Dziennikarz przebrał się za akwizytora i z torbą pełną kosmetyków i książeczek dla dzieci ruszył po urzędach skarbowych i biurach Narodowego Funduszu Zdrowia. W mgnieniu oka otoczyły go urzędniczki. "Ciągnęły do niego jak pszczoły do miodu. Przez pół godziny beztrosko szperały w mydełkach zapachowych i zestawach do nawilżania skóry. Towar szedł jak woda" - pisze "Fakt".
Przebierały, wybierały, a nawet sprzeczały się o towar. I tak dobre kilkadziesiąt minut. W tym czasie wściekli petenci musieli stać przed biurkiem i patrzeć na kartkę: "Okienko chwilowo nieczynne". Część z nich odeszła z urzędu z kwitkiem. Panie tak długo szukały czegoś dla siebie, że nie starczyło im czasu, żeby obsługiwać klientów.