Dziennik Gazeta Prawana logo

Potrzeba dekomunizacji państwa

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Rafał Matyja, drugi z autorów polemizujących dziś na łamach "Europy" z Andrzejem Walickim, skupia się przede wszystkim na problemie reformy instytucji państwa jako kluczowym elemencie projektu IV RP. Zgadza się ze swoim adwersarzem, gdy chodzi o krytykę "moralizatorskiego" dyskursu lat 90., w którym kwestie czysto symbolicznych rozliczeń z przeszłością całkowicie zepchnęły na margines myślenie o państwie. To nie przedstawiciele "ideologicznej prawicy" krytykowanej przez Walickiego byli jednak patronami owego "pryncypializmu", lecz postaci w rodzaju Jacka Kuronia czy Adama Michnika. Ani oni, ani postkomuniści nie mieli nic do zaoferowania w kwestii tego, jaki kształt nadać instytucjom nowego państwa. "Ustrój III Rzeczypospolitej nie był wynikiem czyjegoś zwycięstwa, ale zaniechań obu stron. Zaniechań, którym nie przyświecała żadna szersza idea kompromisu, ale całkowita i niemal symetryczna atrofia myślenia państwowego".

p

W tekście Andrzeja Walickiego obok doraźnej polemiki z prawicowym zagrożeniem są elementy dla tego autora stałe. Walicki tworzy od lat swego rodzaju jednoosobowy nurt polityczny, oparty na konserwatywnym z ducha pomyśle na wyjście z komunizmu bez rewolucji. Wyjście z zachowaniem wszelkich zasobów, jakie zostały po wojnie zgromadzone - w tym instytucjonalnego potencjału PRL. Walicki łączy to stanowisko polityczne z warsztatową świadomością historyka idei, który widzi znacznie więcej możliwych scenariuszy rozwoju myśli lewicowej, liberalnej czy konserwatywnej, niż wskazywałaby na to mająca skłonność do utartych ścieżek polityczna i intelektualna debata. Stanowiska Walickiego nie warto zatem umieszczać ani na osi bieżących sporów politycznych, ani nawet w kontekście wielkich, minionych sporów między konserwatystami, liberałami i socjalistami. Warto traktować jego teksty jako punkt wyjścia dla ważnych sporów o przyszły kształt Polski.

Walicki widzi w działaniach polskiej prawicy "dążenie do ustanowienia kontroli nad językiem debat politycznych" oraz "zawłaszczanie kluczowych słów, nadawanie im znaczeń innych niż uprzednio i silnie wartościujących". Stanowisko Walickiego unika przy tym zasadniczego pytania o to, co sprawiło, że ów nowy język zyskał prawomocność w kilkanaście lat po przełomie 1989 roku. Trzeba by bowiem zrekonstruować sens wydarzeń sprzed czterech lat, kiedy to łącząca w sobie elementy kryminału i groteski wizyta Lwa Rywina w siedzibie Agory zamieniła szczęśliwą prosperity postkomunistycznej partii w ruinę. Pociągnęła też za sobą skutki znacznie poważniejsze i jeszcze mniej dające się przewidzieć. Istotą tego kryzysu nie były bowiem zarzuty prokuratury ani komisji śledczej. Dynamiką kryzysu "zarządzały" media. Media, dodajmy (podważając nieco argumenty Walickiego) - kontrolowane wówczas przez ludzi sympatyzujących z bohaterami opisywanych wydarzeń, pozytywnie oceniających bilans III Rzeczypospolitej i wolnych od jakichkolwiek prawicowych, skrajnie ideologicznych skłonności. Telewizje Kwiatkowskiego, Waltera i Solorza, dzienniki redagowane przez Michnika czy Gaudena z pewnością nie były siedliskiem prawicowej histerii. A jednak to tam miała miejsce wielka rewolucja semantyczna lat 2003-2004. Tego kryzysu nie wyreżyserował żaden złowrogi demiurg ideologicznej prawicy. Będę bronił tezy, że istotę tamtych wydarzeń najlepiej opisuje metafora Sytuacji, która wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli i po królewsku zasiadła na tronie. Dzisiejszy język polityki i publicystyki, dominujące w nim poglądy i sposoby konceptualizacji to efekt tej właśnie rewolucji semantycznej.

Rewolucyjny charakter tej zmiany wzmocniły też inne zjawiska. Po pierwsze zmiana pokoleniowa w mediach i pełnienie dojrzałych ról społecznych przez ludzi, którzy PRL pamiętają w najlepszym razie z podstawówki. Po drugie ujawnienie pierwszych efektów pracy IPN. Po trzecie - nagromadzenie afer i śledztw podjętych jeszcze za rządów Millera i Belki, a wymierzonych w polityków SLD.

Walicki wszystkie czynniki zachodzących zmian sprowadza do jednego mianownika i uzyskaną w ten sposób Liczbę umieszcza na prawym krańcu osi poglądów. Trudno odmówić mu przenikliwości i racji, gdy mówi o III Rzeczypospolitej jako o projekcie w swym założeniu "wymierzonym w postkomunistów i ugodowego wobec nich Michnika". Jednak rozróżnienie, o którym mówi Walicki, jest ujawnieniem raczej pewnego błędu niż nadużycia. Polityczny projekt rekonstrukcji państwa, które zrywałoby z legalizmem PRL, poniósł porażkę. III Rzeczpospolita stała się - wskutek rozwiązań instytucjonalnych, prawnych i politycznych - w znacznej mierze sukcesorką PRL. Na tym jednak nie koniec. Wyraziste nawiązanie do ciągłości z II Rzecząpospolitą było pozorem, który był na rękę wielu siłom politycznym. Zwalniał bowiem z kłopotliwych pytań.

Realistyczny charakter porozumienia między Wałęsą a częścią sił dawnego reżimu pokazuje, że sięganie po symbole można rozumieć nie tyle jako dbałość o czytelne zadeklarowanie stanowiska nowej władzy, lecz jako pozór. Przejęcie insygniów II Rzeczypospolitej od przedstawicieli londyńskiej emigracji nie było żadnym gestem legalizmu państwowego. Nie szedł za nim bowiem żaden ustrojowy czy polityczny konkret.

Podobnie było w przypadku postkomunistów - tu w istocie PRL-owski legalizm został całkowicie zdradzony w sferze symboli, ale była to "cena", jaką zapłacono za skuteczność w obronie realnych pozycji własnego środowiska. Strategia polskich postkomunistów była wszak odmienna od tej, jaką przyjęła Komunistyczna Partia Czech i Moraw. Przywódcy SLD starali się udowodnić, że w sprawie legalności PRL mają stanowisko przynajmniej takie, jak paryska "Kultura".

Może trudno to przyznać, ale PRL nie została "zdradzona" przez Wałęsę, Kaczyńskiego czy Macierewicza. Ona została porzucona przez Millera i Kwaśniewskiego, przez całą rzeszę beneficjentów tamtego systemu, którzy po roku 1989 troszczyli się przede wszystkim o "konwersję kapitału" politycznego na ekonomiczny, a nie o jakiekolwiek pryncypia. W III Rzeczypospolitej nie bronili imponderabiliów PRL, lecz emerytur SB, nie bronili PZPR, lecz poszczególnych części jej majątku. W tym właśnie sensie Andrzej Walicki jest dla polskiej lewicy niewygodnym świadkiem jej ideowego oportunizmu.

Problem z III Rzecząpospolitą nie polega jednak tylko na kapitulacji jednej strony. Ustrój III Rzeczypospolitej nie był wynikiem czyjegoś zwycięstwa, ale zaniechań obu stron. Zaniechań, którym nie przyświecała żadna szersza idea kompromisu, ale całkowita i niemal symetryczna atrofia myślenia państwowego. Atrofia ta była efektem istnienia państwa podbitego przez partię i pozbawionego samoistnego legalizmu. Wynikała też z długich lat opozycyjnej "walki z państwem" (jak słusznie określił to Lech Mażewski). Walki tej - dodajmy - nie uzasadniali ideowo luminarze dzisiejszej prawicy. To nie Macierewicz czy Dorn byli zwolennikami antykomunistycznego powstania, lecz Jacek Kuroń. Z postulatami pryncypialnej walki z totalitarnym państwem nie występował ani Aleksander Hall, ani Marek Jurek. To nie w prawicę, lecz w główny nurt "Solidarności" i warszawskie salony intelektualne wymierzone były celne polemiki Walickiego z połowy lat 80.

"Jeśli >>stara opozycja<< - pisał wtedy Walicki - reprezentowana przez ludzi typu Adama Michnika wciąż określa istniejący reżim jako >>totalitarny<<, to przyczyną tego jest albo frustracja, albo zręczna taktyka zwiększania własnego prestiżu". Sam Walicki chwalił zresztą wówczas publicystów liberalnych z Kisielewskim, Korwin-Mikkem i Dzielskim na czele. Rzecz jasna od tamtego czasu wielu ludzi ze "starej opozycji" zmieniło swoje stanowisko o 180 stopni. Jednak fakt, że najpoważniejsze propozycje rozważań na temat "uznania państwa" wychodziły wówczas z grup stojących w opozycji do głównego nurtu "Solidarności", takich jak Grupa Publicystów Politycznych, Ruch Młodej Polski czy środowiska liberalne, skłania do przypuszczeń, że ich zdaniem w latach 80. walka toczy się o państwo i co więcej, że jest to walka, która przynosi oczywiste pozytywne skutki. Wystarczy sięgnąć do wypowiedzi Mirosława Dzielskiego podkreślających słabnięcie partii i ideologii, wypowiedzi Wiesława Chrzanowskiego wzywającego do zagospodarowania powstających przestrzeni wolności czy wystąpień wspomnianej już Grupy Publicystów Politycznych (którzy zasilili potem różne polityczne środowiska - od UD i KLD po PC), by dostrzec rosnące przekonanie o konieczności dokonania rewizji programu całej opozycji.

Tamta prawica - z silnym państwowym wyczuciem - została wypchnięta przez pospolite ruszenie wspierające prezydencką kandydaturę Lecha Wałęsy. Przez środowiska posługujące się często ideami wypracowanymi w latach 80. w głównym nurcie "Solidarności", wzmacniającymi pryncypialny antykomunizm "last minute". Nie ulega dla mnie wątpliwości, że pryncypialność autora "Z dziejów honoru w Polsce" i moralizatorski ton głównych podziemnych pism ukształtowały intelektualnie późniejszy populistyczny antykomunizm i pryncypializm prawicy. Tym silniejszy - tu trudno nie przyznać Walickiemu racji - im dalej od "realnego komunizmu".

Co ciekawe, ów moralizatorski nurt w polityce nie był w ogóle zainteresowany sprawami państwowymi. Osiem lat traktowania związku zawodowego jako substytutu państwa, celu samego w sobie, przyniosło znaczący skutek. "Absolutyzm moralny" III Rzeczypospolitej narodził się w latach 80. w środowiskach, z którymi Andrzej Walicki prowadził wówczas najbardziej zasadniczą polemikę.

Antytotalitarna retoryka tych środowisk nałożyła się zresztą na opisaną przez Adama Podgóreckiego postawę "spektakularnego pryncypializmu", przyjmowaną przez część polskiego społeczeństwa w latach powojennych. Pryncypializm ten nie oznaczał twardych codziennych zasad, lecz manifestowanie "spektakularne" i odświętne. Nie przyniósł zatem dekomunizacji struktur państwa, lecz spór o dekomunizację świadomości, o zwycięstwa i przewagi symboliczne. Jej politycznym wyrazem były rządy AWS - gotowość do podejmowania możliwie najbardziej radykalnych uchwał łączyła się tu z relatywizmem w praktycznych działaniach.

III Rzeczpospolita powstawała jako suma doraźnych kompromisów lub - jak pisał Ludwik Dorn - apatyczna, bezładna rewolucja. Najgorętsze debaty toczyły się wokół rozliczeń z przeszłością jako taką i spraw światopoglądowych. Infantylnie zarzucano politykom lewicy brak przeprosin za PRL, oczekiwano jakiejś postkomunistycznej Canossy, pomijając kwestię precyzyjnego i sprawiedliwego określenia stosunku nowego państwa do różnych aspektów PRL. Jeszcze w połowie lat 90. dane mi było uczestniczyć w spotkaniach ponadpartyjnego Klubu 12 Września.

Ze zdumieniem konstatowaliśmy lekceważenie kwestii "fundamentów państwa" w pracach nad konstytucją, programach ruchów politycznych, a nawet wyrafinowanych akademickich dyskusjach. U progu trzeciej niepodległości nie udało się wypracować wspólnej myśli i praktyki państwowej, z wyjątkiem kilku przypadków - takich choćby jak aspiracje do członkostwa w NATO.

Jednocześnie III Rzeczpospolita wzrastała jako państwo wydrążone aksjologicznie, niepotrafiące przedstawić wiarygodnych racji państwowej lojalności, nowocześnie rozumianego legalizmu. Przekonanie, że "państwu nic się nie stanie", że istnieje ono, nie wymagając dbałości i troski ze strony obywateli, że jego instytucje i prawa można dowolnie korumpować, było wówczas niemal powszechnym poglądem elity politycznej.

O IV Rzeczypospolitej zaczęli zatem mówić nie zatwardziali krytycy III RP, ale - w pewnym sensie - jej "entuzjaści", ci, dla których była niespełnionym marzeniem, zatraconym w doraźnych wojenkach. Dobrem, którego potężny kapitał legitymizacyjny roztrwoniono. Ja sam użyłem pojęcia IV Rzeczypospolitej po to, by zwrócić elitom AWS uwagę na konieczność reform o charakterze ustrojowym, na potrzebę budowy nowych instytucji i procedur. Mówienie o IV Rzeczypospolitej było próbą powstrzymania redukcji polityki do walki o pozycje w radach nadzorczych, o posady dla tej lub innej grupy. Uważałem, że konieczne jest sformułowanie odpowiednio ważnego i przekonującego celu, trochę na wzór tego, jaki towarzyszył przejściu od francuskiej IV do V Republiki.

Twórcy tej ostatniej nie postrzegali przy tym Francji połowy lat 50. jako kontynuacji reżimu Vichy, nie chcieli odwetu, nie pragnęli końca demokracji. Chcieli prestiżu międzynarodowego Francji, sprawności jej politycznych instytucji, stabilności i czytelnej odpowiedzialności. Ja sam byłem przekonany, że w polskim kontekście kluczowe znaczenie mają nie historyczno-patriotyczne deklaracje Sejmu III kadencji, lecz zmiany instytucjonalne, takie jak choćby reforma samorządowa czy prowadzona trochę na wariackich papierach walka Ludwika Dorna o zmiany w sferze finansowania partii politycznych.

U źródeł IV Rzeczypospolitej leżał projekt zmiany instytucjonalnej, przesunięcia rzeczywistej władzy z nieformalnych układów postkomunistycznych - w znacznej mierze opanowanych przez dawne służby - do formalnych i legalnych instytucji państwa. Wyzwolenie premierów, ministrów, najwyższych urzędników państwa z obsesyjnego strachu przed prowokacją ze strony podległych im struktur. Oczywiście skuteczna zmiana musiała mieć swoją sferę symboliczną, projekt zmian musiał mieć - jak w nowoczesnym zarządzaniu - swoją "markę".

Pewien ideał pracy dla państwa został skompromitowany w oczach wielu ludzi, którzy po 1989 roku weszli do struktur administracji, prokuratury, służb mundurowych, samorządu. Nie można było odzyskać ich zaufania i entuzjazmu, promując hasło kosmetycznych korekt. A w "sieciowych strukturach politycznych", do których weszliśmy jeszcze przed rokiem 2004, lojalność i zaufanie ze strony ludzi działających w tych strukturach ma znaczenie kluczowe. Podobnie zresztą jak w walczącej ze zorganizowaną przestępczością policji czy prowadzącej śledztwa w sprawie przestępstw białych kołnierzyków prokuraturze. Warto zatem wrócić do kluczowej - jeżeli pominąć perspektywę środowiskową i ideową - różnicy między Andrzejem Walickim a zwolennikami IV Rzeczypospolitej. Dotyczy ona czworakiej słabości III RP: po pierwsze słabości doktryny państwowej, będącej skutkiem zaniedbań obu walczących ze sobą elit (a także tych, którzy podjęli się mediacji). Po drugie - słabości demokratycznie wybranych władz politycznych wobec zakulisowych układów mających kluczowy wpływ na podejmowane decyzje. Po trzecie - słabości wynikającej z niskiego poziomu identyfikacji z państwem urzędników, których podstawowym zadaniem jest dziś nie wykonywanie rozkazów i posłuszeństwo, ale aktywne angażowanie się na rzecz rozwiązywania problemów obywateli i pilnowania - by użyć określenia Michała Kuleszy - standardów interesu publicznego. Czwartym elementem owej słabości było "infekowanie" przez instytucje państwowe innych sfer życia politycznego, czego przykładem mogą być choćby patologie podatkowe naruszające zasadę równoprawnej rywalizacji ekonomicznej. Nie będę przekonywał, że projekt IV RP jest jedynym możliwym rozwiązaniem wymienionych wyżej problemów. Pod koniec lat 90. był przedsięwzięciem perswazyjnym zorientowanym na przywrócenie prymatu zagadnień państwowych nad sporami ideologicznymi, światopoglądowymi i personalnymi. Projektem obciążonym - jak każdy plan polityczny - pewnym ryzykiem. Ryzykiem nadmiernych oczekiwań na skutki zmian instytucjonalnych, ryzykiem ideologizacji, ucieczki od politycznego konkretu w sferę niejasnych deklamacji. Ale ryzykiem, które warto było podjąć po to, by nie przespać niezwykłej koniunktury na budowę silnego państwa.

Argumentem przesądzającym o stawianiu tego hasła wbrew powszechnym wówczas modom i pasjom, było wspomnienie polskiego wieku XVIII, przekonanie, że łatwe zaniedbania szybko wchodzą w nawyk i prowadzą do powolnego rozkładu instytucji państwowych, które tracą spoistość i zdolność przetrwania.

IV Rzeczpospolita stała się projektem politycznym w momencie, gdy rozpoczął się kryzys systemowy III Rzeczypospolitej. Bardziej nerwowi obrońcy status quo zarzucili natychmiast rzecznikom ustrojowej zmiany zamiar budowania nowego państwa na gruzach starego. Zarzut ten był niesprawiedliwy. Równie niesprawiedliwe jest wiązanie krytyki wobec działań środowisk postkomunistycznych po roku 1989 ze stanowiskiem sprowadzającym PRL do statusu władz okupacyjnych. Tak samo nieuzasadnione jest też sprowadzanie zagadnienia lustracji do kwestii odwetu czy moralnego zadośćuczynienia.

Mimo to opinie Walickiego na temat "moralizatorstwa", jakie towarzyszy zjawiskom lustracyjnym, można w znacznej części uznać za słuszne. Poza niektórymi szczególnie perfidnymi przypadkami współpracy (Maleszka po roku 1977), zdecydowana większość gubi się w niejasnościach i powikłaniach, które nie skłaniają do wydawania łatwych sądów moralnych. Walicki nie bierze jednak w swej polemice pod uwagę pragmatycznego aspektu lustracji. Lustracji, która w założeniu nie miała być naruszaniem prywatności tych, którzy po 1989 wycofali się z życia politycznego. Nie miała wyciągać "wszystkiego wszystkim", lecz ochronić przed złymi konsekwencjami przede wszystkim struktury państwa i infrastrukturę instytucjonalną młodej demokracji (partie, media).

Zwolennikom lustracji - wszystkim bez wyjątku - przypisano jednak kierowanie się "nienawiścią". Odmówiono prawa do kierowania się racjami wyższymi, względem na dobro państwa, wiarygodność procedur demokratycznych. Ciekawe, czy politycy niemieccy, którzy wprowadzili znacznie bardziej "rozliczeniowe" rozwiązania, także zasługują na miano "nienawistników". Czy również są skrajną, "ideologiczną prawicą"?

Istotą współczesnego sporu o państwo nie jest kwestia stosunku do komunizmu, oceny PRL czy rozliczeń z jej władzami. Polityka nowych władz - przede wszystkim prezydenta Kaczyńskiego - polega na wyrażaniu uznania ludziom, którzy walczyli o sprawiedliwą, niepodległą i demokratyczną Polskę, oraz dbałości o poczucie miary w procesie ujawniania zasobów dawnych służb specjalnych. Być może warto przy okazji tych działań wrócić do kwestii, o których pisze Walicki: stosunku do PRL, a zwłaszcza tego kształtu państwa, który został uformowany po roku 1956 i 1981. Jednak podjęcie tych spraw w żadnym stopniu nie przyczyni się do rozwiązania kwestii terapii instytucjonalnej, która musi uporać się ze znacznie poważniejszymi problemami.

Istotą najważniejszego dziś sporu jest przede wszystkim zakres i sposób naprawy państwa, ocena kryzysu, w jakim znalazły się jego instytucje i obyczaje polityczne. Stanowisko liberalne - na co wskazuje Walicki - nie musi przy tym bronić bezkrytycznie wszelkich dokonań III Rzeczypospolitej. Nie musi też tłumaczyć się ze specyficznej formuły polityczno-ideowej przyjętej przez Platformę Obywatelską. Warto jednak, by nie fundowało swej tożsamości na sprzeciwie wobec neokonserwatywnego instytucjonalizmu, który w poprawnie skonstruowanej przestrzeni publicznej widzi rusztowanie dla kształtowania się "ładu spontanicznego", który docenia rolę państwa w eliminowaniu - nawet bezwzględnym - graczy nieuczciwych, łamiących reguły. Projekt IV RP jest mimo wszystko mniejszym ryzykiem niż bierne przyglądanie się kryzysowi Trzeciej w obawie, by nie naruszyć dziesiątków kruchych kompromisów. Jest mniejszym ryzykiem niż pozwalanie na permanentną kompromitację bezsilnego i niesterownego państwa. Jest ryzykiem, które obciąża konto państwowego nurtu polskiej prawicy, ale ma prawo do sprawiedliwego osądu ze strony zaangażowanych po przeciwnej ideowej stronie krytyków.

p

, ur. 1967, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi, równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 39 z 30 września br. zamieściliśmy debatę z jego udziałem "Kto chce głowy Balcerowicza".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj