Według jego obrońców, generał jest chory i po trzech godzinach jest już zbyt zmęczony, by odpowiadać na pytania sędziów. Tyle że generał mógłby wreszcie znaleźć dobrego lekarza. W końcu go na to stać. Dostaje kilka razy wyższą emeryturę niż jego ofiary - aż 4,8 tys. zł. Do tego może się kurować w swej willi na Mazurach. Bo tak naprawdę, to całe zasłanianie się chorobą, to tylko próba przeciągnięcia rozprawy tak, by się przedawniła.
Kiszczak odpowiada za to, że dał milicyjnym dowódcom prawo strzelania bez ostrzeżenia do bezbronnych górników. Oczywiście, Kiszczak te zarzuty dziś jak zwykle odpierał.
Twierdzi, że kazał wycofać się milicji i wojsku z kopalni "Wujek", a prokurator usiłuje obciążyć go winą za śmierć górników "wbrew faktom". Zaprzeczył, by jego szyfrogram o zasadach użycia broni przez MO był bezprawny, bo - jego zdaniem - miał prawo go wydać. Według Kiszczaka, szyfrogram był tylko przypomnieniem dekretu Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego. I nie ma związku między szyfrogramem, a wydarzeniami w "Wujku".
Generał uważa też, że cały proces jest pełen manipulacji i został sporządzony z powodów politycznych. "Określeni politykierzy nadal usiłują sprawy polityczne, zwłaszcza
dotyczące stanu wojennego, załatwiać rękami prokuratury i sądu" - oświadczył Kiszczak, ale nie powiedział, kogo ma na myśli.
Proces odroczono do czwartku.
To już trzeci proces w tej sprawie. Poprzednie wyroki, jeden skazujący, a drugi uniewinniający, uchylił sąd apelacyjny. Obecny proces ma skończyć się w październiku. Byłemu szefowi MSW
grozi za tę masakrę tylko dziesięć lat więzienia. Ale to niejedyny jego proces. Prokuratorzy IPN chcą go postawić przed sądem za nielegalne wprowadzenie stanu wojennego.
Zomowcy spacyfikowali strajkującą kopalnię 16 grudnia 1981 r. Na miejscu zabili sześciu górników. A trzech zmarło w szpitalu.