Dziennik Gazeta Prawana logo

Niespodziewany moment prawdy

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

W sprawie arcybiskupa Wielgusa najważniejszy jest nie jej kontekst moralny czy religijny, lecz kulturowy i instytucjonalny - twierdzi Rafał Matyja. Stąd ma ona znaczenie szersze, nieograniczające się tylko do samego Kościoła. Ujawnia bowiem fundamentalny spór o normy, które powinny obowiązywać w publicznych instytucjach. W sporze tym występują z jednej strony rzecznicy "koleżeńskiej i korporacyjnej jedności", a z drugiej zwolennicy wprowadzania norm obiektywnych, niezależnych od personalnych powiązań. Pogląd tych ostatnich "jest zakorzeniony w mniej lub bardziej uświadomionej diagnozie społecznej oraz pewnym wyobrażeniu o pożądanym - co wcale nie znaczy doskonałym - stanie rzeczy. Wyobrażenie to przedstawia instytucje, których cel jest jednoznacznie związany z dobrem publicznym, które podlegają ocenie według kryteriów sprawiedliwości, rzetelności i odpowiedzialności za wynik działania".

p

Momenty prawdy w życiu publicznym zdarzają się dość rzadko. Codzienność okrywa istotę sprawy grubą warstwą konwencji i stereotypów, a publiczni aktorzy odgrywają - czasami do znudzenia - swoje wyuczone role. Momenty prawdy następują zwykle w fazie kryzysu. Wówczas na jaw wychodzą motywy działania i ludzkie charaktery, ujawniają się rzeczywiste siły instytucji i rzeczywiste reguły ich funkcjonowania.

Kryzys związany z ingresem metropolity warszawskiego okazał się takim momentem prawdy, który długo będzie przedmiotem analiz i zasadniczym kontekstem dyskusji o lustracji, o stanie kościelnych elit czy o relacjach między mediami a Kościołem. By wykorzystać wszelkie nauki płynące z tego kryzysu, warto przede wszystkim zawiesić - dominujące niestety - religijne kategorie interpretacji, odwołujące się do pojęć grzechu, przebaczenia czy opatrzności. Warto spojrzeć na to - niczym Chestertonowski ksiądz Brown - z perspektywy zdroworozsądkowej i całkowicie świeckiej.

W istocie bowiem moment prawdy w niewielkim tylko stopniu ujawnił postawy religijne, a w znacznie większym - obowiązujące w różnych kręgach standardy przyzwoitości publicznej i stosowności zachowań. Dotyczył kultury całego społeczeństwa, a nie jakiejś wydzielonej grupy. Ci, którzy w ostatnich tygodniach domagali się, by traktować Episkopat jako swego rodzaju subkulturę, której nie powinny dotyczyć kryteria oceny zachowań powszechnie używane w debacie publicznej, popadli w skrajny klerykalizm, który delegitymizuje jakiekolwiek szersze formy obecności biskupów w życiu publicznym.

Kościół w swej historii radził sobie z gorszymi kryzysami i większym zgorszeniem. Powaga tej sprawy dotyczy raczej wzorów życia publicznego i standardów, które obowiązują w całym społeczeństwie polskim. Bez wątpienia Kościół katolicki jest dla niego istotnym źródłem tych standardów, a jego postawa i nauczanie - przynajmniej od czasów Jana Pawła II - warunkują także zachowania niewierzących i ludzi innych wyznań. W tym kontekście ważny jest nie tylko błąd konkretnego człowieka, ale postawa wobec tego błędu przyjęta przez innych. Kryzys ten nie jest wyłącznie "wewnętrzną sprawą Kościoła", nie jest kwestią, którą roztrząsać powinni wyłącznie obradujący na zamkniętych posiedzeniach hierarchowie. Jego istota nie jest bowiem doktrynalna ani nawet - wbrew pewnym pozorom - moralna.

Kryzys lustracyjny w polskim Kościele stał się zatem wydarzeniem, dzięki któremu opinia publiczna zyskała możliwość poznania nie tylko istotnych kwestii dotyczących przeszłości "zza grubej kreski", ale przede wszystkim kwestii dotyczących współczesności. Na razie bowiem sprawa badań, publikacji i wypowiedzi księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego mówi nam więcej o współczesności niż o czasach minionych. Podobnie zresztą jak reakcja na zarzuty wobec o. Hejmy i ks. Czajkowskiego. Ważne jest nie tylko to, co stało się w PRL, ale na przykład fakt, że obrót tych spraw nikogo niczego nie nauczył. Przeciwnie - reakcja części biskupów na artykuł "Gazety Polskiej", na wypowiedzi katolickich publicystów była nieproporcjonalna w swej agresywności do przyczyny, która ją wywołała. Diagnoza tego zachowania może być trojaka. Pierwsza będzie postrzegać kryzys przede wszystkim jako wynik anachronicznej wewnętrznej struktury Kościoła. Druga - definiować kryzys jako skutek złych relacji hierarchii z mediami, opartych na tym, co niektórzy komentatorzy określają jako "obrażanie się na rzeczywistość". Trzecia zaś - moim zdaniem najbardziej zasadna - będzie w ostatnich wydarzeniach dostrzegać przejaw głębszego kryzysu kulturowego, z którego nie zawsze zdajemy sobie sprawę.

Pierwszą tezę - nazwijmy ją ustrojową - przedstawił ostatnio wyraziście na łamach "Europy" dominikanin Tadeusz Bartoś, a potwierdziły ją wypowiedzi innych duchownych - m.in. ks. Oszajcy. Zasadniczą wartość diagnozy Bartosia stanowi fakt, że nie redukuje ona przedstawionego problemu do kwestii trudnego dziedzictwa historycznego, ale na swój sposób ów problem uniwersalizuje. Wskazuje na trudną do utrzymania odmienność logiki funkcjonowania instytucji kościelnych w porównaniu do stanowiących podstawę liberalnej demokracji instytucji świeckich.

Trudno nie dostrzec, że w historii Kościoła i instytucji państwowych zachodziła pewna naturalna konwergencja. Rdzeniem tej konwergencji nie musiała być racjonalna refleksja nad kształtowaniem reguł rządzących Kościołem i państwem. Nośnikiem owej konwergencji było świeckie wychowanie w świeckim społeczeństwie, jakie odbierali przyszli duchowni. Można powiedzieć zatem, że postulaty o. Bartosia nie są niczym niezwykłym, lecz odzwierciedlają naturalny bieg spraw.

Stawia je człowiek odważny i dobrze wykształcony, a zatem zdolny do obrony swoich racji. Co więcej, ma on przekonanie, że zmiany te nie są częścią jakiegoś pełnego pesymizmu co do własnej tożsamości "aggiornamento", lecz raczej usunięciem przeszkody w spełnianiu naturalnej misji. Nie zmienia to jednak faktu, że niektóre argumenty budzą poważne zastrzeżenia. Bartoś pisze, iż "niemożliwe jest jakiekolwiek skuteczne samooczyszczanie się Kościoła, jeśli jego prawo nie dysponuje zasadą trójpodziału władz. I na nic się zdadzą apele publicystów. Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie". Gdyby tak było, nie mogłoby dojść ani do Soboru Watykańskiego II, ani do wielu innych wydarzeń, z którymi mieliśmy do czynienia w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II.

Nawet jeśli procedura oczyszczenia byłaby prostsza po zmianach proponowanych przez o. Bartosia, to ich brak nie jest "wytłumaczeniem" dla bierności w rozwiązywaniu problemów lustracyjnych. Kościół w innych krajach dawnego bloku sowieckiego dokonał oczyszczenia, nie posiadając trójpodziału władzy.

Tak jak monarchia nie musiała być bardziej zdemoralizowana i zepsuta od republiki, tak też obecna struktura nie warunkuje zepsucia. Warto o tym wspominać także dlatego, że wszelkie reformy instytucjonalne są uwarunkowane synergią zmian proceduralnych i kulturowych. Reforma instytucjonalna - przekonująco zarysowana przez o. Bartosia - musi zostać połączona z trudnymi zmianami obyczajowymi. Zmianami, których podłożem jest nie tylko działalność instytucji kościelnych, ale także - a może przede wszystkim - kondycja instytucji świeckich.

Warto zatem zdać sobie sprawę z tego, że świeckim punktem odniesienia nie jest państwo z teoretycznych rozważań Monteskiusza, ale sieciowe instytucje objaśniane przez współczesną "mediokrację". Problemem zatem nie jest tylko anachroniczność pewnych rozwiązań instytucjonalnych w Kościele. Kwestią, którą warto rozważać, jest ich związek nie z dawną teorią państwa, lecz ze współczesną praktyką społeczną. Bartoś pisze, że "biskup w diecezji jest w olbrzymiej mierze poza kontrolą społeczną. W przypadku jakichś nadużyć musi znaleźć się śmiałek ryzykujący wiele, by wystąpić przeciwko własnemu ordynariuszowi ze skargą do wyższej instancji (papieża). Rezultat jest zawsze niepewny. Przykłady z życia polskiego Kościoła są znane. Symptomatyczny jest przypadek bpa Paetza". Kiedy czytam te słowa, zdaję sobie sprawę, że wyrażają one nie tylko specyficzne problemy instytucji kościelnych, ale w znacznej mierze problemy wszystkich polskich instytucji. Pewną receptą na radzenie sobie z ich wadami są niezależne od ich wpływu media, które zdaniem wielu stanowią rozwiązanie problemu molestowania kleryków i pracownic supermarketu, lustracyjnych kłamstw ministrów i biskupów oraz przemocy w rodzinie i gabinecie psychoterapeuty.

Zaniechanie lustracji w Kościele nie jest niczym wyjątkowym. Zaniechano jej na uniwersytetach i w mediach. Ograniczono jej zasięg wśród elit politycznych i ludzi wykonujących zawód zaufania publicznego. Nie dokonano jej w szkołach i wielkich korporacjach. Nadrabianiem tego błędu instytucji publicznych zajęli się zatem dziennikarze i historycy, "za młodzi" by uznać prawomocność stawianych im przeszkód.

Lustracja Kościoła dokonuje się zatem publicznie, w mediach. Szczęśliwie dla jego autorytetu w grupie najbardziej aktywnych rzeczników lustracji znaleźli się dziennikarze katoliccy. Żaden z biskupów jednak nie chce przyznać, że taki stan rzeczy jest wielką szansą dla Kościoła. Gdyby dziś tacy ludzie jak Tomasz Terlikowski, Jarosław Gowin, Paweł Milcarek, Zbigniew Nosowski czy Piotr Semka milczeli, to sprawą lustracji za lat kilka zajęliby się inni. Tacy, którzy wykorzystaliby ją jako okazję do upowszechniania szkodliwych dla samej religii uogólnień, którzy w błędach widzieliby nie odstępstwo od zasad, ale wręcz zasadę funkcjonowania Kościoła.

Co więcej wydaje się, że krytyka - a niekiedy wręcz agresja - wobec tych publicystów nie bierze pod uwagę trzech istotnych zjawisk: po pierwsze faktu, że ludzie ci wybrali w trudnych latach 90. trudną drogę obrony Kościoła i jego doktryny. Ich postawa była świadectwem nie tylko wiary, ale intelektualnych zdolności polskiego katolicyzmu. W tej roli okazali się niejednokrotnie odważniejsi, bliżsi ortodoksji i bardziej przekonujący od wielu osób w sutannach. Po drugie, krytyka nie uwzględnia faktu, że ich obecność w mediach świeckich, ich zdolność wyrażania na łamach tych mediów poglądów katolickich uniemożliwiła szkodliwe zepchnięcie optyki religijnej do - słabej w polskich warunkach - prasy wyznaniowej. Trzeci fakt - będący w jakimś stopniu skutkiem drugiego - ujawnił się z niezwykłą mocą w dniach czuwania i żałoby po śmierci Jana Pawła II. Postawa mediów - niekiedy nawet nadmiernie egzaltowana - kontrastowała momentami z rutynowym brakiem skwapliwości części duchownych. Postawa świeckich, którzy w wielu miejscach wprost wymuszali na hierarchii organizowanie nabożeństw i czuwań, którzy, nie mogąc uzyskać współpracy księży, uciekali się do esemesowych i internetowych łańcuszków, by wspólnie przeżywać te ważne chwile, stanowi istotny dowód zmian w Kościele.

W chwilach obecnego kryzysu owi świeccy dziennikarze dowiedzieli się, że są niekompetentni w sprawach Kościoła. Za tym stanowiskiem kryło się nie tylko oburzenie spowodowane krytyką. Trudno nie dostrzec w nim pewnej zazdrości, świadomości faktu, że liderami opinii katolickiej będą już zawsze ludzie tacy jak Terlikowski czy Gowin, że ich poglądy - wyrażane zrozumiałym i prostym językiem, a zarazem ugruntowane w doskonałej formacji intelektualnej i doktrynalnej, będą wysłuchiwane chętniej niż formalistyczne zdania z listów pasterskich.

Biskup Antoni P. Dydycz posunął się nawet do nazwania ich "katolikami medialnymi", którzy "gotowi są na każde wezwanie mediów mówić to, co odpowiada >>przyzwoitości politycznej<<, czego oczekują od nich pracodawcy". Porównał ich przy tym do działaczy organizacji katolickich powoływanych przez rząd totalitarny do walki z Kościołem, hierarchią, duchowieństwem i katolikami świeckimi. Arcybiskup Głódź mówił o "tzw. katolickich publicystach", z których ust "znikają także słowa: >>miłość<<, >>miłosierdzie<<, >>spowiedź<<, >>przebaczenie<<, >>nawrócenie<<, >>poprawa<<".

Bez wątpienia hierarchia nie definiuje kryzysu jako konfliktu między Kościołem a nieżyczliwymi mu mediami. Koncentruje się raczej na krytyce nowego zjawiska w Kościele, jakim są niezależni publicyści (niekiedy także noszący koloratki), którzy ośmielili się dążyć do prawdy, nie czekając na czyjeś pozwolenie. Którzy zaryzykowali wiele, jasno stawiając sprawę we wspomnianej przez o. Bartosia sprawie abpa Paetza i równie pryncypialnie zachowując się w sprawie abpa Wielgusa. Problem polskiej hierarchii kościelnej to zatem nie cywilizacyjny konflikt z mediami, które bronią "cywilizacji śmierci", lecz konflikt z katolikami, którzy mówią prawdę o całkiem doczesnych i podlegających zwyczajnej weryfikacji faktach.

Omawiane tu problemy Kościoła nie mają zatem ani charakteru doktrynalnego, ani pastoralnego. Kryzys nie dzieli go dziś na "katolików postępowych" i "tradycjonalistów". Redaktorzy "Więzi" i "Christianitas" są dziś zadziwiająco zgodni. Podobnie jak o. Rydzyk i bp Życiński. Ten kryzys przebiega przez wszystkie polskie instytucje. Kościół instytucjonalny jest tu "jeszcze jedną cegłą w murze" społecznej apatii i przyzwolenia na banalne zło z przeszłości i teraźniejszości. Episkopat jest kolejną instytucją manifestującą koleżeńską i korporacyjną jedność w obliczu oskarżeń.

Co więcej, narzędziem obrony jest to samo co zwykle: żądanie, by nie upolityczniać Kościoła. Wcześniej tak samo żądano, by nie upolityczniać uczelni, prokuratury, telewizji itp. Polemika z "politycznością" jest jednak silnie obecna w dyskursie kościelnym - nie tylko jako krytyka tego, co niemoralne, ale także jako element obawy przed pojawieniem się kłopotliwych kryteriów samooceny. Z krytyką "polityczności" jako takiej w parze idzie "praktyka stronniczości", obecna zarówno w retoryce największej rozgłośni kościelnej, jak i w wypowiedziach bpa Życińskiego.

Warto zatem postawić wyrazisty kontrapunkt dla tej "strategii instytucjonalnej" (bo nie uwierzę, że stoi za nią jakikolwiek zamysł pastoralny) - polityczność w polskich warunkach to z jednej strony ostra rywalizacja partyjna, prymat stronniczości i grupowego egoizmu (także podmiotów, które stronnictwami nie są i nie będą), a z drugiej zasadniczy spór o naprawę instytucji znieprawionych latami komunistycznej praktyki. Naprawę, która dziś nie oznacza dekomunizacji, lecz tworzenie i upowszechnianie dobrych wzorów życia publicznego. Tworzenie ich od zera (w polityce, biznesie czy mediach) albo popieranie tam, gdzie totalitaryzm nie zniszczył ich do końca - przede wszystkim w Kościele.

Badacze instytucji posługują się pojęciem stosowności, które ma kluczowe znaczenie dla analizy tożsamości owych instytucji, a nawet - w niektórych ujęciach - samego ich istnienia. Otóż w Kościele (tak jak w partii politycznej, na uniwersytecie czy w przedsiębiorstwie) istnieją także pewne wzory "stosowności". I to właśnie ujawnienie owych wzorów uważam za najistotniejszy aspekt obecnego kryzysu lustracyjnego. Pojęcia posłuszeństwa i lojalności, które są fundamentem rozwiązań krytykowanych przez o. Bartosia, nie są złe same w sobie, jeżeli nie wymusza się posłuszeństwa w złej sprawie. Jednak taka lojalność może przybrać również postać znanego z analiz polskich socjologów zjawiska "brudnej wspólnoty", czyli związku, którego treścią jest ochrona niechlubnych zachowań jego uczestników.

Wróćmy w tym kontekście do dość zaskakującej tezy o. Bartosia, który twierdzi, że - zacytujmy ponownie - "niemożliwe jest jakiekolwiek skuteczne samooczyszczanie się Kościoła, jeśli jego prawo nie dysponuje zasadą trójpodziału władz. I na nic się zdadzą apele publicystów. Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie". Pomijając głęboki antropologiczny pesymizm tej tezy, który nie dawałby przesłanek do samego powstania, świętości i przetrwania Kościoła, obala ona też całkiem świecką przesłankę działań naprawczych.

W tym kontekście trzeba powiedzieć, że zbieżność postulatów zmiany ustrojowej i kościelnej lustracji nie jest przypadkowa. Jej rdzeniem nie jest jednak ani "nienawiść", ani "historyczna obsesja". Wyrażają ją bowiem ludzie na tyle młodzi, by nie mógł przyświecać im motyw zemsty. Ich pogląd ma w swej istocie charakter kulturowy. Jest zakorzeniony w mniej lub bardziej uświadomionej diagnozie społecznej oraz pewnym wyobrażeniu o pożądanym - co wcale nie znaczy doskonałym - stanie rzeczy. Wyobrażenie to przedstawia instytucje, których procedury nie uwzględniają powiązań personalnych, instytucje, których cel jest jednoznacznie związany z dobrem publicznym, które podlegają ocenie według kryteriów sprawiedliwości, rzetelności i odpowiedzialności za wynik działania; instytucje, w których czytelność procedur prowadzi do wskazania także osobistej odpowiedzialności za decyzje. Niektórzy uznają ów wzór za nadmiernie anglosaski, nieprzystający do polskiego "familizmu" z jego unikaniem rywalizacji i mówienia sobie wszystkiego prosto w oczy.

Dlatego właśnie kształt polskich instytucji, a zarazem polskiego życia publicznego jest przedmiotem sporu - jego kulturowe tło czyni go długotrwałym i zakorzenia w życiowych postawach. Instytucje kościelne - jak każde inne instytucje, które tworzą ludzie wychowani przez polską szkołę, polską rodzinę, polskie media - podlegają tym samym prawom "społecznej grawitacji". Są zatem taką samą przestrzenią kulturowego sporu. Sporu, który nie niszczy ani polskiej polityki, ani polskiego uniwersytetu - nie zniszczy też i nie zburzy polskiego Kościoła. Ale jest sporem prawomocnym i ważnym. Sporem, który nabrał dynamiki dzięki surowym pytaniom posła Jana Rokity stawianym w komisji śledczej badającej sprawę Rywina. Wtedy łatwo było dostrzec, że pytania dotyczące telewizji publicznej, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Ministerstwa Kultury - mogłyby paść w każdej polskiej instytucji. I w każdej z nich byłyby fundamentem obyczajowej rewolucji.

W sporze tym nie sposób być obojętnym. Można dbać o to, by przekonanie o koniecznej rewolucji instytucjonalnej nie przekładało się na pogardę dla tych, którzy utrzymują je w stanie półformalnej bylejakości, nepotyzmu, nieformalnych i niejasnych procedur.

Nadużyciem nie jest samo toczenie tego sporu, lecz wykorzystywanie autorytetu religijnego dla poniżania przeciwnika lub odbierania jego głosowi autentycznego charakteru. Ma rację o. Bartoś, gdy pisze, że "owocem takich zależności bywa deformacja charakteru, kształtowanie wad osobowości, takich jak bezmyślna uległość, bierność, poddawanie się, schylanie czoła, aż do lizusostwa włącznie". Jednak te same zjawiska, choć w innej skali możliwe są także w życiu naukowym czy kulturalnym. W sporze nie chodzi bowiem o nadzwyczajne wady struktur kościelnych, ale o przyznanie, że w swym ludzkim wymiarze są one podobne innym instytucjom. Im szybciej zatem ujawni się w instytucjach kościelnych spór o reguły, tym dla nich i dla życia publicznego lepiej. Wynik tego sporu może być zarówno impulsem do zmiany czy naprawy obyczajów, jak i wielkim usprawiedliwieniem dla obecnego stanu polskich instytucji. Może stać się dowodem na to, że nikt nie jest wyłączony z obowiązku przyzwoitego zachowania się lub potwierdzeniem tezy, że w zasadzie nikt nie jest na tyle "wolny", by musieć się tak zachowywać. Warto też pamiętać, że rozstrzygnięcie omawianego sporu będzie fundamentalne dla tego pokolenia, które ma dziś kilkanaście lat i na tym przykładzie uczy się zasad postępowania. Jesteśmy im winni pewien obraz Polski, a bohaterowie ostatnich zdarzeń - także pewien obraz Kościoła.

p

, ur. 1967, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 49 z 9 grudnia ub.r. zamieściliśmy jego tekst "Potrzeba dekomunizacji państwa".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj