(ur. 1956)

Henri Cole urodził się w mieście Fukuoka w Japonii, gdzie spędził wczesne dzieciństwo, a następnie wychowywał się w stanie Wirginia w USA. Jest autorem wielu zbiorów wierszy i laureatem wielu prestiżowych wyróżnień literackich, jak Nagroda Amerykańskiej Akademii w Berlinie, stypendium Amy Lowell czy Ingram Merrill Foundation. Wykładał na Harvardzie i Yale. Jego ostatni tom, "Środkowa ziemia", był w zeszłym roku finalistą nagrody Pulitzera. Sam Harold Bloom powiedział o Cole'u, że to "najbardziej oryginalny poeta swojego pokolenia". Cole jest przykładem, jak owocna w poezji może być wielokulturowa tożsamość. Jak wyznaje w jednym z wywiadów, w jego domu rodzinnym mówiono po angielsku, francusku i armeńsku. W jego wierszach pobrzmiewa delikatny pogłos Dalekiego Wschodu - tradycji haiku związanej z takimi mistrzami jak Basho czy Issa. Przejawia się on w pozbawionym egocentrycznej skazy stosunku do jaźni i pamięci. Głos w wierszach Cole'a jest niezwykle wyostrzony na doznania zmysłowe, ale dochodzi do nas jakby spoza czy sponad ciała, z przestrzeni, którą dzielimy z otaczającym nas światem. Na tę cechę nakłada się postmodernistyczna europejskość warsztatu poety: świadomość historii literatury i jej konwencji. W rezultacie powstaje poezja, która umożliwia czytelnikom przezwyciężenie typowej dla naszej kultury izolacji od świata, wydostanie się z "tunelu ciała" ku pełni istnienia.

p

Łabędzie

Z góry musieliśmy wyglądać jak zwykli
turyści karmiący zimowe łabędzie, choć
do zielonej wody, która uderzała w nabrzeże,
rzucaliśmy z impetem grys po naszym ojcu;
patrzyliśmy z kamienną twarzą, jak popiół płynie
lub opada, a łabędzie wypinały pierś
ku małym zwojom, które wypuszczała z grobu
motorówka warcząca w oddali.
To, co mieliśmy wspólnego, zostało od nas
odcięte. Stałem sztywno rozpostarty,
jak parasol na piasku - kolumny wiatru rozświetlały
powietrze, fale były ciężkie, mgliste - wspominałem
opalonego chłopca, który drzemał wtulony w owłosione nogi,
gdy żółte kurtki łopotały nad pustym koszem.












Olimpia

Zmęczony, głodny, zziajany - wspinałem się stromym zboczem
do parnego i podmokłego miasta, rojącego się od owadów
i ptaków.
W cieniu, który rzucała góra, to, co małe,
wydawało się wielkie: osioł, który oddawał mocz na palmę,
chłopiec, który podróżował na plecach matki, brudny od kurzu i śliny,
nieśmiały włóczęga - czarnoskóry Adam. Szedłem skrajem zabudowań.
Chwile złączyły się w jedną krystaliczną skałę,
jak lód w wiaderku na szampana. Czas pędził naprzód,
jak delfin, gdy przecina otwarte wody albo jak ja,
gdy zanurzam się za płetwami Jenny, żeby zobaczyć rafę,
gdzie mieszają się barwy piasku, morza i nieba,
i wydawało się, że Bóg chciał dać mi tylko to:
nie kobietę, dom czy stanowisko,
ale jaźń, która jest jak igła wbijająca się w żyłę.













Reklama

Meduza

Gdy podeszliśmy, sęp wzbił się i zatrzepotał skrzydłami
nad piaskiem. Inne sępy na czatach
przycupnęły sztywno, jak mali umęczeni święci o jaskrawo-
czerwonych głowach. Było zbyt gorąco i chciałem
iść do domu. Wznosząc się na prądach termicznych,
bociany pokazywały, w jaki sposób istnieją,
nie sprzeciwiając się agresji, lecz mieszając się z nią,
jakby wolność oznaczała bliskość niebezpieczeństwa.
Gdy dotknąłem wilgotnego mułu o barwie mahoniu,
czułem ludzkie ciepło, jakby ziemia
była dziewczyną o czarnych włosach,
unoszoną w ogromnym zgiełku, który cofał się
i nadpływał, jak morska piana lub czerwone niebo lub ból
skrywający rozkosz na końcu tunelu ciała.












przeł. Paweł Marcinkiewicz