Do randki z partyjnymi koleżankami zaangażował: rządowy śmigłowiec, dwóch pilotów, dwie służbowe limuzyny, trzech oficerów Biura Ochrony Rządu, trzy policyjne radiowozy z sześcioma policjantami. I wystawił podatnikom rachunek na 15 tys. złotych! Cała świta - na czele z wiceministrem edukacji i partyjnym druhem Giertycha Mirosławem Orzechowskim - przyjechała z Warszawy, żeby przywitać Giertycha na łódzkim lotnisku.
Giertych doskonale wie, że nie wolno mu wykorzystywać rządowego orszaku do prywatnych celów. Dlatego jako alibi wymyślił sobie spotkanie - z dyrektorem łódzkiego ogólniaka. I choć szkoła w sobotę jest zamknięta, Czesław Białkowski nie mógł odmówić wiceszefowi rządu i ministrowi oświaty. "Ktoś z otoczenia ministra zadzwonił na moją komórkę w piątek wieczorem. Powiedział, że minister będzie w Łodzi i chce odwiedzić liceum" - wyjaśnia dyrektor w "Fakcie". Nie zdawał sobie sprawy, że jest bez skrupułów wykorzystywany.
Roman Giertych odbębnił wizytację w pół godziny, wskoczył do rządowej limuzyny i pognał na randkę z kobietami z LPR. Panie omal nie zemdlały na widok szefa partii. Nie dość, że zajechał jak gwiazdor, to w dodatku każdej z 500 dam wręczył czerwoną różę.