Czy najbardziej wpływowe umysły dzisiejszego świata można zaprosić do Polski i potraktować jak ludzi, a nie jak półbogów? Czy można im zadawać pytania interesujące nie tylko ich samych? Oczywiście że można. Przekonali się o tym świadkowie warszawskiej debaty Graya i Perle'a rozpoczynającej nasz cykl "Dziennik Idei". Dzisiaj przekonają się czytelnicy "Europy".
Gray mówił nie tylko o tym, że człowiek jest upadłym gatunkiem, a Perle nie tylko promował demokrację w Iraku. Zainspirowani przez prowadzącego debatę Jana Wróbla, a także przez słuchających jej polskich studentów mówili o groźbie rosyjskiego autorytaryzmu wyrastającej na wschodnich rubieżach Europy, a także tłumaczyli, co ma turbina wiatrowa na dachu domu szefa brytyjskiej Partii Konserwatywnej do bezpieczeństwa energetycznego Polski.
Wielkich tego świata można zaprosić do Warszawy i traktować jak ludzi, oni tego chcą. Trzeba tylko spełnić jeden warunek - mieć dla nich pomysł. A tym pomysłem dla Graya i Perle'a było właśnie spotkanie ich ze sobą oko w oko, zmuszenie do wysłuchania się nawzajem. Bo nie jest tylko polskim problemem to, że najciekawsi ideowi przeciwnicy w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Tak jest też na Zachodzie. Richarda Perle'a można czytać w konserwatywnym, związanym z Republikanami "Washington Times", a Johna Graya w brytyjskim lewicowym "New Statesmanie". Ale niewielu ludzi czyta obie te gazety. Dopiero w Warszawie po raz pierwszy rozmawiali ze sobą osobiście. A że rozmowa z drugim człowiekiem jest ciekawsza niż gadanie do lustra, inauguracyjne spotkanie "Dziennika Idei" stało się sukcesem.
Wyobraźmy sobie, że taki cud dałoby się powtórzyć w Polsce. Jerzy Jedlicki rozmawiający z Ryszardem Legutką, a nie jedynie ze swoim odbiciem w "Gazecie Wyborczej". Zdzisław Krasnodębski ostro dyskutujący z Barbarą Skargą, a nie jedynie z własnym wizerunkiem w lusterku do golenia przystawianym mu do twarzy przez redaktorów "Rzeczpospolitej". Ostre wymiany argumentów, nawet złośliwych żartów. Ludwik Dorn, dziś minister, ale przed laty ciekawy młody socjolog, przekonałby się może do "wykształciuchów", gdyby jakaś gazeta zmusiła go do bezpośredniej polemiki z jednym z nich. Takie przykłady można by mnożyć. Przykłady, które w polskiej debacie publicznej nigdy nie zaistniały.