Poprawność polityczna, choć stała się już niemal powszechnie obowiązującą normą w krajach Zachodu, wciąż wzbudza ogromne emocje. Ceni się ją jako skuteczne narzędzie presji na polityków, ale i zwalcza jako ideologiczny gorset ograniczający wolność słowa. Zdaniem Marcina Króla fundamentem i zarazem podstawowym uzasadnieniem politycznej poprawności jest stare jak świat przekonanie o trwałym skażeniu ludzkiej natury złem. Liberalną receptą na ograniczenie skutków owego zła jest ustanowienie systemu reguł, które umożliwiałyby pokojowe współżycie ludzi. Reguły te muszą dotyczyć także języka. "Zasada poprawności politycznej polega na tym, że gdyby nie istniały pisane i niepisane nakazy tworzące ową poprawność, ludzie zachowywaliby się jak w hobbesowskim stanie wojny. Poprawność polityczna ma uniemożliwiać nam formułowanie opinii lub roszczeń, które byłyby poniżające czy obraźliwe wobec innych ludzi albo zmierzałyby do podporządkowania ich naszej woli".
p
Poprawność polityczna jest atakowana zarówno przez liberalną lewicę, jak i nieliberalną prawicę. Jeśli jednak naprawdę rozumiemy, czym jest polityczna poprawność, to musimy się zgodzić, że warto jej czasem bronić. Idea politycznej poprawności opiera się bowiem na fundamentalnym założeniu, że człowiek jest z natury zły lub też że jest skłonny do zła z racji swojej sytuacji egzystencjalnej. Ponieważ nie wiemy i nikt nie jest w stanie udowodnić, jaka naprawdę jest natura ludzka, musimy przyjąć jakieś założenie. Przyjmujemy je oczywiście na podstawie obserwacji i doświadczeń, ale i tak pozostaje ono założeniem, a nie stwierdzonym faktem. Jego siła jest mimo to niesłychanie potężna, gdyż z tego założenia wyrasta w gruncie rzeczy nie tylko cała filozofia polityczna, ale także nasz stosunek do ludzi i do tego, jak powinniśmy ich traktować.
Poprawność polityczna zatem to rodzaj nakazu, jaki wynika z naszego przekonania, że człowiek znajduje się w takiej sytuacji egzystencjalnej, iż jest skłonny do czynienia zła. Thomas Hobbes uważał na przykład, że ludzie są w stanie natury równi, a to sprawia, iż będą walczyli ze sobą o wszystko, a w szczególności o życie - dlatego rozum nakazał im połączenie się w stan polityczny, w którym to suweren mówi im, co wolno, a czego nie wolno. Pogląd ten nie wynikał z przekonania Hobbesa co do natury ludzkiej, lecz z jego obserwacji naszej sytuacji egzystencjalnej. Jeżeli nie ma żadnych hamulców ani kar, będziemy walczyli o to, czego pragniemy, a pragniemy wszystkiego, czego pragną również inni - wojna wszystkich ze wszystkimi jest zatem nieunikniona. By jej uniknąć, musimy poddać się presji, a zatem zrezygnować z części naszej wolności. Rezygnacja ta jest aktem rozsądku, dzięki któremu zyskujemy pokój i bezpieczeństwo.
Chociaż Hobbes wciąż znajduje się w centrum zainteresowania filozofii politycznej, powszechne przekonanie odnośnie natury ludzkiej jest inne - co najmniej od czasów oświecenia panuje w tej materii umiarkowany optymizm. We wszystkich dziedzinach życia, a zwłaszcza w życiu publicznym, doszukujemy się możliwości ulepszenia, bardziej dogłębnego wyedukowania człowieka. "Oświeconego obywatela" uznaje się na przykład za najlepszego możliwego obywatela demokracji, chociaż teza ta jest w gruncie rzeczy nie do udowodnienia i - co więcej - wielokrotnie okazywało się, że oświeceni obywatele skłonni byli godzić się na zupełnie nieoświecone i niedemokratyczne działania polityczne.
Powiązanie takiej wizji człowieka, jaka cechuje społeczeństwo liberalne, z poprawnością polityczną jest całkowicie paradoksalne. Zasada poprawności politycznej polega bowiem na tym, że gdyby nie istniały pisane i niepisane nakazy tworzące ową poprawność oraz gdyby nie istniało represyjne prawo, ludzie zachowywaliby się jak w hobbesowskim stanie wojny. Poprawność polityczna - jak się często powtarza - dotyczy w szczególności kwestii religii, płci, rasy oraz przynależności etnicznej. Ma ona uniemożliwiać nam formułowanie opinii lub roszczeń, które byłyby poniżające czy obraźliwe wobec innych ludzi albo zmierzałyby do podporządkowania ich naszej woli. Molestowanie seksualne w jakiejkolwiek postaci jest niepoprawne dlatego, że polega na zmuszaniu kogoś innego do czynienia tego, czego on czynić nie chce, i stanowi także co najmniej formę obrazy drugiego człowieka.
Liberalne społeczeństwo i liberalni myśliciele odwołują się jednak do dwu różnych tradycji: oświeceniowej, sięgającej Locke'a oraz umiarkowanie pesymistycznej, hobbesowskiej tradycji "liberalizmu strachu", zgodnie z którą celem jest nie ulepszenie społeczeństwa, lecz jedynie utrzymanie znośnego dla wszystkich modus vivendi. Warto wszakże zwrócić uwagę, że według obu - bardzo przecież różnych - tradycji liberalizmu poprawność polityczna jest niezbędna, chociaż z odmiennych powodów. Z punktu widzenia liberalnych optymistów jest ona niezbędna do tego, by edukacja liberalna mogła przebiegać w sposób niezakłócony. Z punktu widzenia liberalnych realistów natomiast zapobiega ona niepotrzebnym sporom - dotyczy wszak dziedzin czy problemów często bardzo kontrowersyjnych. Spory wokół nich są nie do rozstrzygnięcia w ramach normalnej publicznej debaty - nie doprowadzi ona do decyzji, która religia jest prawdziwa, czy należy badać różnice rasowe i co mogłoby z takich badań wynikać albo czy można w postępowaniu politycznym jasno odróżnić dobro od zła.
Następny powód, dla którego poprawność polityczna jest czymś niezbędnym, to pluralistyczny charakter naszego społeczeństwa i niewspółmierność wartości, które się w jego obrębie ceni. Wielu konserwatystom fakt ten się nie podoba, ale nic z tego nie wynika, bo pluralizmu wartości usunąć się nie da. Dla konserwatystów tradycjonalistów rozpad tradycyjnego modelu rodziny jest złem, nie ma jednak praktycznego sposobu, by ten rozpad powstrzymać. Można i zapewne warto podejmować działania, które hamują takie tendencje, ale tylko tyle jesteśmy w stanie uczynić. Pluralizm wartości to wielkie osiągnięcie i znaczne poszerzenie zakresu wolności, jaką ludzie dysponują. Jednak każde poszerzenie zakresu ludzkiej wolności jest związane z ryzykiem jej nadużywania, a wobec tego także naruszania społecznego pokoju i bezpieczeństwa. Dlatego właśnie polityczna poprawność, która ogranicza naszą możliwość wykorzystywania wolności uzyskanej dzięki pluralizmowi wartości, jest tak potrzebna. W ten sposób raz jeszcze wracamy do wspomnianego wcześniej paradoksu. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że maksymalizacja wolności jednostki jest korzystna, a pluralizm wartości jest faktem nieodwracalnym, ale procesy te zwiększają zagrożenie spowodowane nadużywaniem wolności, a zwłaszcza jej nadużywaniem na świeżo pozyskanych przez wolność terenach. Znanym przykładem jest tu spór o małżeństwa homoseksualne i prawo do wychowywania przez nie dzieci. Jest wiele poglądów na tę kwestię, ale praktycznie jedyny sposób jej rozwiązania polega na zastosowaniu wobec niej reguł politycznej poprawności, czyli na ograniczeniu żądań homoseksualistów do takiego poziomu, kiedy wolność innych ludzi nie jest naruszana.
A zatem poprawność polityczna polega - z tego punktu widzenia - na stworzeniu katalogu spraw i zachowań, które są niedopuszczalne, nie z moralnego punktu widzenia, ale dlatego że trzeba zachować społeczny i polityczny pokój. Poprawność polityczna to sposób na uniknięcie zimnej wojny domowej. I znowu wracamy do sformułowanego przez Hobbesa dylematu: albo wolność, albo bezpieczeństwo i pokój. W praktyce oznacza to równoczesne poszerzanie zakresu wolności i zakresu kontroli. Dlaczego jednak poprawność polityczna zastąpiła nieźle przez stulecia funkcjonującą cnotę przyzwoitości, która pełniła tę samą funkcję?
Przyzwoitość często uważana jest za cnotę prywatną i indywidualną, ale ma ona także wymiar publiczny. Przyzwoite lub nieprzyzwoite postępowanie nie jest postępowaniem dobrym lub złym. Przyzwoitość ma niewiele wspólnego z moralnością - związana jest z szacunkiem dla drugiego człowieka i (przy bardziej psychologicznej, ale niekoniecznie słusznej interpretacji) także wobec samego siebie. Historia szacunku dla drugiego człowieka jest bardzo silnie związana z przemianami społecznymi. W społeczeństwach stanowych czy też w społeczeństwach takich jak XIX-wieczne, gdzie różnice społeczne i różnice w zakresie uprawnień obywatelskich były bardzo duże, przyzwoitość była w znacznej mierze czymś wymuszonym. Szacunek dla drugiego człowieka polegał na respektowaniu roli i pozycji społecznej. Złudzeniem jest mniemanie, że ludzie zachowywali się kiedyś bardziej przyzwoicie, bo społeczeństwo było lepsze i ludzie byli lepsi. Do przyzwoitości zmuszały ich restrykcje wynikające ze zróżnicowania lub będące rezultatem presji opinii publicznej. Mąż, który nie rozwodził się z niekochaną żoną, miał nie tylko wzgląd na dobro rodziny, ale także na opinię społeczną, która mu na to nie pozwalała, chociaż tolerowała jego wyprawy do domu publicznego. Dlatego właśnie John Stuart Mill, walcząc o maksymalizację wolności, po raz pierwszy w historii myśli politycznej za wroga wolności uznał presję opinii publicznej. Powstaje jednak pytanie: czy można w sferze publicznej zachowywać się przyzwoicie bez tej ograniczającej presji?
Otóż przyzwoitość w życiu publicznym stała się bardzo trudna do osiągnięcia od momentu pojawienia się masowych partii politycznych i coraz bardziej prostackiej agitacji politycznej, prowadzonej przede wszystkim w okresie kampanii przedwyborczych. Innymi słowy, wprowadzenie demokracji i wyborów powszechnych w zasadzie wykluczyło przyzwoitość. Stało się tak z dwu powodów. Po pierwsze, nowi uczestnicy życia publicznego, którzy masowo pojawili się w końcu XIX wieku, nie znali reguł publicznej przyzwoitości i reagowali jedynie na proste slogany. Na skutek tego dwa wielkie stronnictwa, które rządziły Europą w XIX wieku, czyli konserwatyści i liberałowie, poniosły na przełomie stuleci druzgoczącą klęskę. Nie potrafiły swojego języka i swojej przyzwoitości w formułowaniu celów polityki dostosować do poziomu nowej politycznej klienteli. Potrafiły to natomiast uczynić dwa inne ugrupowania, czyli nacjonaliści i socjaliści.
Praktycznie do II wojny światowej to te ugrupowania (w rozmaitych postaciach) dominują w Europie. Po drugie, masowy charakter życia publicznego nieuchronnie prowadził do swoistego konkursu obietnic i wyborczych przyrzeczeń, czyli do konkursu półprawd i zwyczajnych kłamstw. Dla zdobycia władzy od początku XX wieku politycy gotowi są obiecać niemal wszystko - bez względu na wiarygodność tych obietnic. Kampanie wyborcze z natury rzeczy stają się wzorem nieprzyzwoitości. Rzekoma kontrola sprawowana przez obywateli nad demokratycznie wybraną władzą jest coraz bardziej iluzoryczna, gdyż w kolejnych wyborach partie i ich przywódcy będą jeszcze bardziej mnożyć obietnice i jeżeli nawet nastąpi zmiana władzy, nie będzie to miało większych konsekwencji. Proces ten trwa do dzisiaj i z pewnym przerażeniem obserwujemy, jak posuwa się coraz dalej, prowadząc do całkowicie pozbawionych przyzwoitości ataków personalnych. Co ciekawe, wszyscy - od polityków po zwyczajnych ludzi - narzekają na pogrążenie się polityki w tym bagnie nieprzyzwoitości, ale, jak się zdaje, nie czynią nic, by się z niego wydostać, gdyż jest to prawdopodobnie niemożliwe. Można być tylko nieco bardziej lub nieco mniej nieprzyzwoitym - i tyle.
Dlatego obowiązywanie nakazów politycznej poprawności jest w życiu politycznym tak istotne. Zauważmy, że nakazy te są stosowane z całą surowością i każde ich naruszenie powoduje natychmiastową i bardzo stanowczą reakcję opinii międzynarodowej. W gruncie rzeczy i politycy, i społeczeństwa demokratyczne obawiają się, że władza może bardzo łatwo wykroczyć poza granice wytyczone jej przez konstytucje poszczególnych krajów. To dlatego (a nie z powodu nadmiernej obawy przed nieprzyzwoitym zachowaniem) tak ściśle przestrzega się nakazów politycznej poprawności, a politycy, którzy chociaż raz publicznie je przekroczyli, mogą się liczyć z całkowitym wypadnięciem z gry. Nieważne, czy jest to słuszne i rozsądne - ważne, że jest niezbędne, gdyż demony tkwiące w polityce czyhają na każdego i każdego trzeba pilnować. Pokusy związane z posiadaniem władzy - przede wszystkim pokusy materialne, ale także ambicjonalne - są tak silne, że politycy muszą być pod nieustannym nadzorem, chociaż naturalnie i tak co pewien czas udaje im się spod kontroli wymknąć. Czasem zostają jednak na tym przyłapani i wtedy ich kariera się kończy. Oczywiście obok politycznej poprawności działają przepisy prawa, ale okazują się one niedostateczne, bowiem bardzo często przeprowadzenie dowodu karalnej nieprzyzwoitości jest niemożliwe lub niezwykle czasochłonne.
Demokracja w przeciwieństwie do ustrojów stanowych jest oparta na zasadzie równości. Polityk zatem i każdy, kto działa w sferze publicznej, jest przez wszystkich pozostałych obywateli traktowany tak samo, jak traktują oni siebie nawzajem, z tym istotnym wyjątkiem, że przyzwoitość jako cnota prywatna nie ma w jego przypadku znaczenia. Polityk może być najlepszym ojcem czy przyjacielem, ale jeśli naruszy w działalności publicznej nakazy poprawności politycznej, jest jak najsurowiej oceniany przez społeczeństwo i przez jego przedstawicieli w postaci mass mediów. Żadnych względów i żadnej taryfy ulgowej - oto zasady demokratycznej poprawności politycznej. W praktyce oczywiście bywa różnie i polityk lubiany lub zasłużony czasem może sobie pozwolić na więcej, ale jego przypadek zawsze będzie jedynie wyjątkiem od powszechnie obowiązującej reguły.
W Polsce, na skutek zrozumiałego poniekąd niedorozwoju demokracji, częściej mamy do czynienia z powoływaniem się na subiektywne zasady przyzwoitości niż na nakazy poprawności politycznej (wynika to być może także z faktu, że poprawność polityczna jest najczęściej błędnie rozumiana jako wyraz postawy lewicowej lub radykalnie liberalnej). Jest to, powtarzam, jedynie powoływanie się na cnotę przyzwoitości, a nie jej realizowanie w życiu politycznym - z tym ostatnim sprawa ma się oczywiście nieporównanie gorzej. Z tego, co zostało wyżej powiedziane, wynika, że w Polsce wciąż funkcjonują pozostałości społeczeństwa stanowego, szlacheckiego, a nie anonimowe nakazy demokracji. Bo też w Polsce nie dostrzega się zła obecnego w polityce, a oficjalna religijność społeczeństwa utrudnia mówienie o występnym charakterze natury ludzkiej. Wszyscy mają dobre intencje i te intencje często - ich zdaniem - świadczą o przyzwoitości. Bardzo rzadko mierzy się zachowania polityczne na podstawie ich rzeczywistych publicznych skutków, a znacznie częściej na podstawie intencji i powszechnego domniemania niewinności, jakie uzurpują sobie politycy.
Jednak w niczym nie poprawia to sytuacji w Polsce w porównaniu z innymi krajami demokratycznymi, a tylko ją pogarsza. Problem rozpoczyna się w sferze języka. Posługiwanie się złym językiem polskim, błędy gramatyczne i horrenda stylistyczne należą do sfery politycznej poprawności. Zwykły obywatel ma prawo źle mówić po polsku, polityk - nie, gdyż pozbawia go to legitymizacji. Polityk zawodowy - Lech Wałęsa jest tu wyjątkiem potwierdzającym regułę - nie może pozwalać sobie na błędy językowe, ponieważ utrudnia to lub uniemożliwia komunikację z innymi politykami oraz ze społeczeństwem. Ale znacznie gorzej jest z merytoryczną zawartością wypowiedzi. Ostatnio mieliśmy do czynienia z festiwalem antyfeminizmu w wydaniu Samoobrony, tymczasem już za sławne powiedzenie o tym, że prostytutki nie można zgwałcić, Andrzej Lepper w normalnym kraju straciłby szansę bycia politykiem. Podobnie, chociaż na znacznie poważniejszym poziomie, straciłby tę szansę Jarosław Kaczyński za równie sławne powiedzenie o tym, kto stoi tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Wszystkim ludziom zdarzają się niezręczności. Potrafimy po wódce publicznie zachować się niestosownie, ale pamiętamy zachowanie prezydenta kraju w Charkowie, po której to "niezręczności" powinien stracić posadę. Obywatelom wolno znacznie więcej niż politykom, a politykom nie wolno być niezręcznym czy wyrażać się nagannie z punktu widzenia politycznej poprawności, bo podlegają innego rodzaju kontroli. Kilka znanych powiedzeń Ludwika Dorna (na szczęście ostatnio nieco się hamuje) świadczyło o tym, że stanowi on zagrożenie dla politycznej stabilności i przestrzegania prawa, a właśnie na to politykom pozwolić nie można. Brak politycznej poprawności wynika w Polsce także z tego, że polityka jest nadmiernie spersonalizowana. Politycy mają pretensję do tego, by publicznie pokazywać prywatną twarz, tak rzekomo piękną i uczciwą. Wielki angielski poeta W.H. Auden pisał: "Private faces in public places are wiser and nicer than public faces in private places" ("Prywatne twarze w publicznych miejscach są mądrzejsze i milsze niż publiczne twarze w miejscach prywatnych").
Otóż z punktu widzenia demokracji im bardziej polityka jest zdepersonalizowana, im mniej ważne jest, kto nami rządzi, tym lepiej (zauważył to już Monteskiusz), ponieważ powinny rządzić prawa, a od początku XX wieku prawa oraz polityczna poprawność. Pretensje polskich polityków do tego, że są przede wszystkim ludźmi, ich obrażanie się i wypominanie należą do obyczajów dawnych klas niższych, a nie do obyczajów demokracji.
p
, ur. 1944, filozof, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel i redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa". Zajmował się historią polskiej myśli politycznej - na ten temat opublikował m.in. książki: "Sylwetki polityczne XIX wieku" (1974; wraz z Wojciechem Karpińskim), "Style politycznego myślenia: wokół >>Buntu Młodych<< i >>Polityki<<" (1979) oraz "Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku" (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił m.in. dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz ostatnio "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał: "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998), "Historię myśli politycznej" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). W "Europie" nr 43 z 28 października br. opublikowaliśmy jego tekst "Polityka i problem zła".