Andrzej Franaszek, omawiając dziś na łamach "Europy" korespondencję Czesława Miłosza z Jarosławem Iwaszkiewiczem, zastanawia się przede wszystkim nad psychicznymi "zaplątaniami" tego pierwszego. Na początku lat 30., gdy rozpoczęła się wymiana listów, niespełna 20-letni Miłosz przedstawiał sobą dość dziwny obraz: z jednej strony otwarty rewolucyjny radykalizm, z drugiej ciągłe wątpienie w sens politycznego zaangażowania literatury. "W rzeczywistości za maską dogmatycznego ideologa krył się chłopiec wrażliwy i emocjonalnie bardzo chwiejny, desperacko szukający zewnętrznej siły, która pomogłaby mu narzucić sobie dyscyplinę i duchowy ład. Takiej właśnie pomocy szukał w politycznym zaangażowaniu umożliwiającym poddanie się nadrzędnej idei". Zachwyt nad ideą szybko zresztą zmienił się w rozczarowanie i Miłosz otwarcie wystąpił przeciw swoim wcześniejszym poglądom.
p
Raz na lewo, raz na prawo,/ trochę w górę, trochę w dół,/ polityka jest zabawą,/ a poezja życia pół" - śpiewała lalka Osława Mydłosza w Szopce Akademickiej wystawionej przez wileńskich studentów w marcu 1933 roku. Choć zapewne miał być tylko niewielką złośliwością wobec kolegi, kuplet (kto był jego autorem? Bujnicki? Putrament? Zagórski?) z uderzającą trafnością wskazuje na rozdwojenie, w jakim żył Czesław Miłosz we wczesnych latach 30.
Z jednej strony wypowiadał się publicznie w sposób, który przynajmniej części wileńskiej inteligencji kazał myśleć o nim jako o domorosłym bolszewiku czy niebezpiecznym wywrotowcu. Domagał się sztuki zaangażowanej w walkę polityczno-ideologiczną, inżynierii dusz: "Producent dóbr artystycznych musi mieć jasny i wyraźny cel (...) urobienie takiego typu człowieka, jaki ze względów społecznych jest w najbliższej przyszłości potrzebny". Zarzucając liberalnemu środowisku "Wiadomości Literackich" umysłową płytkość, postulował "kulturę opartą na zupełnym podporządkowaniu jednostki celom zbiorowości". Mówiąc o kiepskiej kondycji polskiego życia kulturalnego, w czasie jednej ze Śród Literackich wskazywał pozytywny wzorzec - milionowe nakłady książek rozchodzące się w Związku Sowieckim. Wreszcie opublikował wiersz "Epigramat" (w skonfiskowanym m.in. z tego powodu numerze "Żagarów"), który - choć niejednoznaczny w wymowie - zbulwersował z pewnością nie tylko cenzora: "Jak Lermontow klasyczną strofą skuty/ Swój gniew kołysał w czułym wdzięku gier,/ Piać nam wypadło na pochwałę knuta/ W bluzę wpinając orła, młot i sierp". Wypowiedzi takie, zwłaszcza na tle patriotycznego frazesu II Rzeczypospolitej, stwarzały aurę, którą w satyrycznej "Mojej Berezie" streszczał Teodor Bujnicki: "Obmywa się z czerwonych plam/ Wieszcz rewolucji, Miłosz sam".
A przecież z drugiej strony dostrzegano jakąś niejednoznaczność jego zachowania, skazę skrywaną pod kurtką rewolucjonisty. Mogło to być źródłem nadziei na wyzwolenie poety z gorsetu "ideolo" - i było nim np. dla Jerzego Wyszomirskiego, który analizował: "Pisze Miłosz o >>zmilitaryzowanym kraju<<, o >>czci pieniądza<<, o Żyrardowie... Tematy tych nowych wierszy Miłosza powstają, jak mi się wydaje, w zależności od ideologii >>Pionów<<", która "kłóci się z jego poetyckim poglądem na świat, z jego romantyczną melancholią". Ale mogło także być powodem podejrzeń o ideologiczną nieczystość. Takie zarzuty formułować zaczną już wkrótce niedawni koledzy, czy przynajmniej towarzysze drogi, jak Anatol Mikułko, który w roku 1934 (a więc zanim jeszcze Miłosz opublikował głośny, dobitnie wskazujący zagrożenia ze strony komunizmu "List do obrońców kultury") twierdził, że autora "Poematu o czasie zastygłym" "już dziś nikt nie nazwie poetą rewolucyjnym". Czy zresztą młody twórca sam nie prowokował takich sądów, pytając na autorskim spotkaniu z ironicznym uśmiechem: "Jakie wiersze mam czytać - metafizyczne czy rewolucyjne?".
