Pułkownik rezerwy Zbigniew Sz. za pieniądze wykradał z wojska tajne informacje dla USA. Sprawę odkrył i nagłośnił w 1999 roku nieistniejący już dziennik "Życie".
Według opublikowanych wówczas informacji, pułkownik zaczął szpiegować w 1992 roku i na usługach Amerykanów zostawał przez cztery lata. W 1996 roku nakrył go Urząd Ochrony Państwa. Ale -
jak pisano przed siedmiu laty - dzięki wstawiennictwu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego puszczono go wolno.
Dlatego do prokuratury donieśli na niego sami dziennikarze "Życia", ale Zbigniew Sz. uciekł do Stanów. Do Polski wrócił dopiero w 2003 roku, gdy dostał od Wojskowego Sądu
Okręgowego list żelazny. A to oznacza, że nawet jeśli dostanie wyrok, to dopóki nie będzie on prawomocny, szpieg nie trafi za kraty.
I tak właśnie jest w tej chwili - wyrok nie jest jeszcze prawomocny. I dlatego podejrzany o szpiegostwo może spokojnie wyjechać za granicę lub zostać i apelować.