Dziennik Gazeta Prawana logo

Moje dzieciństwo w Stambule

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 36 minut

Przedstawiamy dziś fragment autobiograficznej książki Orhana Pamuka "Stambuł. Miasto i wspomnienia" (wyd. 2003). Turecki noblista opowiada o swoim dzieciństwie spędzonym w bogatej, zokcydentalizowanej rodzinie, gdzie tradycyjną religijność traktowano z pobłażaniem, niekiedy wręcz z pogardą. Uznawano ją za domenę ubogich klas niższych, którym dawała nadzieję w pełnym wyrzeczeń codziennym życiu. "Do pewnego stopnia zdawałem sobie sprawę, że przynajmniej w teorii Bóg troszczy się nie tylko o biednych. My jednak mieliśmy to szczęście, że nie potrzebowaliśmy Jej pomocy. Pomagała cierpiącym - tym, którzy byli tak biedni, że nie mogli posłać swoich dzieci do szkoły, żebrakom na ulicy, którym Jej imię nigdy nie schodziło z ust, niewiniątkom i dobrym ludziom z problemami. To dlatego moja matka, kiedy radio donosiło o nędzarzach pozbawionych dachu nad głową przez trzęsienie ziemi, zawsze mówiła: >>Niech Bóg ma ich w swojej opiece<<".

p

Dopóki nie ukończyłem 10 lat, dość łatwo wyobrażałem sobie Boga: było to wyobrażenie szacownej kobiety o mało wyraźnej twarzy, bardzo starej, ubranej w białą tunikę. Mimo iż wydawała się istotą ludzką, jej obraz, podobnie jak inne w mojej wyobraźni, nie był tak wyraźny jak ludzi, których mogłem spotkać na ulicy. Widziałem ją bowiem do góry nogami i trochę jakby przekrzywioną na jedną stronę. Kiedy sam stawałem na głowie - po części z ciekawości, a po części dla okazania jej szacunku - inne obrazy znikały z mojej wyobraźni, a ona, tak jak dzieje się to w niektórych reklamach lub zwiastunach filmów, obracała się kilka razy wokół własnej osi z wielkim wdziękiem, nabierała wyrazistości i unosiła się ku chmurom, we właściwe dla siebie miejsce. Zmarszczki na tunice widać było teraz bardzo dokładnie, tak samo jak na niektórych rzeźbach, których fotografie widziałem w książkach historycznych. Kiedy pojawiał mi się ten obraz, czułem, że znalazłem się w obliczu bytu bardzo silnego, bardzo szacownego i o wiele przewyższającego mnie samego, nie odczuwałem jednak strachu. Nie dlatego, bym uważał, że nie grzeszę lub że jestem czysty i nieskalany, lecz dlatego że miałem przeczucie, iż kogoś tak odległego i ważnego nic nie obchodzą ani moje głupie fantazje, ani moje grzechy. Nie przypominam sobie także, bym wzywał Jej pomocy lub prosił Ją o cokolwiek. Wiedziałem bowiem, że nie obchodzą Jej tacy jak ja, lecz jedynie biedacy.

Jedynymi osobami w naszym domu, które interesowały się tą postacią były służące i kucharze. Do pewnego stopnia zdawałem sobie sprawę, że przynajmniej w teorii Bóg troszczy się nie tylko o biednych, lecz o wszystkich mieszkańców budynku, my jednak mieliśmy to szczęście, że nie potrzebowaliśmy Jej pomocy. Pomagała cierpiącym - tym, którzy byli tak biedni, że nie mogli posłać swoich dzieci do szkoły, żebrakom na ulicy, którym Jej imię nigdy nie schodziło z ust, niewiniątkom i dobrym ludziom z problemami. To dlatego moja matka, kiedy radio donosiło o odległych wioskach odciętych od świata przez burze śnieżne lub o nędzarzach pozbawionych dachu nad głową przez trzęsienie ziemi, zawsze mówiła: "Niech Bóg ma ich w swojej opiece!". Tego zdania używała nie tyle z pragnienia, by się ziściło, lecz z poczucia winy, że my sami mieliśmy się dobrze i nic nam nie zagrażało, oraz z niemocy - że nie jesteśmy w stanie nic zrobić dla tych, którzy znaleźli się w opałach.

W rzeczy samej, dzięki naszej otwartej na matematykę logice uważaliśmy, że ta słodka starowinka w białej tunice nie zwracała uwagi na nasze pragnienia. Nie robiliśmy też nic, by było inaczej. Za to kucharze i służące w naszym domu i wszyscy inni biedni ludzie, jakich znaliśmy, skrzętnie wykorzystywali jakąkolwiek możliwość, by wejść w kontakt z Bogiem. Na przykład pościli raz do roku, a nasza pani Esma w chwilach wolnych od służby rozkładała w swoim maleńkim pokoiku dywanik, żeby się pomodlić, zaś w momentach radości, smutku, szczęścia, strachu i gniewu, nawet wtedy, gdy otwierała lub zamykała drzwi, kiedy robiła coś po raz pierwszy lub po raz ostatni, wspominała Jej imię, coś szepcząc. Ta nieustająca relacja, którą biedni i zdesperowani utrzymywali z Bogiem, nie niepokoiła nas zbytnio, o ile nie wykraczała poza przypominanie nam, że potrzebowali pomocy. Można nawet powiedzieć, że uspokajał nas nieco fakt, iż polegali na kimś innym niż na nas, że istniała inna siła, która mogła "zająć się ich sprawami". Czasami pojawiała się jednak obawa, że ci, którzy nie byli tacy jak my, mogą któregoś dnia użyć Boga przeciwko nam lub przynajmniej uczynić go usprawiedliwieniem zawiści.

Pamiętam jak kiedyś, bardziej z ciekawości niż z nudów, podglądałem naszą starą służącą w czasie modlitwy i odczuwałem ten typ niepokoju. Obserwowana przez szparę w drzwiach pani Esma była taka sama jak obraz Boga, który tkwił w mojej głowie: lekko pochylona nad dywanikiem, z twarzą skierowaną do dołu. Jej powolny sposób nachylania i podnoszenia się, opierania głowy na dywanie i to, że nagle spowalniała swoje ruchy - wszystko to wydawało mi się rodzajem błagania, gestem uznania swoich ograniczeń, wywołujący we mnie irytację i gniew, na których sens nie zwracałem uwagi. Denerwowała mnie także cisza przerywana regularnie szeptanymi wezwaniami Boga, które wypełniały ten pokój w półmroku, gdy nikogo nie było w domu i nie było nic do roboty. W pewnym momencie mój wzrok przykuła mucha łażąca po szybie okna. Mucha upadła na wznak i kiedy bzykanie półprzezroczystych skrzydeł, którymi poruszała w desperacji, by się podnieść, mieszało się ze szmerem modlitw pani Esmy, wbiegłem, by zerwać jej chustkę z głowy - żeby skończyła z tym psuciem zabawy.

Z wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że "przeszkadza" jej, jeśli przerywam modlitwę. Podczas gdy staruszka, używając całej swojej siły woli, starała się dokończyć modły, tak jakby nic się nie stało, ja z jednej strony zastanawiałem się nad sztucznym i ludycznym charakterem tego, co robiła (bo teraz tylko udawała, że się modli), a z drugiej czułem się urażony uporem, z jakim całą swoją duchową energię poświęcała modlitwie, co dawało początek konfliktowi woli. W ten sam sposób, w jaki moją rodzinę irytowali ludzie przesadnie pobożni, przeszkadzało mi, że Bóg stawał między mną i kobietą, która tak mnie kochała, która zawsze mnie głaskała, przy byle okazji brała w ramiona i która przedstawiała mnie jako wnuka ludziom spotykanym na ulicy, mówiąc, że jestem bardzo ładny. Mimo wszystko respektowałem jej decyzję, by kontynuować modlitwy, choć niepokoiło mnie i napawało strachem jej poświęcenie dla istoty nam obcej. Mój strach nie był bojaźnią przed Bogiem, lecz - jak w przypadku całej tureckiej laickiej burżuazji - obawą przed gniewem tych, którzy w Boga wierzą zbyt mocno.

Czasami, gdy pani Esma zajęta była swoimi modlitwami, moja matka wołała ją lub dzwonił telefon; oczekiwano, że ona go odbierze. W takiej sytuacji moim zadaniem było pobiec do mamy i powiedzieć, że pani Esma się modli. Czasami to robiłem, a czasami nie, kierowany mieszanką irytacji, zazdrości oraz chęci wyrządzenia szkody, i czekałem, co się stanie. Zza tej postawy wyzierały zarówno ciekawość sprawdzenia, czy stara służąca jest bardziej oddana nam czy Bogu, jak i próba walki ze światem, w którym się chroniła i z którego czasami wracała z gniewnymi pogróżkami. "Jeśli mi zerwiesz chustkę, kiedy się modlę, ręka zmieni ci się w kamień!" - mówiła mi pani Esma. Zrywałem chustkę i nie zmieniałem się w kamień ani w nic podobnego. Lecz tak samo jak dorośli, którzy nie wierzą, ale na wszelki wypadek wolą się zabezpieczyć, przerywałem zabawę, osiągnąwszy pewien punkt. To, że do tej pory nie zmieniłem się w kamień, nie oznaczało, że coś takiego nie może mi się wydarzyć w przyszłości. Tak jak inni ostrożni mieszkańcy budynku, bałem się Bożego gniewu, lecz tak jak i oni kojarzyłem nawyki religijne z niską pozycją społeczną.

Odnosiłem wrażenie, że biedni ludzie wzywali co chwilę imienia Boga dokładnie dlatego, że byli biedni. Jeśli wziąć pod uwagę, w jaki sposób mówiło się w domu o kimkolwiek z rodziny, kto był pobożny i modlił się pięć razy dziennie - z mieszanką zdumienia i pogardy, jakby pochodził ze wsi - było niemożliwe, bym nie doszedł do przeciwnego wniosku. Być może byli tak biedni, bo tak bardzo wierzyli w Boga.

Jednym z powodów, dla których nie rozwinąłem obrazu szacownej Bogini odzianej w białą tunikę, dla których moja relacja z nią ograniczała się do strachu czy niejasnej ostrożności i dla których unikałem łamania sobie głowy nad jej istnieniem, mogło być to, że nikt nie zajął się moją edukacją religijną - pewnie dlatego, że nikt nie wiedział nic, co można by mi przekazać. W naszym domu nigdy nie widziałem nikogo z rodziny w trakcie modłów lub postu. W pewnym sensie moi rodzice i krewni żyli tak, jak tchórzliwi mieszczanie francuscy - dobrowolnie oddaleni od religii, lecz bojący się zerwać z nią całkowicie. Ponieważ brak wierzeń, który mógł się wydawać brakiem zasad, cynizmem lub sceptycyzmem, w laickiej kemalistowskiej republice kojarzył się z nowoczesnością i okcydentalizacją, ta moralna niedbałość bywała przedstawiana jako rodzinny "idealizm" i okazywana z dumą, choć nigdy nie trwało to zbyt długo. Skoro jednak nic głębokiego nie zajęło miejsca religii, duchowy obraz rodziny był tak samo pusty jak pokryte gruzem i porośnięte paprociami pogorzeliska pozostałe po osmańskich drewnianych domach nad Bosforem.

Tę pustkę i moją ciekawość (po co w takim razie wybudowano te wszystkie meczety?) wypełniły drobne wierzenia i codzienne przyzwyczajenia. Nie sprawiło mi większego trudu uznanie, że religia jest rodzajem przesądu lub "ślepej wiary", z tymi wszystkimi "jeśli tego dotkniesz, zmienisz się w kamień", "straciła głos", "aniołowie zabrali go do nieba" czy "nigdy nie zaczynaj lewą nogą". Wstążki, które wiązało się na grobach szejków, świece, które w Cihangirze zapalano Sofu Babie, "babcine apteczki", które służące przygotowywały w kuchni i których nigdy nie pokazywały lekarzom, oraz porzekadła, przysłowia i ostrzeżenia mające za sobą setki lat życia w bractwach i klasztorach przedostawały się do naszego republikańskiego, europejskiego domu, zmieniając życie w wesołą grę w klasy, gdzie jedne kwadraty i koła trzeba było przeskoczyć, a innych nie wolno było dotknąć. Nawet teraz, kiedy idę przez wielki plac, wąskie przejście lub zwykły chodnik, zaczynam czasami kuleć, bo czynię sprawą wiary omijanie pęknięć i przeskakiwanie czarnych płytek.

Te liczne wierzenia i zakazy, które zajmowały miejsce religii, czasami mieszały się w mojej głowie z matczynymi poleceniami w stylu: "Nie pokazuj palcem". I tak za sprawą zdania "Nie otwieraj okna, bo wywołasz przeciąg" przez długi czas myślałem, że tak samo jak istnieje Sofu Baba, istnieje również Przeciąg Baba, którego ducha nie należało niepokoić.

To, że religię z czegoś, co - za sprawą Boga, jego ksiąg, przykazań i proroków - mogło mieć wpływ na nasze ziemskie sprawy i sumienie, zredukowaliśmy do serii dziwnych i chwilami zabawnych norm, którymi interesowały się niższe, zdesperowane warstwy społeczne, sprawiło, że w dziwaczny sposób włączyliśmy ją w nasze życie zawieszone między Wschodem a Zachodem. Ani moja babcia, ani członkowie następnego pokolenia, moi wujowie i ciotki, moja matka i ojciec, nie pościli ani jednego dnia, ale podczas Ramadanu czekali na iftar, pierwszy posiłek po zachodzie słońca, tak niecierpliwie, jakby rzeczywiście nic nie jedli. W zimie, gdy zmrok zapada wcześnie, jeśli moja babcia grała w pokera lub bezika ze swoimi gośćmi, iftar zmieniał się w rodzaj podwieczorku i wesołe staruszki przestawały podjadać, w miarę jak się zbliżała jego godzina: obok stolika do gry pojawiał się bowiem inny, podobny do tego, który można było zobaczyć w domu pobożnego bogacza - stały na nim wszelkiego rodzaju marmolady, sery, oliwki, nugaty i wędliny. Podczas gdy w radiu brzmiał flet zwiastujący, że godzina nadchodzi, moja babcia niecierpliwie wypytywała swoje koleżanki "ile jeszcze?". A kiedy rozlegała się wreszcie salwa z działa, odczekawszy chwilę, by kucharz miał szansę coś przekąsić w kuchni, rzucały się na jedzenie. Do dziś, kiedy słyszę flet w radiu, zaczyna mi ciec ślinka.

Pierwsza wizyta w meczecie potwierdziła moje podstawowe uprzedzenia wobec islamu i religii w ogóle. Nie była to wizyta oficjalna - pewnego wieczoru, gdy nie było nikogo w domu, pani Esma wzięła mnie do meczetu, nie pytając nikogo o zgodę, nie tyle z powodów religijnych, ale dlatego, że nudziło jej się samej. W meczecie Tes,vikiye grupa 20 lub 30 osób, składająca się ze służących, kucharzy i odźwiernych pracujących dla bogaczy z Nis,antas,i oraz właścicieli sklepików z bocznych ulic, usadowiła się na dywanach w atmosferze bardziej towarzyskiej niż nabożnej i czekała na rozpoczęcie modłów, przekazując sobie szeptem plotki i żarty. Pamiętam, że kiedy się modlili, przechadzałem się między nimi, pobiegłem pobawić się w najodleglejszy zakątek meczetu i nikt mnie nie zatrzymał ani nie uderzył. Wręcz przeciwnie - niektórzy członkowie wspólnoty słodko się do mnie uśmiechali, jak to zwykle bywało w moim dzieciństwie. Po raz kolejny przekonałem się, że religia jest sprawą biednych, lecz zorientowałem się także, że - inaczej niż wynikało to z karykatur w prasie i z republikańskiego ducha mojego domu - pobożni nie są zagrożeniem.

Z tego samego pobłażliwego stosunku moich domowników, który czasami przeradzał się w autorytarną furię, mogłem jednak także wywnioskować, że choć ci ludzie byli dobrzy i czyści, istniała wielka sprzeczność między ich dobrocią a rzeczami, w które wierzyli, sprzeczność utrudniająca realizację wielkich projektów takich jak modernizacja, europeizacja i rozwój. Czuliśmy się (nie dlatego że dysponowaliśmy dobrami materialnymi, lecz dlatego że, będąc zokcydentalizowanymi "pozytywistami", mieliśmy prawo osądzania innych) zobowiązani za wszelką cenę sprzeciwiać się temu, by ci "ignoranci" nadmiernie przywiązywali się do swoich wierzeń. Chodziło nie tylko o nasze interesy, lecz także o interes kraju. Nawet moim dziecinnym rozumem byłem w stanie pojąć, że napastliwe komentarze mojej babci na wieść, że elektryk przerwał pracę, by pójść się pomodlić, dotyczyły nie tyle niedokończonej roboty, co generalnych nawyków uniemożliwiających rozwój kraju.

Za sprawą kemalistowskich artykułów w prasie, karykatur przedstawiających reakcjonistów (kobiety w czarczafach oraz mężczyzn z postrzępionymi brodami i różańcem w ręce) oraz ceremonii upamiętniających Kubilaya, Męczennika Rewolucji, byłem przekonany, że te sympatyczne wierzenia biedoty mogły osiągnąć wymiary zagrażające nie tylko naszej rodzinie, lecz także ojczyźnie i Państwu, które uważaliśmy za bardziej nasze niż ich.

Te same czynniki utwierdzały mnie w przekonaniu o słuszności naszej dominującej pozycji klasowej. W tych momentach, dając się porwać panującemu w domu etosowi rozmiłowanych w matematyce inżynierów, dochodziłem do wniosku, że nasza pozycja "panów" nie wynikała z tego, że posiadaliśmy różne dobra, lecz z tego, że byliśmy nowocześni i zokcydentalizowani. To również sprawiało, że pogardzałem rodzinami równie bogatymi jak nasza, lecz mniej od niej nowoczesnymi. W późniejszych latach, gdy demokracja nieco się rozwinęła i bogacze z interioru zaczęli zjeżdżać do Stambułu, by pokazać się w towarzystwie, istnienie osób o wiele od nas zamożniejszych, które ani nie powąchały zachodniej kultury, ani nie otrzymały odpowiedniej dawki laicyzmu, stało się powodem frustracji w naszej rodzinie, tym bardziej że mój ojciec i wuj ubożeli w wyniku kolejnych bankructw. Skoro my, którzy byliśmy zokcydentalizowani, traciliśmy zasłużone bogactwa, dobra i przywileje, jak wytłumaczyć bogactwo osób, które pod względem duchowości (w tamtych czasach nie wiedziałem nic o Mevlanie, ani o mistyce, ani o wielkiej kulturze perskiej) nie różniły się niczym od szoferów i kucharzy i które pewni lewacy pragnący sprowokować wojskowy przewrót nazywali "panami pielgrzymami"? Zokcydentalizowana stambulska burżuazja zawsze popierała zamachy stanu i interwencje wojska w politykę, do których dochodziło w Ankarze, nie ze strachu przed atakiem lewicy (w rzeczy samej turecka lewica nigdy nie była wystarczająco silna), lecz w obawie, że pewnego dnia klasy niższe i bogacze z prowincji połączą się pod religijnymi sztandarami przeciw jej stylowi życia. Nie chcę jednak zmieniać założenia tej książki i schodzić na temat wojskowych przewrotów i politycznego islamu, który ma z religią mniej wspólnego, niż się potocznie uważa.

Istotą religii jest dla mnie poczucie winy. Kiedy byłem dzieckiem, czułem się winny, ponieważ nie bałem się ani nie wierzyłem wystarczająco mocno w obraz szacownej kobiety w bieli, jaki czasami pojawiał się w mojej głowie. Innym powodem mojego poczucia winy było to, że uważałem się za odmiennego od tych, którzy w nią wierzyli. Tego poczucia winy chwytałem się instynktownie, tak jakby mogło ono uczynić moją duszę bardziej różnorodną i więcej wartą.

Metafizyczno-intelektualna niewygoda z reguły czyniła mnie nieszczęśliwym, ale wspominanie jej sprawiało, że bardziej kochałem życie. O innym Orhanie, szczęśliwcu żyjącym w innym stambulskim domu, śniłem, że nie ma takich zmartwień jak strach przed religią lub poczucie winy. Kiedy czułem się zmęczony wymaganiami religii i kompleksem winy, chciałem spotkać się z tym innym Orhanem, który, jak sądziłem, nie tracił czasu na głupoty i który zamiast tego szedł do kina.

Mimo wszystko były w moim dzieciństwie momenty, kiedy dostosowywałem się do wymogów religii. W ostatniej klasie szkoły podstawowej miałem nauczycielkę, której chciałem się przypodobać. Jej jeden uśmiech czynił mnie szczęśliwym, a jedno uniesienie brwi wprawiało w niepokój (dziś wspominam ją jako osobę niesympatyczną i autorytarną). Ta kobieta o siwych włosach i pociągłej twarzy z podnieceniem wyjaśniała nam "piękno naszej religii" nie - jak się obawiałem - jako kwestię przekonań, wiary i pokory, lecz przy użyciu racjonalnych i utylitarnych kategorii.

Według niej prorok Mahomet poświęcał tyle uwagi postom nie dlatego, że były dobrym sposobem zapanowania nad zmysłami, lecz dlatego, że stanowiły korzystną dla zdrowia "dietę". Setki lat po nim współczesne kobiety Zachodu, tak dbałe o wygląd, odkrywały znaczenie diet na nowo. Muzułmańskie modły stanowiły z kolei rodzaj gimnastyki utrzymującej ciało w dobrej formie i ułatwiającej krążenie krwi. W milionach japońskich biur i fabryk - mówiła moja nauczycielka - przerywano pracę, gdy rozlegał się dzwonek i wszyscy, dokładnie tak jakby się modlili, gimnastykowali się przez pięć minut, by następnie wrócić do swoich zadań. Ponieważ ta praktyczna i logiczna wykładnia islamu łączyła się z uznaniem dla wiary i poświęcenia, jakie podtrzymywałem w zakątkach mojego pozytywistycznego jestestwa, pewnego dnia w okresie Ramadanu ja również postanowiłem pościć.

Uczyniłem to pod wpływem nauczycielki, ale bez jej wiedzy. Kiedy powiedziałem o tym mojej matce, dostrzegłem, że trochę się zdziwiła, trochę ucieszyła i trochę zmartwiła. Choć ona sama nie była praktykująca, spośród całej mojej rodziny najsilniej prezentowała postawę "na wszelki wypadek lepiej jest wierzyć", a z drugiej strony wiedziała, że post jest nawykiem ludzi niezokcydentalizowanych. Ojciec i brat nawet się nie dowiedzieli o zaplanowanym poście, bo moje religijne wątpliwości przerodziły się we wstyd, a pozytywistyczne uzasadnienia powinności religijnych, które przejąłem od mojej nauczycielki, przegrały w starciu ze sceptycznym i podejrzliwym podejściem rodziny do wszystkiego, co miało aspekt klasowy. Pościłem więc potajemnie, nie chwaląc się i nie oczekując gratulacji. Być może moja matka powinna była mi powiedzieć, że jedenastoletnie dziecko nie musi pozbawiać się jedzenia. Ograniczyła się jednak do tego, że na iftar przygotowała mi to, co lubiłem najbardziej - między innymi słodkie bułeczki i chleb z anchois. Z jej oczu mogłem wyczytać, że z jednej strony cieszy się, iż jej syn odczuwa bojaźń bożą, a z drugiej niepokoi ją możliwość, że poszukiwanie duchowych umartwień może być przejawem tendencji autodestrukcyjnych.

Najbardziej wyrazistym dowodem ambiwalentnego stosunku mojej rodziny do religii był sposób, w jaki obchodziliśmy Święta Ofiarowania. Tak, jak oczekuje się tego od wszystkich dobrych muzułmanów, co roku kupowaliśmy jagnię, które umieszczaliśmy w ogródku na tyłach Domu Pamuk. W świąteczny poranek przychodził pobliski rzeźnik i składał z nich ofiarę. Owce i jagnięta nie podobały mi się zbytnio i - w przeciwieństwie do dzieci o złotym sercu, które były bohaterami różnych historyjek obrazkowych - nie wzruszało mnie żałosne beczenie baranka w ostatnich dniach jego życia. Wprost przeciwnie, cieszyłem się na myśl, że wkrótce się uwolnimy od tego brzydkiego, głupiego i cuchnącego zwierzęcia. Po ofiarowaniu mięso rozdzielane było między ubogich, a na świąteczny obiad jedliśmy to, które wcześniej sprzedał nam rzeźnik - mięso ze świeżego uboju miało zbyt intensywny zapach - popijając zakazanym przez islam piwem. Przypominało mi to, że nie wszyscy podzielali moje duchowe przeżycia i wywoływało ciągłe poczucie dyskomfortu i winy. O ile religijny sens ofiarowania był taki, że demonstrując swoją wierność Bogu, zabijano zwierzę zamiast dziecka, uwalniając się tym samym od poczucia winy, my postępowaliśmy dokładnie na odwrót i, jedząc lepsze mięso kupione od rzeźnika zamiast ofiarowanego zwierzęcia, robiliśmy coś, co wywoływało poczucie winy podwójnej.

Żyłem w domu, w którym problemy poważniejsze od tych duchowych sprzeczności zbywano milczeniem. Niedostatki moralne, które tak często dostrzegałem w zokcydentalizowanych, bogatych i laickich rodzinach stambulskich, przejawiały się bardziej w tym milczeniu niż w lekceważeniu religii: o ile można było rozmawiać do woli o matematyce, postępach w szkole, piłce nożnej czy innych rozrywkach, o tyle, kiedy pojawiały się kwestie zasadnicze, takie jak miłość, uczucia, religia, sens życia, zazdrość czy nienawiść, wszyscy uciekali w żałosną samotność. Jeśli ktoś cierpiał i, poszukując zrozumienia, zaczynał rozmowę o tego rodzaju rzeczach, inni nerwowo gestykulowali bez słowa, niczym głuchoniemi. Potem zasłuchiwali się w jakąś melodię nadawaną przez radio, zapalali papierosa i w milczeniu wycofywali się do swoich własnych światów. Ja również przeżyłem w podobnym milczeniu mój post wywołany rozterkami wiary. Nie był zresztą zbytnio dokuczliwy, bo przypadł na ciemny i krótki dzień zimowy. Kiedy jadłem te wszystkie anchois i jajka z majonezem przygotowane przez moją matkę, tak różne od tradycyjnego tureckiego iftar, na który składają się oliwki i wędliny, czułem wielkie zadowolenie i wewnętrzny spokój. Przyjemnością było nie tyle zrobienie czegoś dla Boga, ile przebycie z powodzeniem próby, której postanowiłem się poddać. Tamtego wieczoru, nażarłszy się do granic możliwości, pobiegłem zimnymi ulicami do kina Konak i obejrzałem hollywoodzki film, zapominając o wszystkim innym. Pomysł poszczenia nigdy więcej nie przeszedł mi przez głowę.

Moje obcesowe traktowanie religii nie oznaczało jednak braku zainteresowania sprawami metafizycznymi. W zakątku mojego umysłu zawsze utrzymywało się przekonanie, że jeśli Bóg (mimo iż nie byłem zdolny wierzyć w niego tak, jakbym chciał) jest istotą wszystkowiedzącą, to jest także inteligentny i potrafi zrozumieć i wybaczyć mi moją niezdolność do wiary. Tak długo, jak nie robiłem z mojego braku wiary wyzwania dla niego, Bóg mógł uznać moje poczucie winy i cierpienie za okoliczności łagodzące i nie przejmować się zbytnio takim dzieckiem jak ja.

Głupota tej przesadnie pobożnej tłuszczy, której poziomu inteligencji - niech Bóg mi wybaczy - nie można było porównać z poziomem inteligencji Boga, do którego tak często się modlili, stanowiła powód moich obaw. Przez lata nie pozbyłem się także strachu, że zostanę ukarany za to, że nie jestem "taki jak wszyscy", i ten strach bardziej przyczynił się do tego, że we wczesnej młodości pociągały mnie idee lewicy, niż wszystkie teoretyczne dzieła, jakie przeczytałem. Przez długi czas zaskakiwało mnie, że wielu zokcydentalizowanych, świeckich i na poły sceptycznych mieszkańców Stambułu nie przejawiało kompleksu winy. Zawsze jednak lubiłem sobie wyobrażać, że wszyscy ci ludzie, którzy nie wypełniali żadnych przykazań i z racji swojej pozycji klasowej pogardzali tymi, którzy czuli się związani z religią - tak samo jak rzekomo "nowocześni" snobi pogardzali gustami artystycznymi klas niższych - w pewnym momencie swojego życia, na przykład w czasie wypadku samochodowego lub cierpiąc w szpitalnym łóżku, pragnęli dojść do tajnego porozumienia z Bogiem.

Pamiętam, jak w gimnazjum rozważałem tę kwestię, dość obcesowo, podczas przerw z kolegą, którego podziwiałem za to, że nie usiłował zawrzeć takiego tajnego paktu. Ten diaboliczny chłopak, pochodzący z bogatej rodziny przedsiębiorców budowlanych, jeżdżący na koniu w olbrzymim ogrodzie cudownego domu, jaki mieli nad Bosforem i reprezentujący Turcję w międzynarodowych zawodach hippicznych, widząc, że bojaźliwie zastanawiam się nad pewnym aspektem naszej dyskusji metafizycznej, utkwił wzrok w niebie i powiedział: "Jeśli On istnieje, niech mnie natychmiast zabije", po czym dodał z pewnością siebie, która wprawiła mnie w osłupienie: "Widzisz, ciągle żyję". Czułem się winny, że nie jestem tak odważny jak on i że po cichu przyznaję mu rację, ale prawda była taka, że lubiłem moje rozterki, nawet jeśli nie zdawałem sobie z tego sprawy. Kompleks winy, wynikający nie tyle ze strachu, że oddalę się od Boga, ile z obawy, że oddalę się od poczucia wspólnoty podzielanego przez całe miasto, był moim ważnym osobistym przeżyciem. Kiedy skończyłem 12 lat, moje rozterki religijne straciły większość ze swej siły - miejsce metafizycznego napięcia między wiarą a chęcią przynależności do grupy zajęło zainteresowanie seksem i nowe, wynikające z tego zainteresowania poczucie winy. Jednak i tak za każdym razem, kiedy jestem w tłumie - na statku lub na moście - i widzę staruszkę ubraną na biało, oblewam się zimnym potem.

p

, ur. 1952, pisarz turecki, tegoroczny laureat Nagrody Nobla. Studiował architekturę a później dziennikarstwo na uniwersytecie w Stambule. Od 1976 roku zajmuje się wyłącznie pisarstwem. Opublikował 10 powieści, z których większość tłumaczona była na języki obce - m.in. "The Black Book" (wyd. ang. 1994), "The New Life" (wyd. ang. 1997), "My Name is Red" (wyd. ang. 2001). Po polsku ukazała się na razie jedna powieść "Śnieg" (2006). Pamuk wykładał gościnnie m.in. na Uniwersytecie Columbia. W 2005 roku został oskarżony przez władze tureckie o "obrazę uczuć narodowych" za wypowiedzi w sprawie ludobójstwa Ormian z czasów I wojny światowej. Po protestach światowej opinii sprawę umorzono.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj