Dlaczego zgodził się pan rozmawiać ze "znienawidzonym” DZIENNIKIEM?
KUBA WOJEWÓDZKI
: To nie jest tak, że go nienawidzę. Niemców nienawidzę od dziecka, a wy macie dobre, polskie twarze. Przeczytałem parę wywiadów i byłem pozytywnie zaskoczony. Lubię ekstrema, więc sięgam po was czy po bdquo;Rycerza niepokalanej”. Piotr Walter (prezes TVN – przyp. red.) powiedział, że są u was sensowni ludzie. Na razie gadacie sensownie.

Piotr Walter kazał się z nami spotkać?

Nie. Ja jestem człowiekiem nieżyjącym w systemie nakazowym. Uznałem, że skoro wśród pedałów są rozsądni ludzie, jak na przykład ja czy Elton John, to zobaczymy, może i w DZIENNIKU też są sensowni dziennikarze.

Jak dyrektor programowy TVN Edward Miszczak namówił pana do opuszczenia Polsatu?

Tym, że mnie nie kupował. Nie można chodzić całe życie w tych samych butach. Całe życie nie oglądamy tego samego pornola, całe życie nie spotykamy się z jedną kobietą. Całe życie nie można pracować w jednej telewizji. Miałem towarzyski układ z właścicielami Polsatu. To powoduje, że gdzieś się asymilujemy i w końcu przestajemy się stymulować, nie łechcemy swoich zawodowych punktów G. To groziło rutyną, stagnacją, przewidywalnością, obliczalnością programu. Bo Polsat przyzwyczaił się do moich ekscesów. A ja się przyzwyczaiłem do ich pobłażliwego kiwania głowami. Oferta TVN to daleko idąca swoboda obyczajowa, światopoglądowa. Niestawianie żadnych barier w zapraszaniu polityków, którzy obok Dody i Mandaryny są najbardziej gibkimi postaciami pop kultury.

Polsat stawiał te bariery?
Nie zawsze mogliśmy się dogadać, co do wartości gościa. Ten program jest tak dobry jak energia między prowadzącym i gościem, a upraszczając, jest tak dobry jak jego gość. Bo ja jestem fajny z definicji oraz ilości zer po przecinku.

Konkretnie: na kogo się nie zgodzili?

Nie będę mówić o kulisach pracy w Polsacie, nie mam ochoty. Wspominam Polsat jak swoje narzeczone. Po męsku, lecz z sentymentem.

Boi się pan? Jak to się ma do pana stwierdzenia, że jest pan ostatnim wolnym i niezależnym dziennikarzem?
Jestem dziennikarzem, a ten tytuł jest mi coraz częściej zabierany, choć na niego zapracowałem. Mówiąc o ostatnim wolnym dziennikarzu, próbuję wywołać dyskusję na ten temat. Robię to, przybierając kostium w występie telewizyjnym, bo wiadomo, że do występów medialnych człowiek się trochę przebiera. Jestem korespondentem wojennym z kraju, gdzie toczy się wojna pomiędzy normalnością a jej brakiem. Błagam was, nie odbierajcie pryncypialnie moich słów. To pewna zabawa. Świat w satyrycznej metaforze. Talk-show to sfera eksterytorialna, wolna od dogmatów, reguł, zasad i poważnych min. Na ostatnim festiwalu filmowym w Gdyni na każdym bankiecie można było usłyszeć: ten jest do dupy, ten jest niezdolny, ten zrobił takiego gniota. A gdy moja narzeczona Anna Mucha mówi to ze sceny, to wywołuje święte oburzenie, larum i najchętniej postawiliby na Skwerze Kościuszki stos. Ja jestem przeciwny takiej hipokryzji.

O narzeczonej za chwilę. Wróćmy do Polsatu...
Dobrze, ale ja bym tam nie chciał wrócić, choć nigdy nie mów nigdy...

Pan opuścił stację, która zrobiła z pana gwiazdę, w dodatku w trudnym dla niej okresie...
Nie ja jestem odpowiedzialny, że ten statek płynie do portu disco polo – patrz program Mandaryny – i Kiepskich. Ja byłem tam majtkiem, a nie kapitanem. Wyskoczyłem za burtę. Oczywiście ta stacja dała mi największego kopniaka w życiu, umieściła mnie na takiej orbicie zainteresowania medialnego, spełnienia i statusu materialnego, jakich nigdy nie miałem. Ale to nie oznacza, że uczyniła mnie szczęśliwym człowiekiem. Ja też jej pomogłem. Twarz Tomka Lisa czy moja na billboardach nie były zdjęciami szczerbatych chłopców z zespołu Boys czy Bayerfull. Nie byłem pasożytem, który się wgryzł w portfel Solorza. Gdy poczułem, że zaczynam dreptać i zwalniać, to zmieniłem tor. Otrzymałem propozycję od Edwarda (Miszczaka – przyp. red.), przespałem się z nią, na następny dzień uzgodniliśmy szczegóły i podpisaliśmy kontrakt.

Co zaproponował panu Miszczak?
Szerokie pole swobody zadawania dziwnych pytań. Ja tworzę kółko poszukiwania radości w swoim i cudzym życiu. Dopóki nie będę czuł, że jestem automatycznym pilotem z bateriami w dupie, dopóty będę w TVN.

Ma pan wolność doboru gości?
Tak, nie ma żadnej beżowej, brunatnej listy. Nie jestem Żakowskim, choć często żałuję, ale polityków też będę zapraszał.

Marcinkiewicz z synem odmówili występu w pierwszym programie...
Myślę, że obawiają się tego, co będzie. Jestem jednak na gorącej linii z jego asystentem. Ale jak odmówi, nie będę płakał.

Dlaczego zaprosił pan Aleksandrę Kwaśniewską? W TVN była już wszędzie.

Ale u mnie nie była, a to jest całkiem inna wartość. Ona jest bystrą dziewczyną i córką prezydenta, za którym zaczynam tęsknić. A mnie kręcą córki prezydentów. Taka Maria Wiktoria...

Ale jej pojawienie się w programie pozwala postawić pytanie: czy to jednak nie TVN wybiera panu gości?

To moja decyzja. Mogę sobie zaprosić do programu moją dziewczynę, mogę zaprosić Olę Kwaśniewską, Kalisza, Misztala. Jeżeli chcecie powiedzieć, że mam czerwoną linię z Miszczakiem i on mi mówi: zaproś Milowicza, bo odpadł z bdquo;Tańca...”, to wierzcie mi: takiego kontraktu bym nie podpisał.

A zaproszenie pana narzeczonej Anny Muchy to nie jest załatwianie prywaty?

A kto mi powiedział, że nie mogę załatwiać prywaty? Pewnie, że to załatwianie prywaty. To szansa, że ktoś nie będąc tendencyjny, da jej powiedzieć, co miała na myśli.

Tendencyjny nie, ale mało obiektywny. To nie będzie wiarygodne.
A kogo to obchodzi na miłość boską. To mój program. On się nazywa tak jak ja. Ten program jest jedną wielką prywatą. Promuję moje nazwisko, podpisuję wielomilionowe kontrakty. Jestem cynicznym graczem medialnym. Szerzę chaos. Zmuszam do myślenia, agresji, nienawiści. Do jakiejś postawy.

Ile pan zarabia w TVN?
Dobre polskie pieniądze od minister Gilowskiej.

100 tys. zł?
Brutto czy netto? Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Nawet niemieccy.

Więcej niż w Polsacie?
Znacznie więcej. Nie powiem ile. Nie można w kraju, w którym 60 proc. ludzi podobno żyje na granicy ubóstwa, mówić o zarobkach w telewizji. Za jeden tekst do gazety kolorowej dostaje się kilka razy tyle co średnia krajowa. Nie ja zepsułem ten rynek, nie wińcie mnie za to, że z niego korzystam.

Nagrał pan kiedyś program, który nie został wyemitowany?
Jeden, z dyrygentem Jerzym Maksymiukiem, bo nikt mnie nie uprzedził, że zmarła mu żona. Poprosiłem go, by podyrygował publicznością. Pyta, jakie słowo. Mówię: bdquo;mam to w dupie”. Tak rozłożył głosy publiczności, że zrobił z tego uwerturę. Uznaliśmy jednak, że nie powinniśmy emitować tego odcinka. Jeśli mi ktoś powie: bardzo mi zależy, byś to wyciął, to wytnę. Ja nie jestem krwiożerczym sukinsynem. Jak mi ktoś powie: wytnij to, bo się zagalopowałem, nie powinienem mówić, że mam kochanka, bo co powie żona, to tak zrobię. Ja nie jestem krwistym twardzielem, z brukowym rewolwerem.

Ktoś kiedyś wyszedł z pana programu w trakcie nagrania?
Doda chciała. Wypisała sobie wszystkie inwektywy ze słownika na p, k, ch. Wystrzelała się, ale źle rozłożyła czas. Po 15 minutach chciała wyjść. Więc ukląkłem i zacząłem śpiewać kolędę. Została. Wyjście z talk-show to ryzykowny ruch... nie wiem, czyja by to była porażka.