Daniel Beauvois przedstawia niepublikowany list Czesława Miłosza do Jarosława Iwaszkiewicza z listopada 1948 roku. Poeta tłumaczy w nim m.in. swoją decyzję o wyjeździe z kraju i rezygnacji z publikowania w krajowych wydawnictwach. "Czy Ty byś zgodził się ze mną, że wybieram taką >>drogę życia<<, polegającą na niechęci do ogłupiania się wskutek >>zbiorowego klimatu<<? Moja furia od czasu >>Trzech zim<< wcale się nie zmniejszyła, może nauczyłem się tylko lepiej nią gospodarować i trzymać przez długie okresy w uśpieniu. Czuję, że moje pióro, gdybym mu popuścił, byłoby całkiem wściekłe. Myślę, że jestem jak najmniej nihilistą, ale nie o to chodzi - gdybym był w Polsce, moje pióro nabawiłoby mnie wielkich kłopotów. Więc mój pobyt za granicą jest zabiegiem profilaktycznym, po prostu lepiej być urzędnikiem dyplomatycznym niż poetą, którego tępi cenzura".
p
W zbiorze korespondencji z różnymi pisarzami z lat 1945-1950 Czesław Miłosz nie zamieścił listu, który drukujemy poniżej. Pisząc ten list do Jarosława Iwaszkiewicza na początku listopada 1948 roku, wiedział, że zawarte w nim refleksje mogą go skompromitować w oczach ówczesnych władz. Toteż polecił swemu korespondentowi zniszczyć go po przeczytaniu. Iwaszkiewicz jednak tego nie zrobił, o czym Miłosz nigdy się nie dowiedział. W późniejszych latach mógł nawet nie pamiętać o tym liście. We wstępie do wzmiankowanego zbioru wspomina, że Iwaszkiewicz, będąc w Buenos Aires z polecenia Wiktora Grosza, rzecznika warszawskiego MSZ, bezskutecznie starał się o wizę do Stanów Zjednoczonych. Miłosz twierdzi, że odmowa przyszła z ambasady amerykańskiej w Warszawie. Jak wynika z listu, sprawa odmowy wizy miała jednak znacznie szersze tło. Ale nie to stanowi o znaczeniu tego listu, z którego wiele dowiadujemy się o kontaktach intelektualnych i towarzyskich Miłosza dyplomaty w Ameryce. Daje on w nim również zadziwiająco niedwuznaczny wyraz swoim politycznym rozterkom. Moment był bardzo ważny. Zaledwie pół roku wcześniej Kazimierz Wyka, redaktor "Twórczości", wydał "Traktat moralny" (lipiec 1948). Nie byłoby to już możliwe w chwili pisania listu. Dwa miesiące po jego napisaniu (20-23 stycznia 1949 roku) miał się odbyć niesławny zjazd ZZLP w Szczecinie, a już pod koniec sierpnia 1948 roku (w trakcie Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju) wiadomo było, na co się zanosi. W niedatowanym liście napisanym po imprezie wrocławskiej Miłosz zwierzył się Iwaszkiewiczowi, że był zawiedziony radzieckim sprzeciwem wobec Einsteina i jego wezwań do rozbrojenia i kontroli energii jądrowej. Wrocławski Kongres, pisał Miłosz, "zresztą i mnie już wylazł bokiem, bo kto różne rzeczy musi przełykać jak nie ja, szczególnie jeżeli chodzi o Einsteina, dla którego osoby mam szczere uwielbienie". Czy pisząc w ten sposób do Iwaszkiewicza, Miłosz nie zdawał sobie jeszcze sprawy z kompromitacji swego przyjaciela? Czy nie mógł uświadomić sobie, że przecież Iwaszkiewicz jako organizator Kongresu solidaryzował się z żądaniami delegacji radzieckiej? Co prawda wyraził zdziwienie z powodu uwag na temat jego "Traktatu moralnego", zawartych w numerze 33. "Nowin Literackich" w tymże roku, ale ten list pokazuje, jak długo szczerze ufał swemu koledze. List nie został zniszczony. Trudno orzec, czy było to działanie celowe, czy wynik roztargnienia. Iwaszkiewicz, bawiąc przejazdem w Paryżu, miał ze sobą gruby maszynopis pierwszej części "Sławy i chwały", której wyjątek opublikował już w numerze 30. "Nowin Literackich" w tymże 1948 roku (następny miał się ukazać w numerze 15. "Kuźnicy" w roku 1949). Wsunął list Miłosza do tego maszynopisu i zapomniał o nim. Cały plik miał niebawem trafić do Lille do Wacława Godlewskiego, dawnego dyrektora szkoły polskiej w Villard-de-Lans, ówcześnie lektora języka polskiego na Uniwersytecie w Lille. Nie wiadomo, czy Iwaszkiewicz osobiście doręczył ten maszynopis, ale widocznie liczył na tłumaczenie na francuski. Niewykluczone, że Jerzy Lisowski, dawny uczeń i przyjaciel Godlewskiego, który akurat zawitał do Iwaszkiewicza w Paryżu 25 listopada, zabrał tekst powieści i przywiózł do Lille. Godlewski jednak tłumaczenia nie zrobił. Maszynopis Iwaszkiewicza przeleżał 30 lat w szafie sekcji polonistycznej na uniwersytecie, a mój mistrz ofiarował mi poufny list Miłosza w roku 1972. Mam przyjemność podać do wiadomości czytelników ten wydobyty z ukrycia przyczynek do biografii dwóch luminarzy skomplikowanego polskiego życia umysłowego ubiegłego wieku.
p
Waszyngton, 9 listopada 1948
Kochany Jarosławie,
Jestem niepocieszony. Tak Ciebie tutaj czekaliśmy, tak gotowaliśmy się na Twoje przyjęcie! Jeżeli chodzi o Twoją wizę, zostało tutaj zrobione maximum. Ambasador był (dawno, wtedy, kiedy zapowiedziano nam twoją podróż do Buenos) u Thompsona, wice-dyrektora Biura Europejskiego (to jest tutaj bardzo wysoki szczebel) i ten obiecał zająć się gorliwie tą sprawą. Później drugi raz był u Thompsona nasz radca, następnie odbyto dwie rozmowy osobiste z Salterem, szefem wydziału wschodnio-europejskiego i masy rozmów (prawie codziennie) przez telefon. Ci ludzie załatwić chcieli, nie mamy powodu wątpić o ich dobrej woli. Wiza według przepisów amerykańskich zależy od urzędnika konsularnego amerykańskiej ambasady, interwencja centrali jest możliwa tylko w formie depeszy Sekretarza Stanu lub Prezydenta, co zdarza się rzadko. Centrala może natomiast urgować, aby sprawę rozpatrzono szybko, co nastąpiło. Mamy dane do przypuszczenia, że masz paszport turystyczny i że sprawa ta nie zależała tylko od placówek MSZ amerykańskiego, ale też od innych czynników. Sądzę, że zgoda na wizę przyjdzie w parę dni po twoim wyjeździe z Południowej Ameryki. Przy amerykańskim systemie wizowym bardzo ważne jest umiejętne deptanie w ambasadzie amerykańskiej, w której składa się aplikację, natomiast my możemy tylko zabiegać o przyspieszenie decyzji. Dostaliśmy z Buenos depeszę, że wizy tobie odmówiono. Po tej wiadomości rozpoczęliśmy nowe interwencje, wskutek których, jak można wnioskować, wydano polecenie rewizji tej sprawy. Jak widzisz, nie zaniedbaliśmy niczego. Mieliśmy plany w związku z twoją osobą. Poza fetami, chcieliśmy, żebyś odwiedził Tomasza Manna w Kalifornii, pojechałbym też z tobą do Einsteina (cokolwiek o nim mówią, jest to uroczy staruszek i człowiek o czystości równej tylko czystości Gandhiego) oraz do profesora Christiana Gaussa1 w Princeton, bardzo wybitnej i szanowanej tutaj postaci (czarujący emerytowany dziekan Princeton, romanista, serdeczny przyjaciel paryski Oskara Miłosza2). No i szereg innych ludzi, także sądzę, że Janna Walska jest już w New Jorku, dokąd zjeżdża na sezon zimowy. Jakbyś pojechał do Kalifornii, miałbyś okazję odwiedzenia osobliwości (o tym sza! Gdyby szakale i hieny miały pióra i maszyny do pisania, jak pisał Fadiejew3) w postaci Henry Millera. Antekvi też byłby rad ciebie poznać. Jest to bardzo rozgarnięty młody człowiek. Przepada za muzyką, którą nazywa "muki" i zaczyna mówić równocześnie po polsku i po angielsku - nie możemy zrozumieć jak to jest, że chwyta tyle wyrazów angielskich i że mu się dwa języki nie mieszają, ale wie, że oko to to samo co eye, ucho to ear itd. Myślałem też, że byłoby dla ciebie ciekawe poznać polskie farmerskie okolice. Jest w Massachusetts polski poeta, Andruszkiewicz, bardzo interesujący (stary, ma 70 lat, przyjechał do Ameryki w 1905 roku nie umiejąc czytać ani pisać). Myślę też, że pobyt tu nie byłby dla ciebie męczący, bo tutaj jest taki rytm, że robi się więcej i nadweręża się nerwy mniej (to nie jest kraj nerwowy). Jest to kraj pracujący na zwolnionych obrotach i jakieś wiewiórcze miotanie się jest tu nie do pomyślenia.
Kridl4, o którym ci pisałem, jest nową gwiazdą w Columbia i ta katedra kultury polskiej jest wielką rzeczą, znaczenie jej będzie coraz bardziej rosło. Studenci (przeważnie Amerykanie rdzenni, nie-polskiego pochodzenia) są zachwyceni Kridlem, toż samo władze uniwersyteckie. Główną przeszkodą było istnienie fikcyjnej pół-katedry literatury polskiej, na której siedział hebes i osioł Coleman5, ratujący swoją żadną pozycję naukową prawowiernością wobec Kongresu Polonii, który to Kongres dostarczał mu studentów polskich, aby katedra nie zamarła wskutek braku słuchaczy. Mimo zorganizowanego bojkotu ze strony Polonii, Kridl ma już dwa razy więcej słuchaczy niż miał Coleman. Robimy teraz wystawy Telakowskiej6 w różnych miastach itp., jednym słowem mój pracowity żywot jest interesujący i chwilami myślę, że jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.
Poza tym siedzę w historii literatury amerykańskiej - z tego kiedyś może wyniknąć coś ciekawego w formie książki. Co prawda, miałbym już do wydania antologię poezji różnych narodów w moim przekładzie a także książkę moich szkiców napisanych w Ameryce, ale na wydawców warszawskich zapatruję się sceptycznie, zresztą mnie to tak bardzo nie obchodzi - mam tyle rzeczy niewydanych, że już się przyzwyczaiłem. Doszły mnie wieści o odejściu Borejszy z "Czytelnika". Jeżeli to prawda, to szczerze ubolewam. Dla Borejszy mam masę sentymentu i wszystko to razem źle wygląda, ale nie zapuszczajmy się w takie rozważania.
Zagadnienie dziczy skłania do wniosku, że powinieneś starać się o utrzymanie "Nowin literackich", które mogą być jedynym pismem, w którym będzie można bez przykrości drukować. "Kuźnica" jest okropnie przepłoszona, wygląda na to, że będzie pisać tylko o Gribojedowie7 i różnych rosyjskich brodaczach XIX wieku. Dla mnie niestety cały ten świat "tolkowania po principjach" (sic! - D. B.) jest najzupełniej obcy, regresja do lat studenckich, kiedy w ten sposób zajmowałem się społeczeństwem, niemożliwa. Obiecywałem sobie długie rozmowy z Tobą. Niestety, nic z tego nie wyszło. Czy Ty byś zgodził się ze mną, że wybieram taką "drogę życia", polegającą na niechęci do ogłupiania się wskutek "zbiorowego klimatu"? Moja furia od czasu "Trzech zim" wcale się nie zmniejszyła, może nauczyłem się tylko lepiej nią gospodarować i trzymać przez długie okresy w uśpieniu. Czuję, że moje pióro, gdybym mu popuścił, byłoby całkiem wściekłe. Myślę, że jestem jak najmniej nihilistą, ale nie o to chodzi - gdybym był w Polsce, moje pióro nabawiłoby mnie wielkich kłopotów, bo żaden nowy Swift (toute proportion gardée) po prostu by nie przeszedł. Ta furia to, jak by powiedział Boy "... dziedziczne cierpienie psychofizyczne", czy jak to tam ktoś chce, ale rzecz dość konkretna. Więc mój pobyt za granicą jest zabiegiem profilaktycznym, po prostu lepiej być urzędnikiem dyplomatycznym niż poetą, którego tępi cenzura. Mam nadzieję, że zechcesz to, co powiedziałem, zrozumieć w całej pełni, bez sprowadzania kwestii do postawy politycznej, bo nie o nią tutaj chodzi. No i to jest bardzo osobiste, a więc dla Ciebie tylko.
Ściskam Cię czule i przepraszam za tak okropnie długi list
Czesław
P. S. Przesyłam list p. Hani8, który tutaj otrzymałem. Mój list zniszcz.
1. Christian Gauss (1878-1951), znawca literatury francuskiej i włoskiej, tłumacz, krytyk literacki, dziekan Department of Modern Languages Uniwersytetu w Princeton w latach 1925-1946.
2. Oskar Miłosz (1877-1939), poeta i dyplomata litewski, większość życia spędził w Paryżu, krewny Czesława Miłosza, który cenił i tłumaczył jego twórczość.
3. Aleksander Fadiejew (1901-1956), pisarz rosyjski, działacz komunistyczny, autor m.in. gloryfikującej komsomolców powieści "Młoda Gwardia", wieloletni przewodniczący Związku Pisarzy Sowieckich, zmarł śmiercią samobójczą.
4. Manfred Kridl (1882-1957), historyk i teoretyk literatury, przed 1939 był m.in. profesorem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, w 1940 uciekł z kraju i dotarł do USA, gdzie w 1948 objął katedrę im. Mickiewicza na Columbia University w Nowym Jorku; finansowanie katedry przez rząd PRL było powodem niechęci wobec Kridla Polonii amerykańskiej.
5. Artur P. Coleman (1898-1974), slawista, profesor Columbia University, gdzie od 1931 prowadził kursy języka polskiego.
6. Wanda Telakowska (1905-1985), malarka i graficzka, uczennica W. Skoczylasa i E. Czerwińskiego.
7. Aleksander Gribojedow (1795-1829), dramatopisarz rosyjski.
8. Anna Iwaszkiewicz (1897-1979), żona J. Iwaszkiewicza; wspomniany list, odesłany przez Miłosza z Waszyngtonu do Paryża, opublikowano zaraz po wojnie.
p
, ur. 1938, historyk francuski, znawca dziejów Polski i Ukrainy, profesor Sorbony. Jest członkiem PAN, PAU oraz Ukraińskiej Akademii Nauk. W latach 1969-72 był dyrektorem Centrum Kultury Francuskiej przy Uniwersytecie Warszawskim. Opublikował m.in. książki: "Walka o ziemię. Szlachta polska na Ukrainie prawobrzeżnej pomiędzy caratem a ludem ukraińskim 1863-1914" (1996), "Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793-1914" (2005). Otrzymał doktoraty honoris causa uniwersytetów Jagiellońskiego, Warszawskiego i Wrocławskiego, a także Order Zasługi RP.