Boeing 767 ma specjalny kolorowy radar, który pokazuje na czerwono miejsca szczególnie niebezpieczne. Trzeba znaleźć korytarz między tym punktami. Jednak bywa, że taki korytarz kończy się ślepą ścianą – to znaczy kolejnym silnym frontem. Pamiętam, jak kiedyś nad Atlantykiem wpadłem w taką burzę. Trzęsło nami tak, że z głów spadły nam słuchawki. We dwóch trzymaliśmy za stery, a i tak maszyna robiła, co chciała. Ledwo z tego wyszliśmy.

Czy nasi piloci dobrze sobie radzą w takich ekstremalnych sytuacjach?

To zależy. Starzy piloci tacy jak ja, którzy latali kiedyś, korzystając z mapy, poradzą sobie. Potrafią pilotować samolot bez autopilota. Młodzi opierają się głównie na komputerach, tak są szkoleni. Jednak zdarza się, że gdy samolot wpadnie w burzę, automatyka wyłącza się i trzeba polegać tylko na sobie. Obawiam się, że wtedy ci, którzy zbytnio polegają na technice, mogą zawieść. A trzeba pamiętać, że burze na wysokości kilku kilometrów są o wiele silniejsze niż te odczuwane na ziemi. Taka burza może nawet rozerwać samolot na strzępy. Tak było z polską maszyną pod koniec lat 60. Wpadła w burzę nad Francją i rozpadła się. Leciała nim tylko załoga, na pokładzie nie było pasażerów.

Piloci lotu 002 zauważyli nagły spadek prędkości samolotu. By przyspieszyć, zdecydowali się zniżyć lot o prawie dwa kilometry. Czy to właściwe zachowanie?

Jak najbardziej. Tylko w ten sposób mogli przyspieszyć. Samolot był bardzo ciężki, miał pełen bak paliwa. Przy zbyt niskiej prędkości skrzydła mogłyby stracić siłę nośną i maszyna wpadłaby w korkociąg. Piloci uratowali w ten sposób sytuację.

Kiedy pilot podejmuje decyzję o powrocie na lotnisko?

To zawsze jest ostateczność. Powrót do portu jest kosztowny, traci na tym linia lotnicza. Trzeba zrzucić paliwo, bo maszyna, by wylądować, nie może warzyć więcej niż 140 ton. Z pełnym bakiem waży około 180 ton. W tym przypadku piloci decyzję o powrocie podjęli w ostatnim momencie. Jeśliby zwlekali i wylecieli nad ocean, wtedy na powrót mogłoby być za późno. Ponadto wydaje mi się, że nie mieli większego wyboru. Ja zachowałbym się podobnie.

Czy teraz tak silne burze, jak ta, która przydarzyła się naszemu boeingowi, zdarzają się częściej niż kiedyś?

Tak. Latam od ponad 20 lat. Obecnie burze są częstsze i są gwałtowniejsze. Fronty, które je powodują są też bardzo wysoko i w wielu przypadkach nie da się przelecieć nad nimi. Dlatego na podobne sytuacje musimy się teraz przygotować. Turbulencje i burze będą teraz częścią latania. Obawiam się, że katastrofy również, bo nie ma burzoodpornych samolotów.

Reklama

*Jacek jest doświadczonym, czynnym pilotem LOT, od sześciu lat jest pilotem boeinga. Prosił o zachowanie anonimowości