Dziennik Gazeta Prawana logo

Żyjemy w czasach politycznego przesilenia

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Zdaniem Charlesa Kupchana prezydentura George'a W. Busha radykalnie zmieniła amerykańską politykę zagraniczną. O ile wcześniej, od czasów Franklina D. Roosevelta jej fundamentem było międzynarodowe partnerstwo i równowaga, o tyle teraz USA dążą do absolutnej hegemonii. Brak im jednak wielkiej idei, która mogłaby tego typu działania uzasadniać. "Obecnie kraj jest raczej zdezorientowany, nie ma jasnego politycznego celu, a Demokraci są całkowicie niezdolni do stworzenia alternatywnej wizji, alternatywnego języka. Są podzieleni, nie mają przywództwa". W podobnym kryzysie zdaniem Kupchana znajduje się Europa: "Martwię się o Unię Europejską, uważam, że doświadcza największego kryzysu od II wojny światowej. W tym bezruchu jest coś nowego".

p

W amerykańskiej polityce zagranicznej istniała ciągłość od czasów Franklina Roosevelta. Prezydentura Busha wyznacza koniec tej ery i początek nowej polityki. Wiele osób twierdzi, że kiedy Bush złoży urząd, wszystko powróci do poprzedniego stanu. Nie zgadzam się z tym: zmiany są zbyt głębokie i nieodwracalne. Zawaliły się fundamenty tej polityki. Do niedawna głosiliśmy, że jesteśmy światową potęgą, ale zakładaliśmy, że Ameryka używa swej siły w służbie międzynarodowego partnerstwa. Drugim założeniem była ponadpartyjność polityki międzynarodowej. Dziś to martwe założenia. Mamy siłę bez partnerstwa, a partie polityczne kształtują swój wizerunek w oparciu o różnice w kwestiach polityki zagranicznej.

Jeśli Bush nie zostałby wybrany, bieg wydarzeń byłby zupełnie inny. Nie sądzę, by USA zaatakowały Irak. Zarówno w USA, jak i na świecie nie byłoby zatem tak głębokich podziałów. Bush przyśpieszył historię. Jeśli natomiast po następnych wyborach w Białym Domu zasiądzie demokrata, moim zdaniem nastąpi złagodzenie amerykańskiej polityki, ale nie będzie już powrotu do tego, co było przed Bushem. Uważam, że jego reelekcja do pewnego stopnia kwestionuje teorie demokracji jako ustroju w naturalny sposób pokojowego. Ten pogląd zakłada, że jeśli przywódcy wywołują nieuzasadnione, niesprawiedliwe wojny, zostają pociągnięci do odpowiedzialności - i dlatego demokracje są bardziej pokojowe. Tymczasem Bush rozpętał wojnę i każdy mógł zobaczyć, że nie zakończyła się sukcesem - a mimo to został wybrany ponownie.

Zgadzam się tu z Kristolem, choć trzeba powiedzieć, że to, kto jest neokonserwatystą, a kto nie, zaczyna być niejasne, zwłaszcza po tym jak Fukuyama został krytykiem neokonserwatyzmu. Bush jest raczej tradycyjnym konserwatystą, nie czuje potrzeby opierania się na jakiejś rozbudowanej ideologii. Na pewno Ameryka stała się bardziej konserwatywna, i to jest częściowo rezultatem 11 września, strachu związanego z zamachami. Nawet dziś, mimo że nie było kolejnego ataku, wojna w Iraku, wojna w Afganistanie i strategia polityczna Busha wciąż skupiają uwagę wyborców na terroryzmie. Republikanie przedstawiają się jako lepsi specjaliści w dziedzinie bezpieczeństwa niż Demokraci, co jest zresztą zadziwiającą taktyką, bo przecież operacja w Iraku nie zakończyła się sukcesem. Z drugiej strony - z powodu niepowodzeń w Iraku - Amerykanie zaczynają się jednak zastanawiać, czy nie lepiej by było, gdyby USA pilnowały własnego bezpieczeństwa, zamiast ganiać ekstremistów po ulicach Bakuby czy Ramadi. Obecnie kraj jest raczej zdezorientowany, nie ma jasnego politycznego celu, a Demokraci są całkowicie niezdolni do stworzenia alternatywnej wizji, alternatywnego języka. Są podzieleni, nie mają przywództwa. Wielkie przewodnie idee, o które pan pytał, są bardzo ogólne. Dodałbym, że to nie jest coś specyficznego dla Stanów Zjednoczonych. Życie polityczne we wszystkich głównych państwach Zachodu przechodzi poważny kryzys. Podzielone elektoraty, elity pozbawione idei, populizm...

Istnieje amerykański naród, który oczywiście jest czymś zupełnie innym niż naród w europejskim znaczeniu tego słowa - bo nie ma żadnego związku z etnicznością, jest narodem czysto obywatelskim. To jedna z najatrakcyjniejszych cech USA i amerykańskiego doświadczenia. Ludzie najróżniejszego pochodzenia uczestniczą w jednej wspólnocie politycznej i są częścią amerykańskiego narodu. Niektórzy ludzie martwią się, że imigracja z Meksyku i Ameryki Południowej temu zagraża. Ja się z tym nie zgadzam. Myślę, że to nas zmieni, zmieni charakter narodu, być może uczyni go dwujęzycznym. Ale taka zmiana nie byłaby najważniejsza.

Dwujęzyczność wydaje mi się zupełnie możliwa za kilkadziesiąt lat. Tak samo jak to, że będziemy mieli prezydenta latynoskiego pochodzenia. Ale na przykład unia z Meksykiem jest nieprawdopodobna. Nurt anglosaski będzie nadal dominował pod względem socjoekonomicznym - i z nim będą się integrować latynoscy imigranci. To niezwykle istotna cecha Ameryki. Europa powinna naśladować ten model integracji, jaki mamy w Ameryce. Społeczny eksperyment stworzenia społeczeństwa imigrantów w USA działa. A w Europie nie... A przecież istnieje konieczność przeprowadzenia i tam takiego eksperymentu - z prostych, demograficznych powodów. Jedną z rzeczy, których Europa mogłaby się nauczyć od USA, jest to, w jaki sposób można sprawić, by imigranci stawali się częścią społeczeństwa, częścią narodu, a nie tylko państwa. Europejczycy w głębi serca nadal wiążą duszę narodu z przynależnością etniczną. Nawet kraje, które mają polityczną definicję obywatelstwa, jak Francuzi, mówią jedno, a myślą co innego.

Nie, już bym tak nie powiedział. Ale podtrzymuję główną tezę książki, że koniec ery Ameryki, kres jej dominacji w globalnej polityce nadejdzie znacznie wcześniej, niż się tego spodziewamy. Podtrzymuję też swój opis tego, co się dzieje w USA. Moja ocena Europy była jednak zbyt optymistyczna i gdybym miał jeszcze raz napisać książkę, położyłbym większy nacisk na Chiny, Indie czy Rosję. Wcześniej przedstawiłem Europę jako głównego rywala i jedynie wspomniałem o innych, teraz Europa jest tylko jednym z graczy. Przyznaję, że Europa sprawia pewien zawód. Martwię się o Unię Europejską, uważam, że doświadcza największego kryzysu od II wojny światowej. Nie sądzę, by był to po prostu kolejny czas refleksji w rodzaju tych, które już widzieliśmy. Myślę, że w tym bezruchu jest coś nowego. Nadal pozostaję ostrożnym optymistą, nie sądzę, by eksperyment dobiegł końca, ale martwię się bardziej niż kiedykolwiek. Bo jest czym: powolny wzrost gospodarczy, rozszerzenie, które było zbyt szybkie, zbyt pospieszne, zbyt wielkie... Słabi przywódcy polityczni, populizm. Jeżdżę do Europy przeciętnie raz na miesiąc i coś się zmieniło. To się daje wyczuć: renacjonalizacja życia politycznego oraz antyelitaryzm są objawami powszechnymi.

Tyle że populiści są przeciwko Europie. Mogą być silni, mogą być przyszłością, ale niekoniecznie będą prowadzić politykę integracji europejskiej. To interesujące, że widzimy prawicowy populizm w Europie i lewicowy populizm w Ameryce Łacińskiej. Żyjemy w czasach politycznego przesilenia.

NATO rzeczywiście nie jest już tym, co dawniej. Nie ma tej samej wewnętrznej spoistości, było bardzo podzielone podczas dyskusji o Iraku i Afganistanie. Dlatego pomyślałbym o nowej formie współpracy między USA a Unią Europejską. Jest wiele spraw, którymi zajmują się Ameryka i Unia - jak bliskowschodni proces pokojowy, negocjacje z Iranem, stosunki z Rosją, bezpieczeństwo energetyczne. To sprawy, które nie leżą w gestii NATO. I jeszcze jedno: w Europie Środkowej zbyt wiele, jak na mój gust, stawiacie na jednego - amerykańskiego konia. Zakładacie, że Wuj Sam jest waszym obrońcą, amerykańscy żołnierze w razie potrzeby przyjadą do Polski, bo jesteśmy razem w Iraku. Cóż, rzeczywistość jest taka, że Stany Zjednoczone skupiają uwagę na zupełnie innych częściach świata. Koniec końców, przyszłość Polski leży w Europie, i powiedziałbym, że dla krajów Europy Środkowej byłoby mądrą inwestycją poświęcenie więcej uwagi i energii Unii. Czasami wydaje mi się, że współpracujecie z USA kosztem inwestowania w Unię, a USA do tego zachęcają.

O wiele prostsza, ale niekoniecznie mądrzejsza.

Sam fakt, że Unia istnieje, jest potwierdzeniem tego, że nie zawsze działamy po linii najmniejszego oporu. Choć oczywiście trzeba stworzyć zachęty - polityczne czy ekonomiczne - jeśli chce się, by trudne rzeczy były robione. A obecnie sprawy zmierzają w przeciwnym kierunku. Krajowe rządy czy parlamenty stają się coraz bardziej antyunijne, nacjonalistyczne, protekcjonistyczne.

Tak i dlatego tworzą się u was dziwne sojusze polityczne. Przecież z dwóch małych partii, które przyłączyły się do koalicji w Polsce, jedna jest skrajnie lewicowa, a druga skrajnie prawicowa...

Nie sądzę, byśmy zmierzali ku końcowi historii. Jest raczej tak, że historia staje się dziś bardziej niebezpieczna, bardziej interesująca i emocjonująca. Widzimy powrót ideologii, coraz bardziej rozbieżne stanowiska. Nie sądzę, by Europa znalazła się w jakiejś postmodernistycznej, posthistorycznej fazie. Robert Kagan twierdzi, że Europa to Wenus. W tej sprawie kompletnie się z nim nie zgadzam. Europejczycy są bardzo dobrzy w zabijaniu się nawzajem, spędzili w ten sposób większość swojej historii. Miejmy nadzieję, że to już nie wróci, ale pomysł, iż nastąpiła jakaś zmiana w naturze Europy, wydaje mi się bardzo ahistoryczny. Może rzeczywiście Europa nie pali się do używania siły i uczestniczenia w operacjach militarnych, ale fakt, że ta część Ziemi wypisała się z geopolityki, to raczej przejściowy fenomen związany z zimną wojną, z brakiem poważnego zagrożenia, a nie jakiś trwały pacyfizm. Fukuyama twierdził, że dotarliśmy do kresu nacjonalizmu w sferze publicznej. Otóż nacjonalizm i liberalna demokracja idą w parze, nacjonalizm na swój sposób pomaga funkcjonować liberalnej demokracji, stwarza poczucie wspólnoty, legitymizuje instytucje. Gdyby został sprywatyzowany i znikł ze sfery publicznej, zagroziłoby to krwiobiegowi, który sprawia, że liberalna demokracja może oddychać.

Nie sądzę, by powinien być potępiany. Myślę, że czyni więcej dobra niż zła. Jednak niektórzy polscy intelektualiści potępiali polski nacjonalizm... Cóż, jeśli polski nacjonalizm objawia się w sprzeciwie wobec imigracji, antysemityzmie czy innych tego typu rzeczach, to wtedy rzeczywiście jest problemem. Ale w swojej łagodniejszej i bardziej centrowej formie jest kluczowy dla funkcjonowania demokracji. We wszystkich krajach postkomunistycznych nacjonalizm pozwalał społeczeństwu odzyskać tożsamość.

p

, politolog, specjalista w dziedzinie stosunków międzynarodowych, profesor Georgetown University, wykładał także na uniwersytetach Harvard i Princeton. Zajmuje się m.in. historią nacjonalizmu. Za prezydentury Billa Clintona pracował w Departamencie Stanu oraz w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa. Autor m.in. książek "The Vulnerability of Empire" (1994) oraz "The End of the American Era" (2002). W "Europie" nr 37 z 16 września br. opublikowaliśmy debatę z jego udziałem "Czy Ameryka jest prawdziwym sojusznikiem Polski?".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj