Dziś będzie niepoprawnie. Za sprawą Marcina Króla, który napisał do "Europy" manifest w obronie poprawności politycznej. Manifest prowokacyjny, który broni poprawności nie ze względu na dobro kobiet i gejów. Król chce poprawności nie dla kogoś, ale przeciw czemuś. Przeciw demokracji.
Linia wywodu jest klasycznie konserwatywna: liberalna demokracja - a więc ta realna - nie potrafi dać tego, co obiecuje. A skoro tak, to trzeba ją wzmocnić pomysłami, które nie są ani demokratyczne, ani liberalne. Gdy rozumowanie Króla oczyścimy z dyplomatycznych ostrożności, logika wywodu staje się prosta. Skoro wolność słowa kończy się rozpalonymi do stanu histerii obyczajowymi sporami, to znaczy, że ta wolność nam nie służy i trzeba ją ograniczyć. Jak? Ustalając z góry, kto ma rację, i tym samym blokując dalszą dyskusję. Dalej. Skoro metodami demokratycznymi nie udaje się wyłonić polityków godnych demokracji, to trzeba ich stworzyć poza ramami demokracji. W jaki sposób? Po prostu trzeba ich po wyborach okiełznać, narzucając im gorset akceptowalnych zachowań. Suflując im z boku, co mają prawo robić i co mają prawo mówić.
Ktoś powie, że Król domaga się cenzury. Błąd, Król domaga się czegoś więcej. Główna myśl tekstu - choć nigdzie wyraźnie niewypowiedziana - brzmi ostrzej: ludziom nie wystarczy demokracja, obywatelom potrzebna jest jeszcze intelektualna tresura. To wieczne dzieci, których edukacja nigdy się nie kończy. I dotyczy to zarówno obywateli, jak i wybranych przez nich liderów. Obieram tekst Króla do tych brutalnych tez nie po to, by zaszokować czytelnika, a autora zadenuncjować. Nie ma takiej potrzeby. Król nie proponuje ustrojowego zamachu, to raczej klasyczny manifest mandaryński, nie pierwszy w demokracji, nie pierwszy też w Polsce. Zdążyliśmy już nawet poznać kilka formacji mandarynów, którym udało się nad Wisłą dojść do władzy. Mieliśmy już mandarynów-reformatorów, mandarynów-redaktorów, mandarynów-autorytety. Tym ludziom przypisywano mandat do kierowania sprawami publicznymi nawet wbrew woli większości. Na dobrą sprawę wielu z nas do dziś wierzy w szczególną kompetencję mandarynów. Na przykład sądzimy, że politycy dzielą się na dwie grupy - demokratycznie wybranych (czyli gorszych) oraz ekspertów (czyli wartościowszych).
Filozofia mandaryńska jest stara jak świat. Nie zrodziła jej demokracja, to odwieczna odpowiedź na równie odwieczny kłopot - na głupotę ludzką. To trafne rozpoznanie, że nie da się skonstruować ustroju, który zagwarantuje wolne od niej rządy. I dlatego uznaje się, że w każdym państwie potrzebni są mandaryni, mądrzy ludzie, którzy zza kulis pociągając sznurkami tonizują niedający się wykorzenić element ludzkiej głupoty.
Do tego miejsca zgoda. Kłopot rodzi się w praktyce. Otóż komu oddać mandaryńskie fotele? Na przykład komu dać przywilej pisania kanonu poprawności, o który apeluje Król? Mówiąc dosadnie - jak zabezpieczyć się przed głupotą samych mandarynów? To zapewne godni podziwu ludzie, przy kominku czytają mądre książki, dyskutują o nich z wytwornym dystansem, a swoje myśli układają w subtelne aforyzmy. Jednak wyrwani z tej ekologicznej niszy, na przykład zaproszeni do telewizji, by rozmawiać o polityce, pokazują najbardziej typowe rysy ludzkiego gatunku - potrafią się jedynie taplać w banale i politycznej egzaltacji. Co do poprawności zaś... Król daje nam do zrozumienia, że lepsza jakakolwiek poprawność polityczna niż żadna. Niech będzie lewacka albo radiomaryjna, byleby istniał złoty kaganiec pacyfikujący niekończące się konflikty. Proponowana tu ideowa ruletka ma swój teoretyczny urok, ale czy miałaby siłę? Czy taki werdykt potrafi zmusić ludzkość do tego, by przestała się kłócić? Czy jest na świecie choć jeden mandaryn mający posłuch pozwalający zmienić ludzką naturę?