Jest to temat na obszerną rozprawę, teraz jednak poprzestańmy na podstawowej konstatacji. Autor "Zniewolonego umysłu" przez większość życia był człowiekiem "kroczącym w masce", przywdziewającym różnego rodzaju kostiumy. Sąd taki nie oznacza oskarżenia o nieszczerość - rzecz jest bez porównania bardziej złożona. Dotykamy tu fundamentalnego rysu charakteru pisarza i nie całkiem bezzasadne byłoby mówienie o odziedziczonej po matce "litewskiej" skrytości, którą zresztą Miłosz zapamiętał z dzieciństwa jako cechę pozytywną, przeciwstawianą powierzchownej otwartości i paplaninie "koroniarzy". Cecha ta w każdym razie powraca w różnych etapach życia poety i - by tak rzec - na różnych poziomach. Bo czym innym była porcja "ketmanu" niezbędna do przetrwania kilku lat w trybach dyplomacji Polski Ludowej, czym innym - tak sam to opisywał - życie w Ameryce w przebraniu "normalnego", stabilnego psychicznie mieszczanina (i spychanie w głąb siebie destrukcyjnych pokus), a czymś jeszcze innym - strategia opisana w wierszu "To": "moje ekstatyczne pochwały istnienia/ Mogły być tylko ćwiczeniami wysokiego stylu,/ A pod spodem było TO, czego nie podejmuję się nazwać". Nie podejmuję się, bo nie chcę całkowicie siebie obnażyć, ale także dlatego, że kieruje mną obawa, by głęboko pesymistycznym odczuwaniem świata nie pozbawić nadziei innych ludzi.
W latach 30. minionego stulecia, gdy przyszły noblista był jeszcze nieopierzonym debiutantem, nawet na niewielkiej literackiej scenie młodego Wilna zdecydowanie ustępującym popularnością swemu starszemu przyjacielowi - "Dorkowi" Bujnickiemu, maską był społeczny i polityczny radykalizm, rewolucyjna krzepa. Proces ten jako mechanizm współtworzący ówczesne życie literackie opisał z dystansu sam Miłosz: "Wiedząc, że ukazał się właśnie (...) pierwszy numer naszego pisma >>Żagary<<, a w nim moje wiersze, nie czułem dumy tylko dotkliwy wstyd. Naturalnie zerwałem się wcześnie i pobiegłem do kiosku, żeby gazetę kupić. Ale widok tych, co ją kupowali: kobiecin wychodzących z kościoła św. Jakuba, wąsatych ludków (...) zawstydził mnie jeszcze bardziej". Dlaczego? Bo gdy tylko wyjdzie się z zamkniętego kręgu innych piszących, odsłanianie w wierszach własnych odczuć jest czynnością narażającą na niezrozumienie, śmieszność i upokorzenia (po dziesięcioleciach etatowy pracownik uniwersytetu Berkeley z ulgą skonstatuje, że może się przypadkowym znajomym przedstawiać jako "profesor", a nie "poeta"). "Kiedy zaczęliśmy przyciskać społeczny, lewicowy pedał, jakby ulga. Wtedy już nie da się zbyć łatwo >>młodych poetów<< pobłażliwym wzruszaniem ramion albo pokazywaniem palcem na czoło. Każdy już wtedy strzyże uszami: ho, ho, tu już pachnie czymś poważnym, polityką".
Oczywiście skrajnie naiwne byłoby wyobrażenie sobie 20-latka, który świadomie podejmuje decyzję: ukryję moje potrzeby duchowe, nie będę pisał o tragizmie życia, okrutnym mechanizmie natury, o religii, zasłonię egzystencjalną inność, poczucie niedostosowania do życia w zbiorowości i zdobędę rozgłos, unosząc się na politycznej fali. Splot był bardziej skomplikowany. Autor "Bulionu z gwoździ" pisał o tkaczkach z Żyrardowa i potępiał w literaturze "kult nieopanowanego uczucia" nie tylko dlatego, by ukryć, że tak naprawdę interesuje go sens własnej egzystencji i rozczytuje się w dekadenckim, zmysłowym Iwaszkiewiczu, ale także dlatego, że odczuwał autentyczne poczucie winy, iż społeczne zagadnienia go nie zajmują. A jeszcze dokładniej: że zajmują go w stopniu - jak sądził - niedostatecznym. Bo chociaż Miłosz nie trafił na ławę oskarżonych w politycznym procesie, nie należał do żadnej politycznej organizacji, a wszelkie formy życia zbiorowego traktował ambiwalentnie, to równocześnie, jak duża część ówczesnej młodzieży, całkowicie szczerze musiał się oburzać na skrajne społeczne nierówności lat 30.
Czytając publicystykę z "Żagarów" i "Pionów" czy wiersze z "Poematu o czasie zastygłym", musimy mieć świadomość obcowania z wielopiętrową, po części jedynie świadomą konstrukcją - autentycznych porywów, poczucia obowiązku, chęci podporządkowania się grupie, ucieczki od własnych zawikłań. Broniąc prywatności i fabrykując swój publiczny wizerunek - kiedy młody Miłosz był najszczerszy? Spośród źródeł dziś dostępnych najważniejsze są jego listy do Jarosława Iwaszkiewicza.
Wieczór poetycki Tuwima w Wilnie ściągnął tłum, wieczór poetycki Iwaszkiewicza mnie zawstydził. Byłem wtedy jeszcze uczniem szkoły średniej. Prócz mnie w dużej sali Teatru na Pohulance siedziało może pięć czy sześć osób" - wspominał autor "Roku myśliwego". Iwaszkiewicza poznał najpierw jako pisarza, autora "Kasyd" i "Dionizji" ("dostateczną miarą olśnienia może być to, że i dzisiaj, jeżeli zobaczę szarą okładkę pierwszego wydania, czuję dreszcz"), które i później będą dlań w poezji autora "Panien z Wilka" najważniejsze. Tu jednak zajmiemy się nie powinowactwami i sporami artystycznymi, ale osobistą relacją, przez lata łączącą fascynację i niechęć.
Pierwszy list, datowany na 30 listopada 1930 roku, wysyła nikomu nieznany student prawa z prowincjonalnego Wilna do cieszącego się co prawda opinią skamandryty drugiej linii, ale jednak uznanego literata: "Uwielbiam Pana. Każdy wiersz Pana jest dla mnie objawieniem. Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o ocenę moich utworów. (...) Pan jest dla mnie najdroższym przyjacielem i mistrzem. Zdanie Pana będę uważał za rozstrzygające o tym, czy mam nadal traktować poważnie swoją pracę literacką". Z początku jest to więc relacja uczeń - mistrz, wsparta zarówno sporą różnicą wieku (Miłosz ma wtedy lat 19, Iwaszkiewicz - 36), jak i artystycznym dorobkiem (w powstałym później wierszu "O młodszym bracie" czytamy "Mój nauczyciel, smutny, pogardliwy"), ale też zabarwiona intensywną, nieledwie zmysłową fascynacją: "Sprawa korespondencji z Panem jest dla mnie najważniejszym sensem życia obecnie" (20 XII 1930); "Gdybym mógł, to napisałbym o Panu książkę i zatytułowałbym ją >>J'adore<<" (11 XII 1930); "Myślę o Tobie i wyobrażam Ciebie w biurze, w domu, na ulicy, w kolejce" (11 II 1931)...
Każdy pisarz jest wrażliwy na wyrazy uwielbienia, a że z załączonych do pierwszego listu wierszy przynajmniej dwa, które znamy ("Kompozycja" i "Podróż"), nosiły niewątpliwe znamiona talentu, nic dziwnego że Iwaszkiewicz - jak wynika z adnotacji na marginesie - odpowiedział prawie natychmiast, bo 3 grudnia. Wkrótce zaprasza młodego adepta pióra do siebie i nawet pożycza mu na wyjazd pieniądze. W styczniu 1931 roku Czesław Miłosz przyjeżdża więc do Warszawy.
Nie była to wyprawa udana (choć przyniosła przynajmniej przejście z podziwianym pisarzem na "ty"). Już przeniesienie się ze śnieżnego, pobrzękującego dzwonkami u sań Wilna do wielkomiejskiej Warszawy było dla prowincjusza szokiem. Także Stawisko, bogaty dwór w olbrzymim parku, musiało przytłaczać mieszkańca zimnych, ciemnawych studenckich pokoi, właściciela cierpliwie pranej i cerowanej jednej pary skarpetek. Ważniejsze było jednak zetknięcie niedokształconego, ale zasadniczego studenta z wyrafinowanym i cokolwiek zblazowanym światem literackiego salonu i kawiarni, gdzie mieszała się elokwencja, środowiskowy kod, umożliwiający porozumiewanie się kilkoma niedbale rzuconymi słowami, skrzywieniem warg, warszawski witz i wreszcie metafizyczne zainteresowania Anny Iwaszkiewiczowej rozczytującej się w Prouście.
Miłosz nie nadawał się jeszcze na pełnoprawnego uczestnika tego świata, a że był zbyt hardy, by przyjąć rolę satelity, więc - jak później to rekonstruował - poczucie odrzucenia wzmocniło młodzieńczy bunt. Także następny, znacznie już dłuższy pobyt w stolicy skończył się klęską, jakby Warszawa była wtedy jeszcze nie na miarę Miłosza, przerażała go. Od grudnia 1931 do października 1932 studiował na Uniwersytecie Warszawskim, czy właściwie próbował studiować, bo nie tylko ostatecznie nie zaliczył III roku (i musiał powtarzać go w Wilnie), ale w pewnym momencie ze stolicy "uciekł", bo i tak można zinterpretować dokument, w którym wyjaśnia, że z braku środków do życia sporą część roku 1932 spędził "na wsi" (czyli zapewne w Szetejniach). Było jednak więcej okazji, by autor "Kasyd" mógł go wprowadzać w środowiska artystyczne, w dużej mierze zdominowane przez homoseksualistów, co narażało żagarystę na dodatkowe upokorzenie - przystojnego młodzieńca brano za "chłopczyka" Iwaszkiewicza. Jak wspominał, mógł wtedy zacząć robić karierę, wejść w kręgi dość elitarne, ale był zbyt nieśmiały i zamknięty w sobie. A także zapewne zbyt dumny, by przyjąć niejednoznaczną rolę protegowanego - przed podjęciem studiów w Warszawie zdecydowanie odrzucił propozycję Iwaszkiewicza, który chciał ufundować dlań prywatne stypendium. Lepiej chyba czuł się w ubogim środowisku lewicujących literatów, gdzie poznał m.in. Jana Śpiewaka.
Jak napomykaliśmy, z obszernego zbioru listów wysyłanych przez Czesława Miłosza do Jarosława Iwaszkiewicza wyłania się duchowy portret autora "Obłoków". Portret o tyle ciekawy, że pojawiają się w tej korespondencji wątki niemal z równą siłą nurtujące poetę po... 70 latach. Poznajemy więc młodego człowieka, w którym walczą ze sobą niskie poczucie własnej wartości i niemająca może granic pycha. Przyjmuje on za pewnik swoją gorszość, nie potrafiąc uwierzyć, że ktoś inny (a więc lepszy) może go cenić i obdarzać bezinteresowną przyjaźnią. "Moja podejrzliwość, moja nieufność do ludzi jest straszna. To przekonanie że nikt mnie nie może lubić ani cenić - pisze wkrótce po powrocie do Wilna. - Pobyt w Warszawie zostawił mi właściwie upokorzenia - cały czas starałem się zwalczyć przekonanie że Ty zajmujesz się mną po prostu z litości".
Trudno oczywiście założyć, że autor listów do Jarosława Iwaszkiewicza był w nich całkowicie szczery, że nie ma tu także pozy, przyjmowanej choćby i wobec samego siebie. Niewątpliwie za autoportretem, jaki szkicuje młody Miłosz, stoi romantyczna i modernistyczna mitologia artysty - nadwrażliwca, "poety przeklętego"... Z całą jednak pewnością wizerunek ten jest bez porównania bliższy prawdy niż obraz sympatyka komunizmu i zajadłego wroga "pańskiej Polski" - obraz, którego cząstki do dziś przechowały się w narodowej podświadomości, ciesząc niedouczonych inkwizytorów.
W rzeczywistości za maską dogmatycznego ideologa ("moja maska na fotografiach to albo maska zbrodniarza albo idioty") krył się chłopiec wrażliwy i emocjonalnie bardzo chwiejny, desperacko szukający zewnętrznej siły, która pomogłaby mu narzucić sobie dyscyplinę i duchowy ład. Takiej właśnie pomocy szukał w politycznym zaangażowaniu umożliwiającym poddanie się nadrzędnej idei. W podobny jednak sposób myślał o religii. Wysyłając Iwaszkiewiczowi swoje wiersze, wybrał m.in. "Kompozycję", której podmiot przygląda się mszy jako swego rodzaju teatralnemu rytuałowi oraz "Podróż", w której mówi się wprost: "pustka nad nami króluje", a równocześnie marzył o wierze jako duchowym rusztowaniu: "Chciałbym być prawowiernym katolikiem. Tak mnie imponuje ten most zawieszony w próżni. Konstrukcja w sobie zamknięta, samowystarczalna; nie kusząca się o uchwycenie prawdy świata zewnętrznego - jakby gotyk". W gruncie rzeczy chodzi tu o to samo: o azyl przed rozpaczą, do której popycha przyrodzone nastawienie na tragizm w postrzeganiu świata. O obronę przed pokusą rozprzężenia umysłowej dyscypliny, obsunięcia się w obłęd, czego Miłosz obawiał się przez całe życie, śledząc losy dalszych i bliższych krewnych zachowujących się mniej lub bardziej po wariacku, czyli - jak mówił Oskar Miłosz - "po miłoszowsku"; krytykując amerykańskich poetów, którzy "pozwalali sobie" na kuracje w psychiatrycznych szpitalach; czasem wreszcie - rozliczając się przed sobą z różnych postępków.
Taka jest istota osobowości młodego Czesława Miłosza i na tym tle bardzo blado wypadają nieliczne w ówczesnych listach akcenty polityczne, echa dyskusji o społecznych powinnościach artysty, jakie toczyli wstępujący na literacką scenę wileńscy poeci. Gdy przeglądamy zachowane w Instytucie Badań Literackich kartki i listy, widzimy, jak szybko Miłosz wyswobodził się spod wpływu Henryka Dembińskiego czy Stefana Jędrychowskiego, jak w gruncie rzeczy już wtedy wstydził się narzuconych sobie intelektualnych i artystycznych kompromisów. Był szczery, gdy jeden z egzemplarzy "Poematu o czasie zastygłym" dedykował Iwaszkiewiczowi "z prośbą, aby wiele wybaczył".
Ich późniejsze kontakty nigdy już nie będą miały tej samej emocjonalnej intensywności, choć - mimo rozmaitych meandrów - przyjaźń przetrwa długie dziesięciolecia. Role jednak najpierw się zrównają, a potem odwrócą - autor "Ocalenia" stanie się stroną dominującą, co po latach przyzna sam Iwaszkiewicz: "Jestem o wiele mniej inteligentny i utalentowany od Ciebie, ale właśnie dlatego zawsze tak lubiłem z Tobą rozmawiać, bo to mnie ubogacało".
W połowie lat 30. Miłosz będzie bronić "Czerwonych tarcz" przed krytykami pragnącymi jasnych akcentów politycznych i demagogicznej publicystyki (czyli przed... niedawnymi własnymi postulatami), domagać się "rehabilitacji prawd trudnych", a w prywatnym liście ciekawie recenzować "Młyn nad Utratą" i "Siegfrieda".
Ze stypendium w Paryżu wróci do Wilna przez Brukselę, by tam spotkać się z Iwaszkiewiczem, a na zwiedzanie Włoch pojedzie zaopatrzony we wskazówki bardziej zadomowionego w Europie poety, który każe mu odwiedzić w San Gimignano Józefa Rajnfelda, a przede wszystkim pojechać do Orvieto, by zobaczyć "diabolicznego Chrystusa" na fresku Signorellego (wiele lat później w tym samym celu wyśle Miłosz do Orvieto Zbigniewa Herberta). Będzie jeszcze ostatnia przedwojenna niedziela, listy wysyłane przez Miłosza w 1940 roku z Wilna z prośbą, by Jarosław zaopiekował się Janiną Cękalską, przyszłą żoną poety, i oczywiście Stawisko lat wojny - cząstka normalnego świata ukryta w okupacyjnym piekle. Aż wreszcie nastąpi gwałtowne cięcie - decyzja Miłosza o pozostaniu na emigracji, którą Iwaszkiewicz w liście do żony skomentuje w sposób tyleż naiwny, co niewątpliwie oddający ówczesne nastroje: "Uważam to za najwyższe świństwo, jakie tylko może być, odłożyć sobie dolarków przez te parę lat (z tego co ten nieszczęsny górnik wykopał węglem!) i potem wymigać się od tego, co winno być nas wszystkich udziałem, w sposób tchórzowski i małoduszny". A wśród mniej lub bardziej pogodzonych z władzą literatów były to nastroje szczególnej środowiskowej solidarności: w pełni lub jedynie po części świadomie, ale daliśmy się uwikłać, teraz musimy wspólnie nosić brzemię, kto się wyłamuje jest zdrajcą, bo - jak mówił Iwaszkiewicz w czasie narady pisarzy z Jakubem Bermanem w październiku 1951 roku - "znaleźliśmy się w takiej sytuacji, gdzie wyboru nie ma". Bardziej skomplikowany obraz znajdziemy w powstałych w 1954 roku "Trzech styczniowych poematach", w których pozostanie w ojczyźnie skazuje co prawda na (więzienną?) pryczę, ale pozwala jeździć tłocznym tramwajem z robotnikami i "babami", widzieć wnuka, który pod mazowiecką sosną czyta Mickiewicza... "Płaczę za siebie i płaczę za Ciebie" - pisze poeta, choć przecież mniej więcej w tym samym czasie w foyer paryskiego teatru, w którym polscy aktorzy prezentowali gościnnie "Lato w Nohant", przestraszony autor sztuki mija szybko Miłosza, szepcząc "Z tobą, złotko, nie mogę się przywitać".
Jeszcze później zanotuje w "Dzienniku": "Nie miałem racji, nie podając mu ręki w Paryżu. Przeciwnie, powinienem mu był podać rękę jako towarzysz towarzyszowi. Za mała była nasza wiara, jak u apostołów - i dlatego i nagroda nasza będzie zaprawiona goryczą". Cytaty ukazują pisarza zaplątanego w historię, mówią, jakiej ilości złudzeń, półprawd, oszukiwania samego siebie uniknął autor "Zniewolonego umysłu", chroniąc się w paryskiej "Kulturze".
Zgodę przyniosą lata późniejsze. W 1960 roku, jeszcze przed wyjazdem do Ameryki, wysyła Miłosz z Heidelbergu pocztówkę z panoramą Neckaru i zacytowanymi słowami adresata: "Same te góry romantyczne/ już wiersze niecą", co spowoduje odnowienie korespondencji. Potem będzie piękne przywołanie Miłosza w wierszu "Stary poeta" z tomu "Mapa pogody" oraz dedykacja na "Utworach poetyckich": "Jarosławowi, na >>nasze wielkie rozpogodzenie<<". Na starość stanie się Czesław Miłosz strażnikiem pamięci o swym przyjacielu, wielokrotnie przywołując w książkach jego postać i twórczość.
p
, ur. 1971, badacz literatury, krytyk literacki, szef działu kultury "Tygodnika Powszechnego". Zajmuje się m.in. twórczością Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza. Autor poświęconej Herbertowi książki "Ciemne źródło" (1998). Wydał również dwuczęściową antologię "Poznawanie Herberta" (1998-2000). Obecnie pracuje nad biografią Miłosza.