Jak wygląda emancypacja kobiet w Polsce po 1989 roku? Jakie bariery napotyka i które z nich są najbardziej uciążliwe? Na te pytania odpowiadają uczestniczki dzisiejszej debaty "Europy" - Magdalena Środa, Joanna Kluzik-Rostkowska i Agata Bielik-Robson. Zdaniem Środy podstawową przeszkodą dalszej emancypacji kobiet w Polsce jest ideologiczna postawa rządzących ugrupowań prawicowych: "Największym problemem jest polska prawica. Katolicka, nacjonalistyczna, szowinistyczna, agresywna. Ta, która mimo deklaracji o rzekomym szacunku dla kobiet traktuje je przedmiotowo, która je infantylizuje, podporządkowuje". Prawicowi politycy, lansując rozmaite teorie dotyczące "naturalnego podziału ról", przyczyniają się pośrednio do upowszechniania negatywnego stosunku do kobiet. Z kolei przedstawiciele lewicy traktują kwestię kobiecą instrumentalnie: zajmują się nią tylko wtedy, gdy jest to dla nich politycznie użyteczne.
p
Nie wiem, czy akurat dla problemu emancypacji kobiet rok 89 jest w ogóle znaczący. To był niesłychanie intensywny rok pod względem politycznym, ale nie pod względem emancypacyjnym. Byłam wtedy jedynie ciekawa, czy zapowiadana przez Sierpień '80 dekomunizacja będzie rzeczywiście znaczyła deemancypację. I znaczyła. Dla mnie jednak perspektywę feminizmu otworzyło życie prywatne, nie polityczne. Urodziłam dziecko w wyjątkowo opresyjnych warunkach polskiego szpitala, a potem pojechałam na konferencję do Mądralina, gdzie doświadczenie to było przedmiotem debaty - okazało się, że wszystkie kobiety miały podobne przeżycia i że nie jest to już problem prywatny, lecz publiczny, to znaczy, że może być problemem publicznym. Tam chyba pojawił się pomysł akcji "Rodzić po ludzku", a feministyczne hasło "Prywatne jest publiczne" stało się ciałem.
Emancypacja to proces, który nadal trwa. Ale coś się w Polsce przez te lata zmieniło. Na przykład w moim życiu pojawiły się możliwości, których w ogóle bym nie miała, gdybym była mężczyzną. Skończyłam 40 lat, miałam za sobą doświadczenie dziennikarskie, ale postanowiłam coś zmienić w swoim życiu. Powiedziałam: "Chcę zostać pełnomocniczką do spraw kobiet i rodziny w Warszawie". "Dobrze", powiedział Kaczyński, i to był początek... Gdybym była mężczyzną, miałabym znacznie mniejszą szansę tak szybko zostać wiceministrem. Udało się, bo chciałam zająć się sprawami kobiet - wcześniej lekceważonymi - których ważność została doceniona.
Na pewno na lepsze, szczególnie w porównaniu z latami 80., które wspominam dość ponuro pod tym względem. Spędziłam je na wydziale filozofii...
Właśnie dlatego, że wszyscy byliśmy wspólnotą solidarnościową, nikt nie poświęcał uwagi takim rzeczom jak stosunki damsko-męskie i relacje równości. Seksualne molestowanie po prostu kwitło w wydaniach twardszych i miększych, sprzyjał też temu masowy alkoholizm profesorów, którzy nagabywali studentki bez żadnego skrępowania. To nawet nie miało charakteru szantażu - że dostaniesz dwójkę, trójkę, piątkę - tylko tak po prostu, na zasadzie, "że można", że nie budzi to w nikim żadnego oporu, że to jest oczywiste. To się zmieniło. I to jest sukces.
Agata, daj spokój, przecież jesteś profesorem, masz mocną pozycję. A wtedy byłaś studentką. To też się zmienia zależnie od punktu widzenia.
Tyle że ja też mam studentki. I nie ograniczam tego tylko do swojego doświadczenia - że jak ja przeszłam drogę od molestowanej studentki do samodzielnego pracownika naukowego z pozycją, to już problem przestał dla mnie istnieć. Bo problem istnieć nie przestał, i to nawet na najbardziej progresywnych kierunkach. Tyle że nawet jeśli mizoginia nie maleje - bo moim zdaniem bardzo trudno jest ją w polskich mężczyznach wyplenić - to wzrasta przynajmniej hipokryzja, która nie pozwala na tego rodzaju otwarte działania. Ja nie widzę u starych profesorów jakiejś głębokiej zmiany mentalnej, natomiast widzę, że wzrasta ich lęk. Jeśli zaś chodzi o młodych mężczyzn, wydaje mi się, że jest taka wyraźna cezura między pewnym typem PRL-owskiego samca...
Ci już chyba poszli na emeryturę.
Bynajmniej, ostatnie pokolenia dogorywają, i to wcale nie na samym dole. I jest ogromna różnica pomiędzy ich zachowaniem a zachowaniem młodzieży.
: Tak. Bardzo szybko wyzbywają się jawnej agresji wobec kobiet.
Nie mam w ogóle takich doświadczeń. Najpierw studiowałam matematykę, gdzie wykładowcami byli w zasadzie sami mężczyźni, potem studiowałam dziennikarstwo. Też w większości byli tam mężczyźni. Później zaczęłam pracować w redakcji, gdzie już było i sporo kobiet, i sporo mężczyzn. Słyszałam, że takie rzeczy się zdarzały, natomiast nigdy w życiu sama się nie spotkałam z taką sytuacją. Naprawdę.
Mówiąc w pewnym uproszczeniu, największym problemem jest polska prawica. Katolicka, nacjonalistyczna, szowinistyczna, agresywna. Ta, która mimo deklaracji o rzekomym szacunku dla kobiet traktuje je instrumentalnie, przedmiotowo, która je infantylizuje, podporządkowuje, która nimi gardzi.
Powiem to równie prosto jak pan redaktor. Menel widzi w telewizji, że od podejmowania decyzji są mężczyźni, że kobiety są słabe i bezradne, bo socjalizuje się je do posłuszeństwa tak, że nie reagują na przemoc. Nauczono je przecież, że wszystko trzeba przetrzymać dla rodziny i zachowania męża i nawet ksiądz im powie: "Cierp, bo rodzina to świętość", a przyjaciółka: "Lepiej żyć z potworem niż samej". I jeśli prawica podbudowuje rzekomą słabość ideologią "naturalnego powołania" czy "praw naturalnych", to w pewnym sensie wina jest po jej stronie, a nie po stronie sklepów monopolowych. Panowie Cymański czy Marcinkiewicz uważają, że przemoc wobec słabszych jest elementem skutecznego wychowania. Otwarcie sankcjonują bicie dzieci, a troskę wobec kobiet rozumieją jako prywatny szacunek, a nie jako zinstytucjonalizowaną obronę ich praw. Kobieta w ich mniemaniu to ofiarnicza istota, która ma być ciepłą przystanią dla wojownika. Problem miejsc pracy dla kobiet, ich niższych zarobków, molestowania - to dla nich fikcje wymyślone przez feministki.
Ja także sądzę, że największym problemem kobiety jest nie tylko to, ile ona zarabia w pracy i czy jest dyskryminowana w związku z urlopem macierzyńskim, czy nie. Największym problemem jest raczej to, że w dalszym ciągu pokutuje pewien rodzaj mentalności ofiarniczej, który w gruncie rzeczy nie pozwala kobiecie ubiegać się o swoje prawa. "Ja jestem od tego, żeby cierpieć". To jest oczywiście skrót, ale niestety większość kobiet w Polsce naprawdę ma kłopoty z postawą asertywną, mówiąc językiem podręczników psychologicznych. W sferze publicznej, w pracy, choćby w sferze działalności opozycyjnej - kobiety zawsze stanowiły cały ten tłum załatwiający mnóstwo spraw konkretnych, ale żadna się nie pchała na afisz. Dlaczego? Bo my jesteśmy od poświęcania się.
W Polsce w ogóle panuje przekonanie, że niezależnie od tego, jak wysoki będzie stopień opresji, kobiety sobie poradzą. Puste półki? Kobieta zdobędzie wszystko. Zakaz aborcji? Da sobie radę, pojedzie na Litwę, znajdzie w internecie jakieś piguły. Pobije się ją? Wytrzyma i to (modlitwa pomoże). Nie będzie miała, mimo zasług, dostępu do władzy? Będzie dumna z drugiej lub trzeciej Ligi. Bo kobiety sobie w Polsce dają radę w każdej sytuacji. I są zadowolone. Zadowolone z drugorzędności, z niewoli.
To się odnosi do pewnego typu polskiej kobiety, która dostosuje się do każdych warunków, ma w sobie pasywną wytrwałość, natomiast nie zrobi wiele, żeby swoją sytuację aktywnie polepszyć. Myślę, że to także należałoby zmienić.
: To jedna z największych barier dla rzeczywistej emancypacji.
Ale to, o czym panie mówią, zmienia się, tyle tylko że ta zmiana jest procesem, nie może być nagłym przełomem. To jest zmiana pokoleniowa, owocująca choćby coraz większą liczbą kobiet w parlamencie.
Większa ilość kobiet w parlamencie nie znaczy większej obrony interesu kobiet. Tak jak większa ilość robotników we władzach PZPR nie oznaczała robotniczych rządów. Prawicowe kobiety w parlamencie są większymi strażnikami patriarchatu niż niektórzy mężczyźni. Nie interesuje ich ani pozycja kobiet na rynkach pracy, ani dostęp do nich, ani opresyjna polityka antykobieca zwana dla niepoznaki prorodzinną. Gdy zabierałam głos w parlamencie, starałam się dotrzeć przede wszystkim do nich. Bo możemy się różnić światopoglądem, ale są przecież sprawy, które łączą kobiety - problem przemocy, złej sytuacji na rynkach pracy, braku osłony socjalnej samotnych matek...
Kompletna blokada. Moja sytuacja w parlamencie była raczej trudna.
A mi się udało.
: Ja mam innego rodzaju problem, który jako była dziennikarka rozumiem bardzo dobrze. Jest tak, że istnieje nie za duża, ale bardzo konserwatywnie myśląca grupa posłów. Ponieważ oni są skrajni i mówią bardzo wyraziście, są najlepiej słyszalni. To jest Giertych, Sobecka, Marian Piłka. Ja wiem, że Magda moich braci Kaczyńskich ciągle atakuje, ale - proszę mi wierzyć - oni są naprawdę nastawieni bardzo prokobieco.
To nastawienie świetnie ilustruje dość umiarkowany Bronisław Komorowski - by już nie atakować braci Kaczyńskich. Na pierwszym posiedzeniu Sejmu obecnej kadencji Komorowski powiedział, że kocha kobiety, że szanuje swoją żonę, matkę itd., ale nie będzie wspierał żadnych instytucji służących obronie praw kobiet. To zabrzmiało dokładnie tak samo jak wtedy, gdy komuniści w sierpniu 1980 roku mówili do robotników, że ich szanują, bo przecież żyjemy w państwie robotniczym, ale żadnych wolnych związków zawodowych nie będą tolerować. Ten "szacunek dla kobiet" to symboliczna rekompensata za odmowę jakichkolwiek regulacji prawnych czy instytucjonalnych.
Nie mieszajmy Komorowskiego z Platformy z braćmi Kaczyńskimi, z którymi mam bardzo dobry kontakt właśnie w kwestiach praw kobiet i ich szerokiej społecznej emancypacji. A trudno mnie podejrzewać, że blisko mi do poglądów Anny Sobeckiej czy Mariana Piłki.
Zaatakowała mnie LPR.
Za kulisami wyglądało to tak, że ja byłam pełnomocniczką w Warszawie, a dziennikarze, w momencie gdy następowała zmiana rządu, zastanawiali się, czy zastąpię Magdę Środę. "Ozon" poprosił mnie o wywiad, a premier Marcinkiewicz zaprosił na rozmowę, zaproponował stanowisko, które pełnię do dziś. Ponieważ następnego dnia leciałam do Bostonu na konferencję dotyczącą adopcji - miałam być jedynym przedstawicielem Polski - premier zgodził się na przejście do nowej pracy o tydzień później. Poleciałam, wyszedł "Ozon", zaczęła się zawierucha, a ja siedziałam w Bostonie, nie mając o tym pojęcia... Żeby było śmieszniej, Anna Maruszeczko, autorka wywiadu, pytanie o in vitro dorzuciła już przy autoryzacji.
Myślę, że bracia Kaczyńscy postawili na swoim. Nawet nie rozmawiałam jakoś specjalnie z nimi na ten temat. Wróciłam z Bostonu, "Wyborcza" zrobiła czołówkę o mnie pt. "Radio Maryja ustawia rząd", poprosiłam Jarosława Kaczyńskiego o rozmowę. Powiedziałam, że skoro jestem tak kłopotliwa w tej kłopotliwej politycznie sytuacji, to może poszukajmy kogoś mniej kontrowersyjnego, bo ja swoich poglądów nie zmienię, a wkrótce dojdziemy do środków antykoncepcyjnych (co właśnie ma miejsce) i badań prenatalnych (co pewnie przed nami). Jak wyglądała rozmowa Jarosława Kaczyńskiego z premierem Marcinkiewiczem, pojęcia nie mam.
Powiedzieli: "Chłopaki, dajcie spokój, mamy szafę Lesiaka".
To jest właśnie ten problem, o którym mówiła Agata, to znaczy problem polityków, właściwie facetów, którzy jak będą mieli interes polityczny (na przykład przedwyborczy), żeby promować programy praw kobiet, to będą to robili, ale z reguły mają mnóstwo innych priorytetów i stare patriarchalne przyzwyczajenia czy żałosne żarty.
Nie będę tego komentować. Ja cieszyłam się dużą niezależnością, która wynikała nie tyle ze zrozumienia problematyki, którą się zajmowałam, ale z obojętności dla niej.
A ja jako człowiek prawicy mam poczucie bardzo dużej ochrony ze strony obu braci Kaczyńskich.
Przed tymi, którzy moje poglądy, w mojej ocenie zdroworozsądkowe, oceniają jako zbyt postępowe. Marka Jurka akurat lubię jako człowieka, choć nie zgadzam się z częścią jego poglądów.
: Przede wszystkim przeciwnikiem radykalizacji ustawy jest Jarosław Kaczyński i przeciwnikiem radykalizacji ustawy jest Lech Kaczyński.
Mam nadzieję, że tak jednoznacznie to nie wygląda. Tym bardziej że zmiana konstytucji wymaga zgody dwóch trzecich sejmu. Widzicie państwo taką większość? Bo ja nie.
A czy to nie jest tak, że po prostu braciom Kaczyńskim podoba się pewien typ polskiej kobiety, który chcą promować? Dlatego że jest bezproblemowy, użyteczny, świetnie wykonuje powierzone prace, nigdy nie histeryzuje. Jest takie wyobrażenie polskiego mężczyzny, trochę konserwatywnego, że kobieta jest bezproblemowa i ogólnie rzecz biorąc "bezszmerowa". Ale kiedy ona stawia wyraziste roszczenia, jak na przykład prawo do aborcji, wtedy przekracza pewną dopuszczalną granicę głośności.
To chyba stanowi też o różnicy między mną a Joanną, ona wierzy w protekcję "miłych" polityków, ja mam jasność, że ta "protekcja" kończy się, gdy kobiety wychodzą poza zaklęty krąg patriarchatu i domagają się praw, które temu patriarchatowi zagrażają - to znaczy prawa decydowania o własnej płodności, prawa do politycznej władzy czy ekonomicznej niezależności. Kobiety są tolerowane w rolach osób zajmujących się marginaliami, kiedy są ciepłe, niekłopotliwe i pracowite...
... czyli wtedy, kiedy wykraczają trochę poza stereotypowe, polskie wyobrażenie dobrej kobiety, zaczyna być kłopot.
Rozmawiałam o tym wszyskim, o czym panie mówią, i z jednym, i z drugim z braci wielokrotnie. Obaj kobiety bardzo szanują, bardzo szanują swoją matkę, i to ma znaczenie. W dodatku najbliższe otoczenie rodzinne prezydenta to żona, córka i wnuczka! Czy ktoś taki mógłby minimalizować rolę kobiet?
Tu sporu nie ma. Ja uważam, że oni rzeczywiście są prokobiecy na swój sposób, tylko ten typ kobiety, który promują, jest bardzo szczególny.
I ja jestem tym typem kobiety?
Tak
W jakim sensie?
Matka dzieciom, spokojna, przewidywalna i patriarchalna, jeśli chodzi o roszczenia. Nie będziesz walczyła z reklamami, podręcznikami, wypowiedziami, które upokarzają kobiety, i nie powiesz niczego o Kościele i jego negatywnej roli w emancypacji kobiet. Jak mówisz o aborcji, to cichutko, nie publicznie, walczysz z LPR, bo to niegroźne dla PiS, ale aberracji posła Piłki (który jadł nie te co trzeba środki antykoncepcyjne i teraz jest wrogiem wszystkich) nie zakwestionujesz.
Ja mam przeświadczenie, że bez przerwy muszę się zmagać z LPR i bez przerwy mam inne zdanie niż część tego rządu. LPR ustami Wojciecha Wierzejskiego mówi, że jestem oszalałą feministką i jeszcze w dodatku mu się wydaje, że to jest dla mnie wielka obelga.
Należy wprowadzić możliwość aborcji z przyczyn społecznych. Właśnie dlatego że w Polsce mentalność kobiet jest taka, jaka jest - to znaczy są one pasywne i wtrącone w sytuację wewnętrznej bezradności - nie sądzę, żeby sobie z tym dobrze radziły. Kiedy po raz kolejny zachodzą w ciążę i dochód na głowę wynosi sto czy dwieście złotych, to one nie będą szukały możliwości przerwania ciąży w podziemiu aborcyjnym. Nie wiem, czy jeśli ktoś ma jakiekolwiek sumienie, to może kobiety do tego rodzenia zmuszać.
Kiedyś rzeczywiście uważałam, że ze względów światopoglądowych trzeba tę kwestię zawiesić, że nie powinno być pełnego społecznego przyzwolenia w tej sprawie... I nadal mam co do tego poważne wątpliwości.
Bo większość polityków, a z pewnością chłopcy z LPR, myśli, że jak kobieta zajdzie w ciążę, to tylko po to by dokonać aborcji. I tylko dzięki przebiegłości i zdeterminowaniu prawicowych polityków tego nie robi. To absurd.
Choć jest taki lęk, moim zdaniem zrozumiały, który towarzyszy przyzwoleniu na aborcję. Każda z nas tutaj pamięta, że w demoludach aborcje traktowane były strasznie lekko.
Aborcja oczywiście nie może być środkiem antykoncepcyjnym, ale też jej zakaz nie może być narzędziem istnienia i zdobywania popularności partii, której kompetencje zaczynają się i kończą na woli podporządkowania kobiet. Nie mają "rządu dusz", to przynajmniej wyżyją się na słabszych. Trzeba też pamiętać, że zabieg aborcji z chirurgicznego staje się farmakologicznym. Przy pełnym zakazie kobiety - jak to było powiedziane - dadzą sobie radę, skorzystają z całej oferty czarnego rynku, co będzie bardzo niebezpieczne. Poza tym tam, gdzie aborcja jest dozwolona, jej termin znajduje się pod kontrolą, a w Polsce wszystko zależy od ceny.
W Barcelonie robi się ją do ósmego miesiąca, czego się dowiedzieliśmy dzięki duńskiej telewizji...
Nie jest to legalne, ale przynajmniej można to kontrolować. W Polsce wszystko znajduje się poza kontrolą, a politycy mają fałszywe poczucie "czystych rąk". To obrzydliwe. We Francji i w innych krajach aborcję wykonuje się metodą vacuum, która jest stuprocentowo bezpieczna dla kobiet. W Polsce stosuje się system łyżeczki. Dlatego że maszyna vacuum zajmuje dużo miejsca i łatwo ją wykryć, robi się to metodą z początków XX wieku. Dla mnie obecna ustawa jest po prostu szczytem hipokryzji. Niby jest jakimś kompromisem, ale w istocie rzeczy jest zmową przeciwko kobietom. Bo jej koszty ponoszą właśnie one. To im odmawia się zabiegów nawet w przypadkach uzasadnionych przez ustawę. Przeszkodą jest strach ginekologów, inercja szpitali i cynizm polityków.
Ja mam z aborcją na życzenie trzy problemy. Jeden jest historyczny. Rzeczywiście w czasach, kiedy byłam młodą dziewczyną, w Polsce nie było żadnych środków antykoncepcyjnych i jedynym dopuszczalnym środkiem antykoncepcyjnym była aborcja. Narobiła mnóstwo krzywdy, między innymi dlatego, że młodej dziewczynie w tamtym czasie wydawało się, że jeśli coś jest dozwolone, to znaczy, że nie szkodzi, nie ma negatywnych konsekwencji - ani fizycznych, ani psychicznych. Były kobiety, które się decydowały na aborcję, bo się bały, że przerwą studia, że mama się zdenerwuje itd., więc mam to w swojej pamięci i jest to jeden z elementów, dla których obawiam się pełnej liberalizacji prawa... Mój drugi kłopot z aborcją na życzenie jest osobisty. Jestem matką trójki dzieci i zawsze byłam przeświadczona, że od momentu, kiedy zaszłam w ciążę, mam dziecko - to znaczy, że to nie jest potencjalny ktoś, tylko że to jest już ktoś bardzo konkretny. Ja tak to czuję, więc kiedy słyszę, że jakaś dziewczyna chce usunąć ciążę, natychmiast sobie wyobrażam to samo, co myślałam o własnych dzieciach.
Jeśli ktoś ma takie przeświadczenie, to nie może zaakceptować całkowitej dopuszczalności aborcji. Mój trzeci kłopot z aborcją na życzenie dotyczy ojców. Bo to jest tak, że my, wyemancypowane kobiety, chcemy, żeby ci ojcowie w pełni uczestniczyli w wychowaniu tego dziecka, zajmowali się nim, żeby brali czynny udział. A z drugiej strony mówimy do tych mężczyzn tak: "Dopóki ja nie zdecyduję, czy to dziecko urodzić, to jest wyłącznie moja sprawa. Ty się odczep, bo to jest mój brzuch. To nie jest nasze dziecko, ono jest tylko moje. Ja sama zdecyduję, czy je urodzę, i dopiero kiedy urodzę, zażądam pełnej odpowiedzialności od ciebie za wychowanie". To niekonsekwentne i szkodliwe z punktu widzenia obecności ojca w życiu dziecka.
Już widzę te tłumy kobiet w ciąży, którą chcą usunąć, i krążących wokół nich facetów, którzy wołają: "Urodź mi to dziecko, daj mi je, ja je będę utrzymywał, wychowywał, poświęcę dla jego dobra kumpli, pracę, politykę"...
A właśnie że w życiu bywa różnie i ja osobiście znam takie przypadki. Ale jeśli chodzi o kwestię moich przekonań, to nie chcę wkraczać z butami np. w sferę medycyny. Tak jak poseł Wojciech Wierzejski, który mówi: "Co to za problem, że kobieta straci wzrok". Przecież nie ma przymusu usuwania ciąży z gwałtu, nie ma przymusu usuwania ciąży, kiedy jest zagrożenie życia matki, nie ma przymusu usuwania ciąży, kiedy jest ciężko uszkodzony płód...
Tu widzę problem natury jednocześnie ekonomicznej i moralnej. Przenosząc to na poziom rodziny: jeżeli pan ma ograniczoną ilość środków i ma pan dziadka, który jest w ostatnim stadium raka, oraz żonę, dla której musi pan kupić środki antykoncepcyjne - to wybór, kto ma pierwszeństwo, jest prosty...
Tu nie chodzi o to, jaki jest budżet, tylko o to, gdzie trafi ten strumień pieniędzy. Nie chodzi o poziom zasobów, ale o zasady dystrybucji. PiS jak z rękawa wyciąga pieniądze na nowe etaty w administracji, finansuje tajemnicze instytucje typu CBA czy kuriozalny Narodowy Instytut Wychowania, zakupuje samoloty bojowe, które, jak się rozpędzą, to już są nad Ameryką Południową, i których celem jest - jak rozumiem - zabijanie ludzi (zdaje się, że na zabijanie dorosłych pieniądze zawsze się znajdą, ochrona moralna dotyczy wyłącznie embrionów)...
Jest tylko jeden sposób. Gwarancje niezależności finansowej kobiet poprzez restrukturyzację rynków pracy. Jeśli pytam kobiety, kiedy będą miały dzieci, to słyszę, że wtedy gdy będą miały materialne warunki po temu. Pracujące młode kobiety mówią "Ja bym natychmiast urodziła dziecko, gdyby nie to, że stracę pracę".
Kobiety przestały być już dawno narzędziami do prokreacji. Mają prawa, aspiracje, marzenia o samorealizacji. I choćby PiS zamknęło je w domach, zakazało antykoncepcji, nie dało pracy ani szans na wolne życie, nie będą rodzić jak królice. Czy premier Kaczyński lub poseł Wierzejski porzuciliby swoją polityczną karierę i użyliby swych wdzięków dla zwiększenia dzietności w Polsce? Nie. Choć świetnie rozumieją, że z politycznego punktu widzenia dzietność jest bardzo ważna. Są kraje, w których zwiększa się dzietność - na przykład we Francji - ale dzieje się tak nie dlatego, że jakiś polityk ogłasza antykobiece programy, lecz dlatego, że istnieją poważne i skuteczne pomysły restrukturyzacji rynków pracy, które zachęcają kobiety do godzenia aspiracji emancypacyjnych z posiadaniem dzieci. Do tego dochodzi prorodzinny system podatkowy.
Tak było wszędzie, tylko nie w Polsce i Czechach.
Nie tylko o konkurencyjność chodzi. Jednym z najpoważniejszych problemów jest świadomość podwójnego obciążenia pracą. Kobieta, mając dzieci i pracując, dodaje sobie obowiązków, podczas gdy mężczyzna, żeniąc się, zmniejsza ich ilość. To właśnie podwójne obciążenie obowiązkami kobiet traktowane jest jako największa przeszkoda w ich emancypacji. I z tym się walczy w UE, np. wprowadzając już na poziomie przedszkolnym programy genderowe, dzięki którym dzieci uczą się, że wszelkie aktywności są niezależne od płci i że chłopiec może równie dobrze zajmować się sprzątaniem czy prasowaniem, tak jak dziewczynka może zajmować się wymianą koła w samochodzie, polityką czy prowadzeniem biznesu. Nie chodzi o wymianę ról płciowych, lecz o wolny, nieograniczony stereotypami płci, wybór.
Gwałtowny spadek dzietności dotyczy wszystkich demoludów, Zachód też przez to przechodził, tylko znacznie wcześniej. Rzeczywiście jest tak, że kiedy kobiety się emancypowały, następował spadek dzietności. I na pytanie, co zrobić, żeby zwiększyć dzietność, środowiska bardzo konserwatywne mówią: wepchnąć kobiety z powrotem do domu. Po co one się emancypowały, trzeba je zdeemancypować! Ja im wszystkim tłumaczę, że to jest pewien proces i nie ma od niego odwrotu. Twarde badania mówią jedno - kobiety boją się rodzić dzieci, ponieważ boją się rynku pracy. Dostęp do tego rynku jest czynnikiem zupełnie podstawowym. Im większa dostępność do rynku pracy, im mniej utrudnień związanych z godzeniem ról matki i osoby pracującej, tym więcej dzieci. Należy zatem pozwolić kobiecie wyjść z domu, a mężczyźnie do tego domu wejść. Te stereotypy działają w obie strony, bo znacznie łatwiej jest matce zwolnić się z pracy, mówiąc, że dziecko boli ucho, niż ojcu. Z dostępnych dla siebie części urlopu macierzyńskiego nadal korzysta zaledwie 1-2 proc. mężczyzn. Widać też wyraźnie, że się zmienił wiek rodzenia pierwszego dziecka. Z punktu widzenia procesów demograficznych to jest ważne, kiedy kobieta rodzi pierwsze dziecko, bo im później je urodzi, tym jest mniejsza szansa, że urodzi więcej. Kobiety odkładają decyzję o urodzeniu dziecka, bo chcą być dobrze wykształcone, i dobrze byłoby minimalizować strach przed ciążą w czasie kończenia nauki - czyli nie tylko zmieniać rynek pracy, ale również cały system pomocowy: przedszkoli, mikroprzedszkoli, żłobków, bo tu mamy problem podwójny. Po pierwsze mamy tego za mało, a po drugie duża część z tych instytucji nie przystaje mentalnie do wyobrażeń współczesnych rodziców.
One są gdzieś w głębokiej komunie. Publiczne przedszkola w Warszawie, mimo że wszystko się zmieniło i już nie pracujemy od 7 do 15, są czynne do 17. Koniec, kropka. Można sięgnąć po wzory francuskie czy portugalskie - mikroprzedszkoli, alternatywnych rodzajów opieki nad dzieckiem, które też pomagają w godzeniu ról.
Kobiety chcą pracować, ale warunki pracy w naszym dzikim kapitalizmie są takie, że nie mogą sobie wtedy pozwolić na założenie rodziny. Dlatego potrzebna jest korekta neoliberalizmu. Jeśli rzeczywiście feminizm ma się pogodzić z łagodnie rozumianą polityką prorodzinną, z neoliberalizmu trzeba przejść na stronę socjaldemokracji. Dlaczego akurat w byłych demoludach spadła dzietność? Dlatego że ten kapitalizm jest najdzikszy, nie ma związków zawodowych, nic nie chroni kobiety przed pracodawcą.
Wiecie, kto ma najwyższy przyrost demograficzny wśród państw rozwiniętych? Stany Zjednoczone. Żadnej ochrony socjalnej, dziki kapitalizm. Kobieta ma prawo do dwunastu tygodni urlopu macierzyńskiego bezpłatnego, pod warunkiem że pracuje w przedsiębiorstwie, które zatrudnia więcej niż pięćdziesiąt osób.
Nie porównujmy się do Stanów, bo to bardzo bogate społeczeństwo. Ale nawiązując do tego, co powiedziała Agata, dodam, że rzeczywiście lewica bardziej sprzyja i feminizmowi, i dzietności niż prawica, która w wersji skrajnej promuje raczej kołtuństwo i hipokryzję, a nie dzietność. Ja sama jestem przywiązana do liberalizmu, bo on najbardziej chroni prawa kobiet jako istot w pełni ludzkich, a nie tylko prokreacyjno-dekoracyjnych. Ale niechętna jestem, tak jak Agata, dzikiemu kapitalizmowi, który powoduje, że emancypacja wpędza kobiety w patriarchalną pułapkę konkurencji i podwójnych obciążeń (domowych i zawodowych). Jestem zwolennikiem jakiejś formy socjalliberalizmu, w ramach którego szanowane będą zarówno prawa kobiet do samostanowienia, jak i społeczne warunki przeciwdziałające ekonomicznemu zniewoleniu.
p
ur. 1966, filozof. Pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, wykłada także m.in. w Szkole Nauk Społecznych PAN i Ośrodku Studiów Amerykańskich. Zajmuje się głównie filozofią nowożytną i współczesną. Ostatnio opublikowała książkę "Duch powierzchni. Rewizja romantyczna i filozofia" (2004). Stale współpracuje z "Europą".
ur. 1963, polityk, dziennikarka, działaczka społeczna. Była redaktorką w "Tygodniku Solidarność", "Wprost" i "Nowym Państwie". Od 2004 roku pracowała w warszawskim samorządzie, od listopada 2005 jest podsekretarzem stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej (przejęła część kompetencji dawnego pełnomocnika rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn).
ur. 1957, filozof, publicystka, profesor w Instytucie Filozofii UW, zajmuje się etyką oraz filozofią polityki. Pełniła funkcję pełnomocnika rząduds. równego statusu kobiet i mężczyzn (2004-2005). Jest jedną z najważniejszych przedstawicielek polskiego feminizmu. Ostatnio opublikowała książkę "Indywidualizm i jego krytycy" (2003).