Dziennik Gazeta Prawana logo

Liberalizm nie wyklucza lustracji

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 28 minut

Paweł Śpiewak, polemizując z Andrzejem Walickim ("Dzieje antykomunistycznej obsesji" - "Europa" nr 47 z 26 listopada), zwraca uwagę, że bycie liberałem czy sympatyzowanie z liberalnymi ideami nie wyklucza bynajmniej poparcia dla lustracji i dekomunizacji. Walicki potępia zwolenników rozliczenia z PRL-owską przeszłością jako ludzi ogarniętych manichejską obsesją moralnej krucjaty.

Czyni z nich również sojuszników obecnej władzy. Jest to jednak wedle Śpiewaka zabieg krzywdzący i całkowicie nieuprawniony. "Nie można zgodzić się na to, by o tym, kto jest lub nie jest liberałem, decydowała kwestia stosunku do agenturalnej działalności Andrzeja Micewskiego, Michała Czajkowskiego, Lesława Maleszki i paruset innych wpływowych osób. Tym bardziej że liberałom węgierskim, czeskim czy przede wszystkim niemieckim lustracja jakoś nie przeszkadzała i nie przeszkadza w utrzymaniu liberalnego credo".

p

Liberalizm jest potrzebny w Polsce sam dla siebie. Nie może i nie powinien być zakładnikiem gier politycznych. Nie musi być upartyjniany.

Z pewnością nie powinien być, jak momentami zdaje się twierdzić profesor Andrzej Walicki, zakładnikiem kwestii dekomunizacji. Wielki polski polihistor nadaje kwestii lustracji i dekomunizacji tak ważne znaczenie, że czyni je świadomie osią wszystkich ideowych i politycznych podziałów. Nie widzę żadnych powodów, by twierdzić, że PRL (jak uważa Walicki) przeszedł tak zasadniczą mutację w roku 1956, iż utracił swoje totalitarne podstawy. O ile wiem, nie zmieniła się po Październiku konstytucja, obowiązywały te same kodeksy karne, nadal działała cenzura, media pozostały w rękach partyjnego aparatu, kluczową pozycję zachowały partia i służba bezpieczeństwa, nie ograniczono wszechwładzy gospodarczej państwa, nie zmieniono zasadniczo polityki wobec Kościoła. Argumenty w polemice z Walickim (m.in. w pasjonującej dyskusji w "Przeglądzie Politycznym" z roku 1999 i 2000 - chodzi o tekst Walickiego "Sprawiedliwość na pasku polityki") przedstawili liczni i świetni historycy, niemający bynajmniej nic wspólnego ani z "Gazetą Wyborczą", ani tym bardziej z radykalnym pismem "Głos". Walicki ma wielki dar przejrzystego prezentowania swoich tez. Czasami jednak zdaje się wkładać równie wiele wysiłku w to, by nie słyszeć swoich polemistów, przypisując im (jak sądzę z braku merytorycznych argumentów i z racji swych twardych ideologicznych przekonań) łatkę radykałów czy obsesjonatów. Nie mam zamiaru polemizować z wybitnym historykiem filozofii. Niczemu taka dyskusja by nie służyła. Z pewnością nie zdołam go przekonać do innego widzenia PRL-u, jeśli dotąd nie przekonały go wyniki badań i bardzo mocne argumenty niemal wszystkich poważnych historyków (Kersten, Friszkego, Paczkowskiego, Holzera czy Jedlickiego). Mam natomiast wrażenie, że sprawą zasadniczą poruszoną w tekście Walickiego jest zakorzenienie w Polsce idei i praktyk liberalnych. Z pewnością warunkiem stworzenia w Polsce nowoczesnego liberalizmu jest uwolnienie go od zależności względem pozytywnego stosunku do PRL-owskiej przeszłości. Lewica jest nam potrzebna i wcale bym jej nie utożsamiał z komuną czy libertynizmem. Nie można jednak zgodzić się na to, by o tym, kto jest lub nie jest liberałem, decydowała kwestia stosunku do agenturalnej działalności Andrzeja Micewskiego, Michała Czajkowskiego, Lesława Maleszki i paruset innych wpływowych osób. Tym bardziej że liberałom węgierskim, czeskim czy przede wszystkim niemieckim lustracja jakoś nie przeszkadzała i nie przeszkadza w utrzymaniu liberalnego credo. Można wręcz odnieść wrażenie, że uznali oni badanie przeszłości totalitarnej swoich krajów za jeden z politycznych priorytetów, natomiast polskich liberałów mają rzekomo jednoczyć antylustracyjne obsesje w stylu profesora Andrzeja Romanowskiego czy redaktora ministra Krzysztofa Kozłowskiego. Nie rozumiem, dlaczego nasz liberalizm ma się akurat w taki sposób wyróżniać spośród innych. I nie widzę żadnego powodu - ani teoretycznego, ani politycznego - by przestać mówić o przeszłości. Oczywiście znam mądre wskazania Fryderyka Nietzschego o potrzebie zapominania, ale akurat w tym kontekście nie muszę i nie mam zamiaru ich stosować.

Nie może być tak, że ten, kto jest lub czuje się liberałem, a zarazem ma inny niż profesor Walicki pogląd na przeszłość, PRL czy lustrację, jest wpychany do obozu prawicy z jej obecnymi liderami i pozbawiany prawa utożsamiania się z wielką liberalną tradycją. Tak zdaje się czynić autor dzieł o Rosji, sam ulegając tym samym nielubianym przez siebie skłonnościom manichejskim. Wielki historyk ulega owej w istocie estetycznej potrzebie, by wszystko dzielić na dwa i tak określać przeciwnika, by łatwiej było się z nim zmagać. O psychologii takiej postawy pisał przed laty profesor Jerzy Jedlicki - polecam jego taktowny, acz surowy w konkluzjach szkic "Supeł Walickiego" ("Przegląd Polityczny" 45/2000), gdzie na zakończenie długich biograficznych analiz stwierdzał, że ten wybitny autor nie mógł pogodzić się z odmienną od jego własnej taktyką polityczną znacznej części polskiej inteligencji końca lat 70. i okresu późniejszego. Warszawscy intelektualiści ofiarnie poparli KOR, zakładali Towarzystwo Kursów Naukowych, potem weszli gremialnie do NSZZ "Solidarność" Walicki uznał KOR oraz TKN za rodzaj romantycznego szaleństwa, a "Solidarności" zarzucał brak szacunku dla idei wolności i tym motywował swój wyjazd na emigrację do Australii. Te napięcia w jego postawie "pozostawiły niezagojony uraz, który po latach jeszcze odciska się głęboko niesprawiedliwymi ocenami, zaburzeniem zdolności do empatii i spaczonym obrazem rzeczywistości historycznej. Czytelnika nawiedza chwilami podejrzenie, że w duszy autora usadowiło się superego, które go zadręcza >>terrorem moralnym<<. Wskutek tego braku równowagi mądre i trafne spostrzeżenia i diagnozy Walickiego tracą na wadze". Przywrócenie liberalnej tradycji i liberalnych idei jest tym pilniejsze, że do władzy doszli politycy, którzy świadomie walczą z ideami wolnościowymi i usilnie dążą do zmiany podstaw legitymizacyjnych systemu politycznego. Nie chcę przez to powiedzieć, że mają zamiar obalić demokrację, wprowadzić prostacką cenzurę czy ograniczyć wolność stowarzyszania. Jesteśmy na szczęście częścią europejskiej i światowej demokracji i na razie nie ma u nas miejsca na autokratyzm Łukaszenki. Do opisu polityki tym bardziej nie powinniśmy jednak stosować prostych opozycji z czasów zimnej wojny - między otwartym i zamkniętym społeczeństwem, między dyktaturami i ustrojami wolnymi. Możemy sobie pozwolić na stosowanie skali bogatszej i widzieć więcej odcieni i stylów uprawiania polityki. Jawnie antyliberalne elementy są mocno obecne w ideologii rządzącej koalicji. Pierwszym jest zakwestionowanie idei praw człowieka, fundamentu wszystkich współczesnych ustrojów, co uwidacznia się w projekcie konstytucji PiS. Znosi on instytucję rzecznika praw człowieka i zastąpić chce go instytucją obrońcy praw pokrzywdzonych. Tym samym przestępcy czy po prostu skazani byliby traktowani jak osoby, którym nie przysługują żadne dodatkowe prawa poza tymi, które daje im regulamin więzienny oraz kodeksy karne. Pomysł PiS ma dwie konsekwencje. Po pierwsze, znosi czy przynajmniej zawiesza samą ideę praw przynależnych osobie ludzkiej niezależnie od jej statusu, pochodzenia i których państwo w żadnych okolicznościach nie może odebrać. Prawa człowieka za podstawę cywilizacji zachodniej uznają nie tylko liberałowie, ale i protestanci, a nawet od paru dekad katolicy. Pomysł nowej władzy idzie w kierunku warunkowego (jeśli w ogóle) nadawania i odbierania przez władze uprawnień ludzkich. Tym samym państwo jest w istocie zwolnione w pewnym choćby stopniu od obowiązku przestrzegania i strzeżenia tych praw. Po drugie, taki pomysł odwołuje się do idei zemsty, kary i tego rodzaju niskim namiętnościom służy. Nie mam zamiaru bronić tezy, iż ofiarom przestępstw nie należy się wielka troska. Twierdzę jednak, że mściwość i żerowanie na podszeptach pragnienia kary nie są dobrą podstawą państwa, ba, kłócą się z samą ideą praworządności. Bliższe są populistom, którzy ową "kulturę kary" wykorzystują dla zdobycia wyborczego poparcia.

PiS i koalicjanci osłabiają rolę Trybunału Konstytucyjnego. Jego rola w Polsce była i jest ogromna - miał on zasadnicze znaczenie w hamowaniu i ograniczaniu szkodliwych działań legislatury. Tą drogą praktycznie wprowadzono do polskiego systemu praw fundamentalną dla idei konstytucjonalizmu zasadę "check and balance", bez której nie ma i nie będzie w żadnym państwie przestrzeni wolności. Liderzy koalicji najpierw atakowali sędziów Trybunału, kwestionując ich wiarygodność, wprost insynuując im polityczne powiązania, teraz zaś uznali, że wybory do Trybunału muszą odbyć się wyłącznie wedle reguł politycznych. Wybrani zostali więc tylko kandydaci koalicyjni, a innych odrzucono niezależnie od ich zawodowej i etycznej wiarygodności. Tym samym, na szkodę wybranym sędziom i na szkodę Trybunału, obecna ekipa nadała mu status ciała politycznego. Nie mnie oceniać nowych sędziów. Istotne jest nie to, kim są, ale to że przy ich wskazaniu decydowały wyłącznie bieżące interesy elity władzy. Ma się wrażenie, że najważniejszy sąd w Polsce traci przynajmniej cząstkę swej niezależności oraz autorytetu. Problem równowagi sił to również kwestia usytuowania prokuratury. Twierdzę, że pierwszym zadaniem każdej kolejnej ekipy powinno być uniezależnienie instytucji prokuratur od władzy politycznej. Modelowych rozwiązań jest tu wiele. Istotne jest to, by instytucje te nie służyły - jak obecnie - przede wszystkim do rozgrywek politycznych. Tak się działo po wielekroć i wszystko wskazuje, że tak się będzie działo nadal, bo właśnie ilością śledztw nowa władza chce zdobywać uznanie społeczne. Ona musi wsadzać i robić pokazowe czystki. Gdy ma w swoich rękach policję i prokuratury, nacisk na sądy jest olbrzymi. Nie budzi to społecznego zaufania. Przez pierwszy rok rządów nowa ekipa głównie tworzyła i rozwijała nowe instytucje policyjne. Wcale nie jestem pewien, czy dzięki temu choć trochę zmniejszyła się w Polsce korupcja i przestępczość. Koalicjanci nie lubią ograniczeń władzy wykonawczej. Dlatego nakładają pęta samorządom. Sądzę, że nowa ustawa dająca dodatkowe uprawnienia wojewodom w kwestii wydawania funduszy unijnych przez radnych prowadzić musi najpierw do wzrostu napięć lokalnych, a z czasem do ograniczenia wpływów lokalnych władz pochodzących z wyborów. Tak samo rzecz się dzieje w wielu innych sektorach życia publicznego: od gospodarki (niepotrzebna ustawa o kontroli premiera nad wszystkimi instytucjami ekonomicznymi - narzędzie dające olbrzymie dodatkowe uprawnienia organom wykonawczym) aż po tworzenie korpusu urzędniczego (z tym są związane masowe czystki w urzędach i obsadzanie na ważnych stanowiskach krewnych i znajomych królika). Rozrastają się agendy władzy. Etatyzm jest pomysłem nowej ekipy na rozwiązywanie problemów społecznych. To pomysł anachroniczny, całkowicie nieefektywny. Zaufanie do władzy zależy wprost od jakości stanowienia prawa i jakości działania państwa. Zbyt wiele danych wskazuje na to, że w obu wypadkach standardy są zaniżone, a tam, gdzie owych standardów się nie szanuje, wygrywają nepotyzm, korupcja i nieudolność. Mimo szumnych obietnic stan organizacji państwa niewiele się zmienia. Spółki Skarbu Państwa nadal obsadzane są przez swoich i są klasyczną nagrodą za polityczną lojalność. Liberalizm jest kwestionowany w wymiarze ideowym. Chodzi nie tylko o to, że przeciwstawia się go ideom solidarności (kompletny horror umysłowy) i nie tylko o to, że samo pojęcie traktuje się, jak niegdyś traktowano czarownice - chłoszcze słowem, obrzuca epitetami, łamie kołem w debatach i pali na stosie. Chodzi przede wszystkim o to, że poważne osoby z kręgów rządowych kwestionują podstawy kultury liberalnej: jak choćby zasady tolerancji, otwartości, dialogu, kompromisu, indywidualnej odpowiedzialności. Szkodliwość Giertycha polega nie tylko na tym, że jest nieuleczalnym ksenofobem, nieudolnym urzędnikiem, ale także na tym, że zwalcza nawet unijne podręczniki, w których wolność jest traktowana poważnie, zwalcza - co uważam za haniebne - edukację demokratyczną i polityczną. Tymczasem to od nakładów na jej nauczanie zależy w poważniej mierze kultura polityczna przyszłej Polski.

W sferze mediów publicznych czy edukacji hołduje się i propaguje niemal wyłącznie ideologię resentymentalną, roszczeniową. Premiuje postawy mściwości i walki. Rację ma Andrzej Walicki, rację mają też Ireneusz Krzemiński i Michał Głowiński, wskazując, że propozycja ideowa nowych władz jest propozycją wojen kulturowych zorientowanych na wzmacnianie postaw autorytarnych i roszczeniowych. Można rzec, iż w tej perspektywie dominuje postawa wykluczająca - obcych, innych, tych, którzy nie chcą i nie mogą zgodzić się na dominującą rewolucyjno-manichejską retorykę. Jest wreszcie kwestia miejsca narodu i religii w życiu społecznym. Nie ulega wątpliwości, że polska prawica nie wyzwoliła się z wąskiej, niemal biologicznie definiowanej idei wspólnoty narodowej. Roman Dmowski, patron takich postaw, jest obecnie nagradzany pomnikiem, wokół którego demonstrują ochoczo organizacje faszystowskie. Aparat władzy nic nie robi, by ukrócić te praktyki i zakazać kolportowania niezgodnych z konstytucją rasistowskich publikacji. Nie tylko fałszuje się obraz katolicyzmu, ale wręcz utożsamia się go z dziejami narodowymi, co prowadzi do wniosku, że bycie religijnym katolikiem i wiernym narodowi jest ze sobą tożsame. Jakże trafne jest w tym kontekście zdanie poważnego historyka Andrzeja Walickiego. Ten model postaw z premedytacją lansuje lider partii rządzącej, tłumacząc, że koncepcja prawicowej i inteligenckiej zarazem partii wyjść nie może, więc trzeba się kierować ku szerokim, niewykształconym i oddalonym od centrum masom.

I rzeczywiście, koalicja umacnia się w elektoracie małomiasteczkowym i wiejskim, tracąc szybko poparcie pośród osób z wyższym wykształceniem i wyższymi społecznymi aspiracjami.

Wróćmy jednak do początku mojej wypowiedzi. Obrona liberalnych podstaw ustroju i kultury politycznej w Polsce ma się, jak na razie, nijak do sprawy dziedzictwa i rozliczenia komunizmu. Uważam, że trzeba występować w obronie postaw liberalnych dlatego, iż są one elementem naszej europejskiej kultury, dzięki której zaistniała i trwa wolność sumienia, słowa, wolności polityczne i gospodarcze. Zbyt ważne to zasady, by móc z nich zrezygnować. Uważam, że problem antykomunizmu istnieje i że liberałowie wszystkich barw (lewicowi i bliżsi poglądom Hayeka) muszą sobie z nim dać radę. Po pierwsze chodzi o sprawę odpowiedzialności za siebie, swoje czyny, swoją biografię. Nie wchodząc w zbyt zawiłe kwestie, z całym przekonaniem powiadam, że należy wymagać od siebie i innych ludzi, by potrafili zdać sprawę ze swej przeszłości i rzetelnie powiedzieć, czy swoją publiczną aktywnością, różnego rodzaju zaangażowaniami nie służyli i nie wzmacniali ustroju PRL-u. Tamten system nie był tworem bezosobowym. Nie był fatum zagarniającym bezradne jednostki. Ktoś wstępował do partii, ktoś w niej robił kariery, ktoś wyrzucał ludzi z pracy, śledził, cenzurował, wtłaczał w głowy fałszywe idee. Nie jestem w najmniejszym stopniu skłonny uważać, że nomenklatura od roku 1956 krok po kroku wyzwalała nas z komunizmu i zależności od ZSRR. Za dobrze pamiętam tamte czasy. Uważam, że liberałowie mogą wymagać rzetelnej oceny swoich działań od osób publicznych, ale mogą i powinni uważać, że również wspólnota polityczna ma prawo oceniać te działania. Walicki szermuje ideą absolutyzmu moralnego, uznając, że wszelkie oceny pachną inkwizycją. To żarty. To, że nie stać nas na absolutny i moralnie doskonały punkt widzenia, nie oznacza, że nie możemy razem dochodzić do swoich - nawet nietrwałych - ustaleń i zajmować stanowiska wobec przeszłości i jej dziedzictwa. Każda wspólnota musi tak czynić. Musi choćby dlatego, by nie relatywizować swojej odpowiedzialności moralnej za przeszłość. Proszę mi tylko nie mówić, że istnieją jedynie winy i odpowiedzialność jednostkowa. To absurd. Na tyle, na ile jesteśmy częścią jakiejś wspólnoty narodowej, politycznej, religijnej, przejmujemy jej zobowiązania, słabości i bogactwo. A przejmując dziedzictwo w całości (nie ma tu miejsca na łaskę późnego urodzenia, na co powoływali się pezetpeerowscy działacze ostatnich dekad PRL-u), musimy załatwić swoje rachunki z historią.

Idea odpowiedzialności nie kłóci się z zasadą tolerancji, neutralności państwa. Kłóci się - i to jawnie - z indyferentyzmem. Jeśli ktoś jest lub chce być osobą publiczną, jego biografia polityczna i gospodarcza (jeśli wolno mi tak powiedzieć) musi być jawna. Donosicielstwo zawsze w każdym systemie jest czynem haniebnym, więc mam prawo je oceniać i tego samego prawa udzielam innym ludziom. Nie widzę powodów, by nazywać lustrację ingerencją w czyjąś prywatność. To raczej donosiciel ingerował w sposób tchórzliwy w moją prywatność.

Jest i drugi powód działań lustracyjnych (i dekomunizacyjnych). Polityk, niezależnie od swoich ideowych orientacji, odpowiada za państwo, jego bezpieczeństwo oraz wiarygodność. Władze, nominując kogoś na wysokie stanowiska, powinny wiedzieć, czy dana osoba poza kryterium kompetencji spełnia warunki wiarygodności etycznej. Te warunki państwo musi postawić i bynajmniej nie jest to dowód na nietolerancję, lecz na odpowiedzialność władz. Oczywiście te warunki etyczne ulegają zmianom, ale żadne państwo nie może sobie pozwolić na ich lekceważenie. Gdyby liberał bronił swoich zasad filozoficznych w oderwaniu od wymogów polityki, od wymogów sprawnej i poważnej organizacji państwa, można by mu było postawić zarzut fanatyzmu, ideologizacji, nieliczenia się z rzeczywistością, a przede wszystkim moralnej i politycznej nieodpowiedzialności. To by oznaczało wykluczenie liberałów z życia publicznego, a więc czyniło takie stronnictwo już nawet nie marginesem i dziwactwem politycznym, ale synonimem formacji pozbawionej rozsądku. Rodzajem jeszcze jednej sekty politycznej, która, jak wszyscy przegrani, czuć się chce li tylko zwycięzcą moralnym. Stosunek do PRL-u wyznacza jedną z ważnych osi podziałów politycznych w Polsce. Pozytywny stosunek do lustracji, dotychczasowej działalności Instytutu Pamięci Narodowej, jak również krytyczna ocena politycznego kapitalizmu i korupcji nie zawiera jednak w sobie wszystkich innych osi podziałów. Byłoby nonsensem redukować ich bogactwo do tej jednej kwestii. Tak czynić mogą albo liczni antykomunistyczni obsesjonaci, albo osoby, które nadal nie wyszły z PRL-u i dawnych ideowych czy towarzyskich uwikłań. Poza ważnym dla wszystkich krajów postkomunistycznych problemem spadku mentalnego i politycznego (te same napięcia istnieją na Węgrzech, w Rumunii, Bułgarii, nie wspominając o całej strefie postsowieckiej), można wszak szukać osi podziałów w wielu istotnych kwestiach, jak choćby sprawiedliwość społeczna czy europejska, modernizacyjna orientacja Polski itd. Można opowiadać się za sprawiedliwością społeczną, nie wspierając antylustratorów. Poglądów nie sprzedaje się w gotowych kompletach. Poglądy to nie zestaw puzzli czy mebli do ustawienia w sypialni. Liberalizm w wersji minimalnej jest i być powinien podstawą naszego publicznego ładu, którego częścią są idee lewicowe i konserwatywne, liberalne i republikańskie. Powinien nią być dlatego, że taka jest współczesna Europa - jej fundamentem ideowym są idee Locke'a, Monteskiusza, Woltera, amerykańskich federalistów, Johna Stuarta Milla, Alexisa de Tocqueville'a czy lorda Actona. Te idee są trwalsze niż spór o lustrację. Są mocniejsze niż partyjne gry i dlatego wierzę, że pozostają nadal aktualne w całym zachodnim świecie. Zobowiązują więc do cywilizowanych zachowań wszystkie demokratyczne partie polityczne.

p

, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest posłem z ramienia PO. Współzałożyciel takich pism jak "Res Publica Nowa" i "Przegląd Polityczny". W latach 80. związany z "Solidarnością". Wydał m.in. "Ideologie i obywatele" (1991), "W stronę wspólnego dobra" (1998), "Obietnice demokracji" (2004) oraz ostatnio "Pamięć po komunizmie" (2005). W "Europie" nr 39 z 30 września br. opublikowaliśmy debatę z jego udziałem "Kto chce głowy Balcerowicza".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj