Dziennik Gazeta Prawana logo

Ofensywa populizmu

5 listopada 2007, 12:09
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

W swoich publikowanych także w "Europie" tekstach Niall Ferguson już od jakiegoś czasu zwraca uwagę, że procesy globalizacji zaczynają napotykać poważne przeszkody - globalizacja jest oceniana coraz gorzej, coraz więcej państw wprowadza też protekcjonistyczne bariery. W artykule, który dziś prezentujemy, analizuje (wspólnie z Samuelem J. Abramsem) kolejną tego typu przeszkodę: społeczne napięcia, których efektem jest rosnąca niechęć wobec imigrantów oraz związana z nią polityczna ofensywa prawicowego populizmu. Odsetki osób niechętnych napływowi pracowników z zagranicy są wysokie w większości krajów europejskich, także tam, gdzie (jak w Polsce) liczba imigrantów jest bardzo niewielka. "Dla wyborców zatroskanych o swoje perspektywy ekonomiczne globalizacja i jej rzekomi zagraniczni beneficjenci są poręcznym kozłem ofiarnym, którego można obarczyć winą za szereg problemów gospodarczych".

p

Większość "izmów" łatwo zlokalizować na politycznym spektrum. Faszyzm mieści się po prawej, komunizm po lewej, konserwatyzm po prawej, liberalizm po lewej itd. Z kolei populizm jest "izmem" biseksualnym. Gdzieniegdzie przynależy do lewicy - w sposób najbardziej oczywisty w Ameryce Łacińskiej, gdzie nowe pokolenie przywódców odkryło polityczne korzyści z nacjonalizacji pól naftowych i redystrybucji dochodów. Ale w innym otoczeniu, czyli w krajach rozwiniętych, populizm ma odcień prawicowy. Chociaż wyrasta z tych samych korzeni, co odmiana lewicowa, w swoich celach i retoryce upodabnia się do XX-wiecznego faszyzmu.

Ogólnie mówiąc, wspólne korzenie współczesnego populizmu tkwią w reakcji przeciwko zjawisku powszechnie nazywanemu globalizacją. Międzynarodowa integracja rynków przyniosła wymierne korzyści ekonomiczne w sensie całościowym, ale w gospodarce rynkowej zawsze są przegrani. A im bardziej świat będzie stawał się jednym rynkiem, z tym większym prawdopodobieństwem ucierpią grupy dawniej chronione przez bariery handlowe, ograniczenia przepływu kapitału i restrykcje imigracyjne.

Kiedy na przykład w latach 80. i 90. ubiegłego wieku rządy prywatyzowały swoje sektory energetyczne, przyciągnęły obcy kapitał, co zawsze prowadziło do modernizacji bazy technicznej i wzrostu wydajności. Ale ludzie, którzy wcześniej korzystali na generujących przerosty zatrudnienia monopolach państwowych - zwłaszcza związkowcy i pracownicy sektora publicznego - tracili na tych zmianach. Jednocześnie z tymi reformami rządy obniżały nieracjonalnie wysokie podatki dla bogatych - efektem tych cięć była mniejsza redystrybucja dochodów.

Nic bardziej nie roznieca populizmu niż takie zmiany podziału bogactwa. Opisane wyżej przeobrażenia stworzyły podglebie dla obecnej kontrofensywy wymierzonej w globalizację. Nawet jeżeli przysłowiowy bochenek chleba do podziału powiększa się - a gospodarki zglobalizowane z reguły rosną szybciej niż te schowane za protekcjonistycznym murem - populistyczni politycy mogą z oburzeniem wskazać na względne rozmiary kromki, która dostaje się najbogatszym. Charakterystyczną cechą populistycznej polityki jest jednak fakt, że atakuje beneficjentów zmian jako cudzoziemców.

Podczas gdy populista boliwijski kieruje ostrze swej retoryki w stronę międzynarodowych koncernów energetycznych, populista brytyjski weźmie raczej na cel imigrantów. Powód jest taki, że wzrost gospodarczy w krajach rozwijających się wymaga napływu kapitału zagranicznego i to właśnie zapewnia im globalizacja. Z kolei kraje rozwinięte potrzebują zagranicznej siły roboczej - najlepiej równie wydajnej jak rodzima, ale tańszej. Czasem rzeczywistość bywa oczywiście trochę bardziej skomplikowana. Ale dla wyborców zatroskanych o swoje perspektywy ekonomiczne - i dla polityków chcących zdobyć ich głosy - globalizacja i jej rzekomi zagraniczni beneficjenci są wygodnym kozłem ofiarnym, którego można obarczyć winą za szereg problemów gospodarczych. Skutek jest taki, że na całym świecie populizm rośnie w siłę. W Ameryce Łacińskiej, jak pokazały niedawne wydarzenia w Wenezueli i Boliwii, populiści potrafią nie tylko wygrywać wybory, ale także tworzyć rządy i realizować swoje populistyczne hasła. Z kolei w Europie populiści niekiedy uzyskują dobre wyniki wyborcze, ale mają kłopoty z tworzeniem rządów i generalnie nie mają wpływu na zmianę dotychczasowej polityki. Paradoksalnie prawicowy populizm w działaniu okazuje się raczej niezamierzonym sojusznikiem tradycyjnej lewicy aniżeli forpocztą odrodzenia faszyzmu, które budzi takie obawy liberałów - i które prasa amerykańska tak często przewiduje. Amerykanie wiedzą wszystko na temat polityki antyimigranckiej - a w każdym razie tak im się wydaje. Analizując wyniki szeregu sondaży opinii publicznej, obliczyliśmy, że 16 proc. amerykańskich wyborców uważa imigrację za najważniejszy problem, z którym musi zmierzyć się ich kraj. Jak wiadomo, w ostatnich miesiącach trwa burzliwa debata o projekcie oferującym w gruncie rzeczy nielegalnym imigrantom amnestię, a nawet otwierającym im drogę do uzyskania obywatelstwa. Uczucia wyborców wyrażają jednak ci kongresmani, którzy opowiadają się za bardziej restrykcyjną polityką imigracyjną. Prawie dwie trzecie Amerykanów jest niezadowolonych z rozmiarów imigracji do USA. Dwie piąte opowiada się za jej zdecydowanym ograniczeniem lub całkowitym zakazem.

A przecież Amerykanie w innych kontekstach są niezwykle tolerancyjni wobec imigracji. Trzech na czterech jest zdania, że w przeszłości była ona korzystna dla kraju - a większość mówi, że taką też pozostaje. Tak czy owak obie główne partie muszą działać w tej kwestii bardzo ostrożnie ze względu na dużą liczbę wyborców urodzonych za granicą. Preferencje tych wyborców nie są łatwe do odczytania, ale można chyba bezpiecznie przyjąć, że jawnie ksenofobiczny kandydat nie wzbudziłby ich entuzjazmu. Natywizm - niegdyś znacząca odmiana populizmu - wydaje się niemożliwy do wskrzeszenia w wieloetnicznym społeczeństwie.

Po drugiej stronie Atlantyku sytuacja przedstawia się jednak zupełnie inaczej. Imigranci i ich potomstwo z reguły stanowią tam mniejszy odsetek ludności niż w Stanach Zjednoczonych. W ciągu ostatnich kilku lat tylko garstka europejskich krajów notowała wyższy wskaźnik imigracji niż USA. Mimo to, jak wynika z naszej analizy sondaży, w wielu krajach europejskich występuje znacznie silniejsza wrogość wobec imigracji niż w Stanach Zjednoczonych.

Weźmy Anglię. Historycznie - aż do drugiej połowy lat 80. - więcej ludzi wyjeżdżało z Anglii, niż do niej przyjeżdżało. W minionym dziesięcioleciu liczba imigrantów poszybowała jednak do góry. Po części wynika to z faktu, że starzejąca się ludność o stosunkowo niskiej dzietności i wysokiej przeciętnej długości życia musi sprowadzać pracowników z zewnątrz. Bez imigrantów poważne kłopoty kadrowe miałaby brytyjska służba zdrowia, by ograniczyć się do jednego przykładu. Wielu Brytyjczyków uważa jednak, że polityka imigracyjna nie została stworzona pod kątem takich potrzeb. Podejrzewają wręcz, że w ogóle nie ma żadnej polityki imigracyjnej. Mają wrażenie - i nie wynika ono jedynie z obrazu stwarzanego przez media - że imigracja do Anglii wymknęła się spod kontroli.

Czy gospodarka brytyjska potrafi wchłonąć z grubsza biorąc jedno miasto rocznie? Odpowiedź zależy przede wszystkim od elastyczności rynku pracy. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to źle, przynajmniej w porównaniu z Francją, gdzie bezrobocie wynosi 9,5 proc., a wśród młodzieży poniżej 25. roku życia aż 22 proc., ale brytyjskie statystyki rządowe są zwodnicze. W kwietniu tylko 945 tys. osób oficjalnie pobierało zasiłek dla bezrobotnych. Tymczasem według brytyjskiego periodyku finansowego "The Business" "5,3 mln osób w wieku produkcyjnym jest obecnie bez pracy i otrzymuje zasiłki, co daje 14,7 proc. siły roboczej", a 2,3 mln spośród nich żyje na koszt państwa co najmniej od pięciu lat. Dlaczego nie są ujęci w niektórych statystykach? Bo wielu z nich klasyfikowanych jest jako niezdolni do pracy, a nie bezrobotni. Każdego dnia 23 brytyjskich nastolatków występuje o rentę inwalidzką. Korzenie brytyjskiego problemu nie są trudne do znalezienia. Jak pokazała Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w swoim raporcie z 2005 roku dotyczącym gospodarki Zjednoczonego Królestwa, wyjątkowo duży odsetek brytyjskich uczniów (dwa razy większy niż w Niemczech) kończy szkołę bez kwalifikacji. Co szósty dorosły Brytyjczyk pod względem umiejętności czytania i pisania lokuje się poniżej poziomu jedenastolatka, a 30 proc. Brytyjczyków w wieku 25-34 lata zaliczanych jest do kategorii "nisko wykwalifikowanych" - drugi od końca wynik w grupie 16 krajów rozwiniętych. Formalnie rzecz biorąc, rzeczywiście nie są bezrobotni, ale prawda jest taka, że do żadnej pracy się nie nadają.

Niestety, osoby te nie widzą problemu w swoim braku kwalifikacji. O to, że nie mają pracy, w coraz większym stopniu obwiniają imigrantów, postrzeganych jako konkurenci w walce o niskopłatne zatrudnienie albo o zasiłki. Zaskakuje fakt, że pretensje te podzielają inne grupy społeczne, między innymi niektórzy specjaliści i drobni przedsiębiorcy, którzy w tak oczywisty sposób nie tracą na imigracji. W latach 80. i 90. imigracja miała marginalne znaczenie, lecz przez ostatnie pięć lat urosła do rangi jednej z trzech najważniejszych kwestii politycznych. Od 2002 roku mniej więcej co trzeci Brytyjczyk konsekwentnie nazywa ją "najważniejszą kwestią, przed którą stoi dzisiaj Wielka Brytania". Na tej zmianie nastrojów społecznych skorzystała przede wszystkim Brytyjska Partia Narodowa (BNP), niewielka, antypatyczna zbieranina rasistów i koniunkturalistów. W ostatnich wyborach samorządowych 11 z 13 wystawionych kandydatów BNP dostało się do rady miejskiej Wschodniego Londynu. Sondaże przedwyborcze wskazywały, że 24 proc. spośród obywateli, którzy wybierali się do urn, rozważało głosowanie na BNP. Gdyby partia ta wystawiła więcej kandydatów, z pewnością uzyskałaby liczniejszą reprezentację w samorządach.

Wielka Brytania nie stanowi pod tym względem wyjątku. Sondaże dowodzą, że inne kraje europejskie jeszcze silniej występują przeciwko imigracji. 59 proc. Brytyjczyków opowiada się za znacznym ograniczeniem lub całkowitym zakazem imigracji - o pół procentu mniej niż we Francji, chociaż po niedawnych zamieszkach z udziałem imigrantów można było oczekiwać jeszcze bardziej restrykcyjnego nastawienia Francuzów. Większa wrogość wobec imigracji panuje jednak w dziewięciu innych krajach europejskich: w Niemczech, gdzie za ograniczeniem lub zniesieniem imigracji opowiada się 60 proc. ludności, Holandii (60 proc.), Belgii (61 proc.), Czechach (65 proc.), Chorwacji (65 proc.), Danii (66 proc.), Słowacji (67 proc.), Polsce (72 proc.) i na Węgrzech (84 proc.). Mniej więcej pokrywa się to z listą krajów, których mieszkańcy zdecydowanie popierają wymóg asymilowania się imigrantów.

W wykazie tym zaskakuje obecność nie tylko krajów, po których spodziewalibyśmy się bardziej liberalnych postaw (zwłaszcza Danii i Holandii), ale także pięciu państw Europy Środkowej i Wschodniej - w tym czterech dawnych satelitów Związku Radzieckiego, które dopiero niedawno przystąpiły do Unii Europejskiej. Na drugim końcu skali lokują się bardzo różne państwa o zdecydowanie bardziej liberalnym stosunku do imigracji: kraje skandynawskie, Irlandia i maleńki Luksemburg.

W tym miejscu europejski populizm staje się naprawdę ciekawy. Dlaczego na przykład Węgrzy tak bardzo nie lubią imigrantów, a Luksemburczycy witają ich z otwartymi ramionami? Dlaczego Belgowie są znacznie mniej tolerancyjni od Irlandczyków i Szwedów? Proste obliczenia natychmiast obalają dwie narzucające się hipotezy. Po pierwsze, wrogość wobec imigracji nie jest związana z gęstością zaludnienia. Takie hasła jak "na statku nie ma już miejsca" nie mówią niczego sensownego o antyimigracyjnych nastrojach. Po drugie, wrogość wobec imigracji jest ujemnie skorelowana z liczbą imigrantów. Innymi słowy, całkiem sporo krajów z wysokim poziomem wrogości wobec imigracji ma u siebie stosunkowo niewielu imigrantów. Do większości krajów wschodnioeuropejskich, które patrzą na imigrację nieprzychylnym okiem, przyjeżdża niewiele osób. W przypadku Polski saldo migracji jest wręcz ujemne. Co więcej, można mówić o odwrotnej zależności: kraje, które od 2000 roku notują wysoki wskaźnik imigracji, zaliczają się do najbardziej tolerancyjnych - czego frapującym przykładem jest Irlandia.

Skoro nie duża gęstość zaludnienia i nie wysoki wskaźnik imigracji, to co jest powodem nieufności do zagranicznych przybyszów? Odpowiedź brzmi: gospodarka - a raczej sposób jej postrzegania.

Można mówić o pewnej korelacji między poziomem PKB per capita i stosunkiem do imigrantów - bogaci Skandynawowie są bardziej tolerancyjni od biednych Słowian - ale obecność Niemiec, Belgii i Holandii wśród krajów ksenofobicznych podważa to wyjaśnienie.

Wyraźniejsza jest natomiast korelacja między poziomem zadowolenia gospodarczego (i politycznego) a przychylnym stosunkiem do imigracji. Okazuje się, że największa wrogość wobec imigracji panuje w tych krajach, gdzie wyborcy są najmniej zadowoleni z obecnego stanu gospodarki, z rządu i z funkcjonowania demokracji. Innymi słowy, u źródeł populistycznej reakcji leży nie tylko globalizacja. Globalizacja rodzi poczucie alienacji i ubezwłasnowolnienia, którym karmi się populizm, a imigranci są poręcznym kozłem ofiarnym dla tego ruchu, ale resentymenty mają także zaskakująco lokalny charakter, a polityczni macherzy umieją przełożyć te frustracje na uczucia ksenofobiczne. Jeśli populistyczne hasła zostaną wyrażone odpowiednim językiem, mogą przekonać nawet beneficjentów globalnej gospodarki, aby przyłączyli się do tego antypatycznego orszaku.

Czy jednak prawicowi populiści są bliscy osiągnięcia prawdziwego sukcesu politycznego? Wielu komentatorów prorokuje, że w najbliższej przyszłości nowa prawica zyska w Europie trochę terenu - a może nawet obejmie władzę. I rzeczywiście nie brakuje zwiastunów takiego przełomu. Radykalne partie prawicowe zyskały silną reprezentację parlamentarną od Francji aż po Rumunię. Ich przeciętny odsetek mandatów w izbach niższych Włoch, Austrii, Szwajcarii, Danii, Norwegii, Belgii i Francji od 1980 roku wzrósł prawie dwukrotnie i od 2004 oscyluje wokół 14 proc. Umberto Bossi z włoskiej Ligi Północnej, Jean Marie Le Pen z francuskiego Frontu Narodowego, Jörg Haider, były członek austriackiej Partii Wolności, i nieżyjący już Pim Fortuyn z Holandii - ludzie ci walczyli o władzę pod klasycznymi populistycznymi sztandarami frustracji gospodarczych i ksenofobii. W 1999 roku austriacka Partia Wolności zdobyła 27 proc. głosów i znalazła się w rządzie koalicyjnym. W 2002 roku Le Pen uzyskał niecałe 17 proc. głosów w pierwszej rundzie wyborów prezydenckich. Bossi był ministrem w rządzie Silvia Berlusconiego aż do 2004 roku, kiedy to wylew zmusił go do podania się do dymisji.

Za każdym razem, kiedy któraś z tych populistycznych partii uzyska lepszy niż poprzednio wynik wyborczy, prasa amerykańska skwapliwie ostrzega przed neofaszyzmem. Liberałowie załamują ręce - robili to na przykład, kiedy populistyczna Liga Polskich Rodzin weszła do koalicji rządowej. A jednak neonazistowskie zagrożenie jakoś nigdy się nie materializuje. Dzieje się tak dlatego, że antyimigranccy populiści okazują się niewygodnymi partnerami dla tradycyjnych konserwatystów, którym generalnie nie w smak jest agresja populistów, a przede wszystkim dlatego, że tradycyjni konserwatyści są zbyt wolnorynkowi, aby godzić się na radykalne ograniczenie imigracji. Umiarkowani konserwatyści w rodzaju Angeli Merkel czy nowego przywódcy konserwatystów brytyjskich Davida Camerona - któremu bardzo zależy na wyrobieniu sobie opinii socjalliberała - starannie unikają antyimigranckich wypowiedzi. Kiedy na przykład wybuchł skandal związany ze zwolnieniem do domu (zamiast deportacji) zagranicznych przestępców z brytyjskich więzień, Cameron pilnował się, by kierować ogień krytyki wyłącznie na niekompetencję ministrów. Paradoksalnie efekt jest zatem taki, że antyimigrancki populizm w Europie może wzmocnić tradycyjną lewicę. To nie zbieg okoliczności, że centrolewicowa koalicja Romano Prodiego mimo wszystkich swoich wad właśnie odzyskała władzę, a francuska socjalistka ma spore szanse zostać następczynią Jacques'a Chiraca. Jest to niemiła wiadomość dla nowego pokolenia konserwatystów pokroju Camerona. Na krótką metę BNP będzie zapewne odbierała głosy niepopularnemu rządowi Tony'ego Blaira, ale w dłuższej perspektywie populiści mogą utrudnić konserwatystom wygraną w tych okręgach, gdzie do tej pory głosy rozkładały się mniej więcej po równo między nich i laburzystów.

Taki rezultat nie byłby niczym nowym. W poprzedniej epoce globalizacji - lata 80. i 90. XIX wieku - ruchy populistyczne rozkwitały, mobilizując amerykańskich farmerów, katolickich chłopów w Niemczech, austriackich antysemitów i francuskich sklepikarzy. W większości tych ruchów pojawiał się element antysemicki. W tamtych czasach Żydzi byli najłatwiejszymi do zidentyfikowania i zaatakowania imigrantami, jak również beneficjentami międzynarodowego kapitalizmu. Konserwatywny establishment przez jakiś czas sądził, że potrafi utemperować i ucywilizować te ruchy, ale na przełomie stuleci takie szerokie koalicje prawicowe okazały się coraz trudniejsze do utrzymania, poprawiły się natomiast wyniki postępowców i socjaldemokratów. Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych wskazują, że sytuacja rozwija się w tym samym kierunku. Poziom niechęci do imigrantów radykalnie wzrósł. Ale i tutaj, podobnie jak w Europie, im bardziej w debacie politycznej dominuje temat imigracji, tym wyraźniej prawica dzieli się na ksenofobów i bardziej otwartych na inne narody konserwatystów. Słowem, populizm powrócił do świata rozwiniętego, i to w jadowicie nietolerancyjnej formie, ale comeback rasisty może się okazać zaskakująco dobrą nowiną dla liberałów i umiarkowanej lewicy.

p

, ur. 1964, jeden z najwybitniejszych europejskich historyków średniego pokolenia. Wykładowca nowożytnej historii politycznej i gospodarczej na uniwersytecie oksfordzkim, obecnie wykłada w Stern School of Business na New York University. Autor m.in. "The Pity of War" - monografii poświęconej I wojnie światowej, "The Cash Nexus: Money and Power in the Modern World", "Empire" oraz "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire" (2004), książki, w której lansował tezę, że USA są (niejako wbrew sobie) współczesną wersją dawnych światowych imperiów. Ostatnio wydał "War of the World". W "Europie" wielokrotnie drukowaliśmy jego teksty - w poprzednim numerze "X-Men w Waszyngtonie".

, doktorant na Uniwersytecie Harvarda, współpracownik Center for European Studies.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj