Kardynał Stanisław Dziwisz specjalnie dla DZIENNIKA opowiada o tym, jak został osobistym sekretarzem papieża Jana Pawła II.
Spędził ksiądz Kardynał u boku papieża 39 lat. Jak żyje się z kimś świętym?
Jest to pytanie bardzo interesujące. Nigdy takiego nie otrzymałem. Życie ze świętym jest darem i jednocześnie zadaniem. Powiedziałbym jest wielką łaską. Moja praca przy Ojcu świętym była absorbująca, ale nigdy nie była stresem, gdyż człowiek święty do wszystkiego podchodzi z pewnym zdrowym dystansem. Nigdy nikogo nie pospieszał, jego życie było pozbawione masek, które charakterystyczne są dla ludzi pozbawionych skrupułów. On zawsze wybiegał do przodu, nie zajmował się ujadaniem małych ludzi. W obecności papieża można było psychicznie wypocząć, nabrać sił do pracy, a także do życia. Zawsze zwracał uwagę na dobre elementy w zachowaniach ludzi, czyli coś co przeciętnemu człowiekowi często jest obce. Niektórzy - bardziej wyrachowani - starali się to wykorzystywać dla swoich celów. Nigdy publicznie nie zwracał ludziom uwagi, aby nikomu nie splamić dobrego imienia. Nigdy się nie skarżył, nigdy nie użalał się nad sobą. Nigdy nie żartował z osób, jedynie z sytuacji. Gdy ktoś wyśmiewał się - w jego obecności z jakiejś osoby - on milczał, dając do zrozumienia, że nie tędy droga. Z drugiej jednak strony wymagał od siebie, co powodowało, że inni zaczęli także od siebie wymagać. Życie w jego świetle było darem. Wydaje mi się, że taki styl bycia i życia miał swoje źródło we współpracy z łaską Bożą. To właśnie dzięki współpracy z Bogiem, papież doszedł do tak uderzającej świętości.
W którym momencie zorientował się Eminencja, że ma do czynienia z kimś bardzo nieprzeciętnym, wielkim?
On zawsze taki był. Nie stał się świętym nagle i niespodziewanie w Watykanie. Jego postawa od samego początku do świętości dojrzewała. Koledzy z jego lat szkolnych i seminaryjnych wspominają, że już wtedy był bardzo koleżeński, dokładny, ludzki, a przy tym bardzo radosny. Wszyscy podkreślają, że było w nim coś bardzo szczególnego i głębokiego - jego patrzenie na świat odznaczało się głębią, skupieniem i modlitewną zadumą. Całe jego życie było zatopieniem w modlitwie. Powiem tylko tyle, że kluczowe kazania i homilie pisał w kaplicy. Były więc one stworzone na klęczkach, w cieniu samego Chrystusa.
Wielu ludzi w modlitwach prosi papieża o wyproszenie łask u Boga. Traktują go już jak świętego...
To prawda. Każdego dnia otrzymujemy w Krakowie bardzo wiele próśb do Ojca świętego. Składamy je wszystkie w kaplicy i odczytujemy w czasie nabożeństw. Czego dotyczą? Ano życia codziennego - wyzwolenie z nałogu pijaństwa, umocnienie w życiu małżeńskim i rodzinnym. Ludzie proszę o szczęśliwe rozwiązanie, o umiejętność przebaczenia i pojednania w rodzinie, czy wyzwolenie się z narkomanii. Niektórzy proszą o ulgę w cierpieniu, inni o godność w cierpieniu. Przyjmując te prośby - proszę Boga, by poprzez spełnienie tych łask, świętość naszego papieża objawiła się jeszcze bardziej.
Pamiątki po Nim to już relikwie. Czy to znak, że proces kanonizacyjny zbliża się do końca? Kiedy Jan Paweł II zostanie ogłoszony świętym?
Nie mogę podać jeszcze żadnej daty. Będzie ona wyznaczona przez Benedykta XVI wtedy, kiedy cały proces zostanie zakończony. Do tego jednak droga jest jeszcze daleka. Nie śpieszymy się, bo proces musi być przeprowadzony dobrze i dokładnie. Tak, by w przyszłości nikt nie zarzucił nam, że był zbyt powierzchowny, czy niedokładny. Mam nadzieję, że w tym roku zakończą się przesłuchania świadków, których zeznania trzeba będzie opracować i opisać. Następnie odbędzie się specjalna sesja teologów. Po nich zaś głos zabiorą kardynałowie, obradujący nad heroicznością cnót Sługi Bożego Jana Pawła II. To będzie bardzo ważny moment kanonizacji.
Czy Kościół zatwierdził już cud potrzebny do kanonizacji? Podobno ksiądz kardynał był świadkiem niezwykłych wydarzeń, ozdrowień...
Osobiście nie byłem świadkiem samych cudów, ale o wielu z nich doskonale wiem. W ocenie lekarzy i ekspertów dokonały się wydarzenia poważne, i z punktu widzenia medycyny - niewytłumaczalne. Jeżeli mówimy o cudzie, to trzeba wspomnieć nade wszystko uzdrowienie z choroby Parkinsona francuskiej siostry zakonnej. Przypadek ten został wybrany, opisany w sposób skromny i powściągliwy. Oszczędność słów, ton opisu bez żadnych uniesień, i bez jakichkolwiek ocen spowodowały, że sprawa ta stała się godna uwagi i należnego zainteresowania. W sprawozdaniu, które czytałem, nie ma przesadnej egzaltacji, a tym bardziej chęci zwrócenia na siebie uwagi. Nie ujawniono personaliów siostry, aby mogła ona spokojnie żyć i pracować. Po ustąpieniu symptomów choroby powróciła do codziennej aktywności pośród noworodków we francuskim szpitalu.
Pamięta ksiądz kardynał swoje pierwsze spotkanie z Karolem Wojtyłą? Jakie zrobił On wówczas na eminencji wrażenie?
Było to na pierwszym roku seminarium. Ksiądz profesor Karol Wojtyła miał z nami wykłady z zakresu wprowadzenia do filozofii. Jako klerycy od razu bardzo go polubiliśmy. Każdą wolną chwilę spędzał na modlitwie, ale nie był przy tym, kimś odizolowanym, oderwanym od świata. Tryskał radością, uśmiechem, interesował się sportem, śpiewem i turystyką. Zarażał nas tą energią i miłością do życia. W tym duchu pojawiały się częste eskapady i wypady na narty w polskie Tatry, a od czasów watykańskich we włoskie Dolomity. Był doskonałym narciarzem, zabierał swoich najbliższych współpracowników na górskie stoki, aby razem z nami uprawiali narciarstwo. Były to fantastyczne przeżycia!
Kiedy wasze drogi połączyły się na stałe?
Byłem już po święceniach kapłańskich i po pierwszej parafii. Przełożeni wytypowali mnie do dalszej nauki, do zrobienia doktoratu. Zadzwonił do mnie kanclerz kurii krakowskiej i powiedział, że arcybiskup Wojtyła chce
ze mną rozmawiać. Zjawiłem się na tym spotkaniu myśląc, że będzie onodotyczyć mojej kariery naukowej. Tymczasem, w czasie rozmowy arcybiskup zapytał mnie niespodziewanie: " Może byś tu przyszedł do mnie, aby mi pomagać? ". Chodziło mu o pomoc w sprawach praktycznych i organizacyjnych. Pamiętam, że zapytałem go wówczas, kiedy mam przyjść? Odpowiedział mi, że "jeszcze dziś". Przyszedłem następnego dnia i zostałem 39 lat.
Jan Paweł II magnetyzował ludzi swoją świętością. W Jego obecności często działy się zjawiska nadprzyrodzone, mistyczne. Podobno na kilka miesięcy przed konklawe, Matka Boża z Jasnej Góry wskazała na Wojtyłę jako przyszłego papieża. Złapał koronę, która spadła jej z głowy...
To nie było tak. Teraz wiele wydarzeń z Jego życia obrasta w legendy. Rzeczywiście jego nabożeństwo do Matki Bożej było bardzo dojrzałe i przemyślane. Miał je z resztą od dziecka. Zdarzenie o którym Pani Redaktor mówi miało miejsce nie w Częstochowie, ale podczas koronacji Matki Bożej w Ludźmierzu. Jako młody wikary zostałem posłany przez swojego proboszcza na tę koronację i wszystko widziałem na własne oczy. To nie była korona, ale jabłko, symbol władzy Jezusa Chrystusa. W pewnym momencie wspomniane jabłko nagle oderwało się od figury i spadło w ręce biskupa. Ten, jak gdyby nigdy nic, włożył je z powrotem na swoje miejsce. Dopiero po konklawe, kiedy został papieżem, ludzie przypomnieli sobie to wydarzenie i zaczęli mówić, że Matka Boża już wtedy przekazała mu władzę nad całym Kościołem.
Pytałam o tę koronę również dlatego, że łączy się z nią jedna z ostatnich papieskich tajemnic...
Dziś widzę w tym plan Bożej Opatrzności. W ostatnim dniu swego życia, Ojciec święty poświęcił koronę dla Matki Bożej w grotach watykańskich. Polecił też przesłać koronę do Częstochowy. Obecne korony na Jasnej Górze są właśnie jego papieskim darem. Proszę zauważyć, że w herbie papieskim jest Jasna Góra. W czasie pierwszej wizyty Jan Paweł II mówił o Kanie Galilejskiej. Zawsze obok Chrystusa widział Matkę Bożą.
Częstochowa to chyba także wyjątkowe miejsce dla księdza kardynała...
Tak. To szczególne miejsce spotkania człowieka z Bogiem, w którym ludzie zaglądają do własnych sumień, porządkują życie. To miejsce dyskretne, gdzie człowieka nie śledzi się. Na Jasnej Górze nikt nie zajmuje się tropieniem Judaszy. Ludzie czują się tu swobodnie, niczym nie przymuszani, decydując się na przemianę życia na lepsze.
Czego brakowało księdzu kardynałowi w Rzymie najbardziej? Tęsknił ksiądz kardynał za Krakowem?
Krakowa nigdy nie zostawiłem. Mieszkałem przez 27 lat w Watykanie, ale kontakty miastem i ludźmi zawsze miałem bardzo żywe. Dzięki nowoczesnym środkom komunikacji i przekazu, odległości nie były aż tak wielką przeszkodą. Każdego roku odwiedzałem swoje miasto. Prawdę mówiąc nie było czasu na tęsknotę, tak wiele było pracy i przeróżnych obowiązków. Dzień rozpoczynał się wcześnie rano, a kończył bardzo późno. Uczestniczyłem w życiu papieża, który był tytanem modlitwy i pracy.
Jak zmieniło się w oczach eminencji miasto i jego mieszkańcy przez te wszystkie lata?
Kraków jest wizytówką Polski. Przez te wszystkie lata bardzo wypiękniał. Statystyki mówią, że jest już na piątym miejscu pod względem turystyki w Europie. W tych liczbach zawiera się także pielgrzymowanie do krakowskich Łagiewnik. Do sanktuarium Bożego Miłosierdzia przybywają co roku miliony pielgrzymów. To absolutny fenomen! Ludzie odkrywają miejsce w którym do prostej siostry zakonnej przemawiał sam Chrystus! Obok Częstochowy, Łagiewniki stają się miejscem nawrócenia i wielkich łask. Kraków to także wspaniali ludzie, otwarci na świat, na różne prądy myślowe, i różne religie. To świat wzajemnego zrozumienia, poszanowania i wzajemnej życzliwości, czego podobno nie widać w innych regionach kraju. Poza Małopolską da się zauważyć przeróżne zachowania, czasami trudne do pojęcia, a nawet do zaakceptowania. Proszę przyjechać kiedyś do Krakowa i pójść wieczorem na rynek. Będziemy wówczas świadkami jednego wielkiego spotkania międzynarodowego. Właśnie o taką otwartość chodzi. Opinię tą potwierdziła majowa wizyta Ojca świętego w naszym mieście. To były wspaniałe dni dla Krakowa, ale i świata, bo pokazały, że Polacy myślą głębiej i nie zamykają się tylko w swoim przywiązaniu do Jana Pawła II. To było bardzo ważne spotkanie także dla samego Ojca świętego Benedykta XVI.
Polacy pomogli papieżowi w zmianie wizerunku?
To, w jaki sposób Polacy przyjęli niemieckiego papieża, dało wiele do myślenia Niemcom. Nasi Rodacy pokazali, że w Kościele nie ma względu na narodowość. Papież jest papieżem dla wszystkich. Nie przypadkowo da się słyszeć określenia, że Benedykt XVI jest naszym papieżem z Niemiec. Słynne spotkania na Franciszkańskiej obserwował cały świat. Byliśmy zadziwieni jak wielką miłością i ciepłem Polacy obdarzyli Ojca Świętego. Zresztą sam papież wspominał mi niezapomnianą atmosferą, która panowała w Krakowie, Wadowicach, Kalwarii i Oświęcimiu. Był pod wielkim wrażeniem. Zachód był zdumiony polskim przyjęciem niemieckiego papieża. Nawet sami Niemcy nie mogli wyjść z podziwu. Teraz, z pewnością nie będą chcieli być gorsi od Polaków. A to się mocno liczy!
Czy Kościół pokocha kardynała Josepha Ratzingera, który jest wybitnym teologiem, a nie przywódcą religijnym. Jego ostatnia encyklika, "Deus caritas est", jest trudna, a jej zrozumienie wymaga dużej wiedzy filozoficzo-teologicznej. Ksiądz kardynał w swojej ostatniej książce "Miłością mocni" sam przecież tłumaczył wiele spraw w niej poruszanych...
Te sformułowania są nieadekwatne i krzywdzące dla naszego obecnego papieża. Poprzednik Benedykta XVI, Jan Paweł II był wielki i dużo wymagał od ludzi Kościoła. Dlatego bardzo go szanowali. Benedykt XVI zaczyna inną epokę. Nowe pokolenie rośnie już na jego nauczaniu. Myślę, że każdy z nas ceni sobie mistrzów życia, którzy umieją od siebie wymagać, stając się przez wzorem i punktem odniesienia dla innych. Nasz papież ukazuje, że tylko budowa na skale - choć trudna, ale realna - przynosi wiele satysfakcji, zadowolenia, a przede wszystkim staje się niewzruszonym oparciem wobec różnych zmienności losów, kierunków i prądów świata.
Zastanawiał się kiedyś ksiądz kardynał, jak wyglądałoby dziś jego życie, gdyby 39 lat temu nie poszedł na wezwanie Wojtyły do kurii na Franciszkańską 3?
Nie, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zresztą, abp Wojtyła miał w moich oczach wielki autorytet, więc jeżeli kazał mi się zgłosić szybko to uczyniłem. Po spotkaniu z nim nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę innego scenariusza mojego życia, jak praca z krakowskim metropolitą. W nim była jakaś wielka Boża tajemnica, która bardzo przyciągała ludzi. Na co dzień był zjednoczony z Bogiem, zatopiony w nim całkowicie. Ta łaska poprzez niego działała na innych, także na mnie. Wszyscy ciągnęli do niego, bo widzieli, że działa w nim sam Chrystus. To było nadprzyrodzone zjawisko. Na początku, kiedy był młody, podobał się jako aktor, imponował innym. Z wiekiem czynnik fizyczny osłabł, choroba go niszczyła. Ludzie mniej go może podziwiali, a więcej kochali.
Jest to pytanie bardzo interesujące. Nigdy takiego nie otrzymałem. Życie ze świętym jest darem i jednocześnie zadaniem. Powiedziałbym jest wielką łaską. Moja praca przy Ojcu świętym była absorbująca, ale nigdy nie była stresem, gdyż człowiek święty do wszystkiego podchodzi z pewnym zdrowym dystansem. Nigdy nikogo nie pospieszał, jego życie było pozbawione masek, które charakterystyczne są dla ludzi pozbawionych skrupułów. On zawsze wybiegał do przodu, nie zajmował się ujadaniem małych ludzi. W obecności papieża można było psychicznie wypocząć, nabrać sił do pracy, a także do życia. Zawsze zwracał uwagę na dobre elementy w zachowaniach ludzi, czyli coś co przeciętnemu człowiekowi często jest obce. Niektórzy - bardziej wyrachowani - starali się to wykorzystywać dla swoich celów. Nigdy publicznie nie zwracał ludziom uwagi, aby nikomu nie splamić dobrego imienia. Nigdy się nie skarżył, nigdy nie użalał się nad sobą. Nigdy nie żartował z osób, jedynie z sytuacji. Gdy ktoś wyśmiewał się - w jego obecności z jakiejś osoby - on milczał, dając do zrozumienia, że nie tędy droga. Z drugiej jednak strony wymagał od siebie, co powodowało, że inni zaczęli także od siebie wymagać. Życie w jego świetle było darem. Wydaje mi się, że taki styl bycia i życia miał swoje źródło we współpracy z łaską Bożą. To właśnie dzięki współpracy z Bogiem, papież doszedł do tak uderzającej świętości.
W którym momencie zorientował się Eminencja, że ma do czynienia z kimś bardzo nieprzeciętnym, wielkim?
On zawsze taki był. Nie stał się świętym nagle i niespodziewanie w Watykanie. Jego postawa od samego początku do świętości dojrzewała. Koledzy z jego lat szkolnych i seminaryjnych wspominają, że już wtedy był bardzo koleżeński, dokładny, ludzki, a przy tym bardzo radosny. Wszyscy podkreślają, że było w nim coś bardzo szczególnego i głębokiego - jego patrzenie na świat odznaczało się głębią, skupieniem i modlitewną zadumą. Całe jego życie było zatopieniem w modlitwie. Powiem tylko tyle, że kluczowe kazania i homilie pisał w kaplicy. Były więc one stworzone na klęczkach, w cieniu samego Chrystusa.
Wielu ludzi w modlitwach prosi papieża o wyproszenie łask u Boga. Traktują go już jak świętego...
To prawda. Każdego dnia otrzymujemy w Krakowie bardzo wiele próśb do Ojca świętego. Składamy je wszystkie w kaplicy i odczytujemy w czasie nabożeństw. Czego dotyczą? Ano życia codziennego - wyzwolenie z nałogu pijaństwa, umocnienie w życiu małżeńskim i rodzinnym. Ludzie proszę o szczęśliwe rozwiązanie, o umiejętność przebaczenia i pojednania w rodzinie, czy wyzwolenie się z narkomanii. Niektórzy proszą o ulgę w cierpieniu, inni o godność w cierpieniu. Przyjmując te prośby - proszę Boga, by poprzez spełnienie tych łask, świętość naszego papieża objawiła się jeszcze bardziej.
Pamiątki po Nim to już relikwie. Czy to znak, że proces kanonizacyjny zbliża się do końca? Kiedy Jan Paweł II zostanie ogłoszony świętym?
Nie mogę podać jeszcze żadnej daty. Będzie ona wyznaczona przez Benedykta XVI wtedy, kiedy cały proces zostanie zakończony. Do tego jednak droga jest jeszcze daleka. Nie śpieszymy się, bo proces musi być przeprowadzony dobrze i dokładnie. Tak, by w przyszłości nikt nie zarzucił nam, że był zbyt powierzchowny, czy niedokładny. Mam nadzieję, że w tym roku zakończą się przesłuchania świadków, których zeznania trzeba będzie opracować i opisać. Następnie odbędzie się specjalna sesja teologów. Po nich zaś głos zabiorą kardynałowie, obradujący nad heroicznością cnót Sługi Bożego Jana Pawła II. To będzie bardzo ważny moment kanonizacji.
Czy Kościół zatwierdził już cud potrzebny do kanonizacji? Podobno ksiądz kardynał był świadkiem niezwykłych wydarzeń, ozdrowień...
Osobiście nie byłem świadkiem samych cudów, ale o wielu z nich doskonale wiem. W ocenie lekarzy i ekspertów dokonały się wydarzenia poważne, i z punktu widzenia medycyny - niewytłumaczalne. Jeżeli mówimy o cudzie, to trzeba wspomnieć nade wszystko uzdrowienie z choroby Parkinsona francuskiej siostry zakonnej. Przypadek ten został wybrany, opisany w sposób skromny i powściągliwy. Oszczędność słów, ton opisu bez żadnych uniesień, i bez jakichkolwiek ocen spowodowały, że sprawa ta stała się godna uwagi i należnego zainteresowania. W sprawozdaniu, które czytałem, nie ma przesadnej egzaltacji, a tym bardziej chęci zwrócenia na siebie uwagi. Nie ujawniono personaliów siostry, aby mogła ona spokojnie żyć i pracować. Po ustąpieniu symptomów choroby powróciła do codziennej aktywności pośród noworodków we francuskim szpitalu.
Pamięta ksiądz kardynał swoje pierwsze spotkanie z Karolem Wojtyłą? Jakie zrobił On wówczas na eminencji wrażenie?
Było to na pierwszym roku seminarium. Ksiądz profesor Karol Wojtyła miał z nami wykłady z zakresu wprowadzenia do filozofii. Jako klerycy od razu bardzo go polubiliśmy. Każdą wolną chwilę spędzał na modlitwie, ale nie był przy tym, kimś odizolowanym, oderwanym od świata. Tryskał radością, uśmiechem, interesował się sportem, śpiewem i turystyką. Zarażał nas tą energią i miłością do życia. W tym duchu pojawiały się częste eskapady i wypady na narty w polskie Tatry, a od czasów watykańskich we włoskie Dolomity. Był doskonałym narciarzem, zabierał swoich najbliższych współpracowników na górskie stoki, aby razem z nami uprawiali narciarstwo. Były to fantastyczne przeżycia!
Kiedy wasze drogi połączyły się na stałe?
Byłem już po święceniach kapłańskich i po pierwszej parafii. Przełożeni wytypowali mnie do dalszej nauki, do zrobienia doktoratu. Zadzwonił do mnie kanclerz kurii krakowskiej i powiedział, że arcybiskup Wojtyła chce
ze mną rozmawiać. Zjawiłem się na tym spotkaniu myśląc, że będzie onodotyczyć mojej kariery naukowej. Tymczasem, w czasie rozmowy arcybiskup zapytał mnie niespodziewanie: " Może byś tu przyszedł do mnie, aby mi pomagać? ". Chodziło mu o pomoc w sprawach praktycznych i organizacyjnych. Pamiętam, że zapytałem go wówczas, kiedy mam przyjść? Odpowiedział mi, że "jeszcze dziś". Przyszedłem następnego dnia i zostałem 39 lat.
Jan Paweł II magnetyzował ludzi swoją świętością. W Jego obecności często działy się zjawiska nadprzyrodzone, mistyczne. Podobno na kilka miesięcy przed konklawe, Matka Boża z Jasnej Góry wskazała na Wojtyłę jako przyszłego papieża. Złapał koronę, która spadła jej z głowy...
To nie było tak. Teraz wiele wydarzeń z Jego życia obrasta w legendy. Rzeczywiście jego nabożeństwo do Matki Bożej było bardzo dojrzałe i przemyślane. Miał je z resztą od dziecka. Zdarzenie o którym Pani Redaktor mówi miało miejsce nie w Częstochowie, ale podczas koronacji Matki Bożej w Ludźmierzu. Jako młody wikary zostałem posłany przez swojego proboszcza na tę koronację i wszystko widziałem na własne oczy. To nie była korona, ale jabłko, symbol władzy Jezusa Chrystusa. W pewnym momencie wspomniane jabłko nagle oderwało się od figury i spadło w ręce biskupa. Ten, jak gdyby nigdy nic, włożył je z powrotem na swoje miejsce. Dopiero po konklawe, kiedy został papieżem, ludzie przypomnieli sobie to wydarzenie i zaczęli mówić, że Matka Boża już wtedy przekazała mu władzę nad całym Kościołem.
Pytałam o tę koronę również dlatego, że łączy się z nią jedna z ostatnich papieskich tajemnic...
Dziś widzę w tym plan Bożej Opatrzności. W ostatnim dniu swego życia, Ojciec święty poświęcił koronę dla Matki Bożej w grotach watykańskich. Polecił też przesłać koronę do Częstochowy. Obecne korony na Jasnej Górze są właśnie jego papieskim darem. Proszę zauważyć, że w herbie papieskim jest Jasna Góra. W czasie pierwszej wizyty Jan Paweł II mówił o Kanie Galilejskiej. Zawsze obok Chrystusa widział Matkę Bożą.
Częstochowa to chyba także wyjątkowe miejsce dla księdza kardynała...
Tak. To szczególne miejsce spotkania człowieka z Bogiem, w którym ludzie zaglądają do własnych sumień, porządkują życie. To miejsce dyskretne, gdzie człowieka nie śledzi się. Na Jasnej Górze nikt nie zajmuje się tropieniem Judaszy. Ludzie czują się tu swobodnie, niczym nie przymuszani, decydując się na przemianę życia na lepsze.
Czego brakowało księdzu kardynałowi w Rzymie najbardziej? Tęsknił ksiądz kardynał za Krakowem?
Krakowa nigdy nie zostawiłem. Mieszkałem przez 27 lat w Watykanie, ale kontakty miastem i ludźmi zawsze miałem bardzo żywe. Dzięki nowoczesnym środkom komunikacji i przekazu, odległości nie były aż tak wielką przeszkodą. Każdego roku odwiedzałem swoje miasto. Prawdę mówiąc nie było czasu na tęsknotę, tak wiele było pracy i przeróżnych obowiązków. Dzień rozpoczynał się wcześnie rano, a kończył bardzo późno. Uczestniczyłem w życiu papieża, który był tytanem modlitwy i pracy.
Jak zmieniło się w oczach eminencji miasto i jego mieszkańcy przez te wszystkie lata?
Kraków jest wizytówką Polski. Przez te wszystkie lata bardzo wypiękniał. Statystyki mówią, że jest już na piątym miejscu pod względem turystyki w Europie. W tych liczbach zawiera się także pielgrzymowanie do krakowskich Łagiewnik. Do sanktuarium Bożego Miłosierdzia przybywają co roku miliony pielgrzymów. To absolutny fenomen! Ludzie odkrywają miejsce w którym do prostej siostry zakonnej przemawiał sam Chrystus! Obok Częstochowy, Łagiewniki stają się miejscem nawrócenia i wielkich łask. Kraków to także wspaniali ludzie, otwarci na świat, na różne prądy myślowe, i różne religie. To świat wzajemnego zrozumienia, poszanowania i wzajemnej życzliwości, czego podobno nie widać w innych regionach kraju. Poza Małopolską da się zauważyć przeróżne zachowania, czasami trudne do pojęcia, a nawet do zaakceptowania. Proszę przyjechać kiedyś do Krakowa i pójść wieczorem na rynek. Będziemy wówczas świadkami jednego wielkiego spotkania międzynarodowego. Właśnie o taką otwartość chodzi. Opinię tą potwierdziła majowa wizyta Ojca świętego w naszym mieście. To były wspaniałe dni dla Krakowa, ale i świata, bo pokazały, że Polacy myślą głębiej i nie zamykają się tylko w swoim przywiązaniu do Jana Pawła II. To było bardzo ważne spotkanie także dla samego Ojca świętego Benedykta XVI.
Polacy pomogli papieżowi w zmianie wizerunku?
To, w jaki sposób Polacy przyjęli niemieckiego papieża, dało wiele do myślenia Niemcom. Nasi Rodacy pokazali, że w Kościele nie ma względu na narodowość. Papież jest papieżem dla wszystkich. Nie przypadkowo da się słyszeć określenia, że Benedykt XVI jest naszym papieżem z Niemiec. Słynne spotkania na Franciszkańskiej obserwował cały świat. Byliśmy zadziwieni jak wielką miłością i ciepłem Polacy obdarzyli Ojca Świętego. Zresztą sam papież wspominał mi niezapomnianą atmosferą, która panowała w Krakowie, Wadowicach, Kalwarii i Oświęcimiu. Był pod wielkim wrażeniem. Zachód był zdumiony polskim przyjęciem niemieckiego papieża. Nawet sami Niemcy nie mogli wyjść z podziwu. Teraz, z pewnością nie będą chcieli być gorsi od Polaków. A to się mocno liczy!
Czy Kościół pokocha kardynała Josepha Ratzingera, który jest wybitnym teologiem, a nie przywódcą religijnym. Jego ostatnia encyklika, "Deus caritas est", jest trudna, a jej zrozumienie wymaga dużej wiedzy filozoficzo-teologicznej. Ksiądz kardynał w swojej ostatniej książce "Miłością mocni" sam przecież tłumaczył wiele spraw w niej poruszanych...
Te sformułowania są nieadekwatne i krzywdzące dla naszego obecnego papieża. Poprzednik Benedykta XVI, Jan Paweł II był wielki i dużo wymagał od ludzi Kościoła. Dlatego bardzo go szanowali. Benedykt XVI zaczyna inną epokę. Nowe pokolenie rośnie już na jego nauczaniu. Myślę, że każdy z nas ceni sobie mistrzów życia, którzy umieją od siebie wymagać, stając się przez wzorem i punktem odniesienia dla innych. Nasz papież ukazuje, że tylko budowa na skale - choć trudna, ale realna - przynosi wiele satysfakcji, zadowolenia, a przede wszystkim staje się niewzruszonym oparciem wobec różnych zmienności losów, kierunków i prądów świata.
Zastanawiał się kiedyś ksiądz kardynał, jak wyglądałoby dziś jego życie, gdyby 39 lat temu nie poszedł na wezwanie Wojtyły do kurii na Franciszkańską 3?
Nie, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zresztą, abp Wojtyła miał w moich oczach wielki autorytet, więc jeżeli kazał mi się zgłosić szybko to uczyniłem. Po spotkaniu z nim nawet przez chwilę nie brałem pod uwagę innego scenariusza mojego życia, jak praca z krakowskim metropolitą. W nim była jakaś wielka Boża tajemnica, która bardzo przyciągała ludzi. Na co dzień był zjednoczony z Bogiem, zatopiony w nim całkowicie. Ta łaska poprzez niego działała na innych, także na mnie. Wszyscy ciągnęli do niego, bo widzieli, że działa w nim sam Chrystus. To było nadprzyrodzone zjawisko. Na początku, kiedy był młody, podobał się jako aktor, imponował innym. Z wiekiem czynnik fizyczny osłabł, choroba go niszczyła. Ludzie mniej go może podziwiali, a więcej kochali.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|