Ostatnie tygodnie były niezwykle trudne dla wszystkich przyjaciół Polski i polskiego Kościoła na całym świecie. Wciąż jednak wierzę, że polski Kościół stoi dzisiaj przed
wielką szansą odbudowania swojej pozycji strażnika najcenniejszych narodowych wartości i przewodnika w kwestiach moralnych. Aby tę szansę należycie wykorzystać, powinien pamiętać o tym, co
powiedział kiedyś papież Jan Paweł II w rozmowie z francuskim dziennikarzem i filozofem André Frossardem. Ten ostatni zapytał papieża: "Jakie jest najważniejsze słowo w Nowym
Testamencie?". Jan Paweł II odpowiedział bez wahania: "Prawda". Dlaczego? Dlatego że prawda wyzwala, czyni nas ludźmi wolnymi - w najgłębszym możliwym sensie. Z
duchowego wyzwolenia może płynąć naprawdę wiele dobra. To właśnie prawdą żyła Polska w latach 80., kiedy przemiany zainicjowane przez Jana Pawła II i wspierane przez polski Kościół
doprowadziły do bezkrwawej rewolucji roku 1989 i odrodzenia swobód obywatelskich. Niezależnie od wydarzeń ostatnich tygodni ta wielka prawda, że "bez Kościoła i bez
>>Solidarności<< nie byłoby rewolucji roku 1989", pozostaje nienaruszona. Ujawnione teraz opinii publicznej fakty, które stały się przedmiotem krzykliwych
debat, potwierdzają w istocie coś, co wszyscy Polacy od dawna wiedzą i co nie stanowi tajemnicy dla osób zajmujących się polską historią współczesną: nie każdy w tamtych czasach był
bohaterem. Jednak nie zmienia to w żaden sposób dwóch innych oczywistości: po pierwsze, bohaterów w polskim Kościele było wówczas znacznie więcej niż łotrów, a po drugie, funkcjonariusze
komunistycznej policji sporządzający akta przechowywane obecnie w Instytucie Pamięci Narodowej są pod względem moralnym tak samo albo nawet bardziej winni jak ci, którzy kolaborowali z
SB.
Kościół w Polsce ma więc teraz szansę ponownie przejąć kontrolę nad własną historią - jeśli tylko zajmie się dogłębnym zbadaniem działalności władz kościelnych w okresie
komunistycznym, używając do tego celu archiwów IPN-owskich. Oczywiście te materiały są różnej jakości. Niektóre odzwierciedlają raczej ambicje pozbawionych skrupułów agentów SB aniżeli
rzeczywiste sytuacje. Powinno to zostać szczegółowo przeanalizowane. Zarazem jednak akta zawierają informacje, które niewątpliwie powinny ujrzeć światło dzienne, by uwolnić Kościół od
brzemienia niejasnych epizodów własnej historii i by potwierdzić jego ogromne zaangażowanie w walkę o wolność, walkę prowadzoną w niezwykle trudnych warunkach. Płynąca z tego nauka - że
kwestia czystości moralnej jest często ogromnie skomplikowana i złożona - może się Polakom tylko przydać. Stanowi ona też podstawową lekcję demokracji.
Podejmując się zbadania swojej przeszłości, Kościół wykona również ważne zadanie społeczne. Współczesne media rzadko kiedy dysponują narzędziami umożliwiającymi przeprowadzenie
precyzyjnej moralnej analizy - zachowanie większości światowych mediów w trakcie niedawnych wydarzeń potwierdziło tylko tę opinię. Otwierając swoje archiwa, Kościół katolicki pomoże
Polakom zrozumieć, że w czasach komunizmu istniało bardzo wiele różnych odmian i form kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa i że występuje tutaj pewna gradacja: niektóre rodzaje kolaboracji
są bardziej godne potępienia, inne mniej. Niektórzy odbywali okolicznościowe spotkania konieczne dla uzyskania paszportu. Bywali też tacy - nie ma co do tego wątpliwości - którzy
jednoznacznie odrzucali jakąkolwiek możliwość kontaktu z bezpieką. Ich nieugiętość trzeba wyraźnie docenić. Z pewnością jednak w przypadku jakiejkolwiek moralnej oceny tych spraw
podstawowe pytanie winno brzmieć: czy dana osoba, kontaktując się z tajnymi służbami, w sposób świadomy przyczyniała się do krzywdzenia innych. Zdarzali się przecież ludzie, którzy
podejmowali współpracę niejako powodowani własną ambicją - sądzili, że są sprytniejsi niż agenci SB, i czerpali określone korzyści w zamian za dostarczanie informacji będących
źródłem rozpowszechnianych później plotek. Dla mnie są oni raczej głupcami niż łajdakami, jakkolwiek ich głupota nie jest moralnie neutralna. Sprzedajność czy umiłowanie bogactwa
również było grzechem wielu - i jest zdecydowanie bardziej poważną przewiną. Istniała też pewna liczba tych, którzy (znów z powodu głupoty czy pychy) wyobrażali sobie, że mogą -
używając do tego celu swoich konszachtów z SB - budować w Polce bardziej otwarty Kościół. Tak naprawdę stali się jednak posłusznymi wykonawcami politycznych rozkazów służb specjalnych. W
ich przypadku mamy do czynienia ze szczególnie głęboką moralną odpowiedzialnością - zdradzili bowiem zarówno Kościół, jak i społeczeństwo.
Nie można oczekiwać, że polska prasa albo zachodnie media będą w stanie przeprowadzić tak szczegółową i wyważoną analizę, jaką tutaj postuluję. To może zrobić wyłącznie polski
Kościół - we współpracy z wybitnymi naukowcami i poważnymi dziennikarzami. W czasach, kiedy śledziłem uważnie działalność IPN, nieustannie czekałem, aż Kościół wreszcie wykorzysta
tę wielką szansę. Niestety nie wykorzystał jej - i właśnie owo zaniechanie jest przyczyną moralnej katastrofy, z którą mieliśmy do czynienia w ostatnich tygodniach. Ale szansa wciąż jest.
I powinna zostać wykorzystana jak najszybciej - w duchu nauczania Jana Pawła II, który zawsze podkreślał, że prawda wyzwala.
p
Każdy, kto chce naśladować Pawła z Tarsu i dążyć do jak największej wolności w dziedzinie wiary, musi wciąż od nowa zadawać sobie pytanie o to, na czym polega ludzka wolność
w kontekście politycznym i psychologicznym. Nie wolno ograniczyć się do poprawnych stwierdzeń teologicznych dotyczących tego, w co powinniśmy wierzyć, nie wolno też oddzielać teologii od
życia. Tylko prawda pozwala przemienić wolność wiary w wolność doświadczenia i działania.
Prawda zawsze ma działanie wyzwalające. Dlatego biskup Wielgus od początku miał obowiązek mówienia prawdy. Polacy kochają Kościół i wierzę, że gdyby biskup od razu przyznał się do
swoich błędów, mógłby liczyć na zrozumienie, a nawet na wybaczenie i drugą szansę. Nigdy nie miałem okazji poznać go prywatnie i bardzo trudno jest mi powiedzieć, jak wiele spośród jego
zachowań wynikało z czynników osobowościowych. Jestem jednak pewien, że ważniejsze było w tym przypadku negatywne oddziaływanie systemu, który stanowi hierarchiczna struktura Kościoła
katolickiego. Widać to wyraźnie, gdyż przypadek biskupa Wielgusa jest już kolejnym - wcześniej była choćby sprawa księdza Czajkowskiego.
Kościół katolicki jest organizacją, w której od nikogo nie wymaga się, by określał we własnym sumieniu, co jest dobrym, a co złym postępowaniem. Zarówno wierni, jak i księża są
przyzwyczajeni do sytuacji, w której tego rodzaju decyzje podejmowane są przez wyżej postawionych od nich. Pragnę podkreślić, że w Niemczech mieliśmy przecież do czynienia z problemami
bardzo podobnymi do tych, z którymi boryka się dziś Polska. Zarówno po 1945 roku, jak i po zjednoczeniu Niemiec kilkanaście lat temu musieliśmy poradzić sobie z bolesnym problemem współpracy
duchownych z reżimem - najpierw nazistowskim, a potem komunistycznym. Rozliczając duchownych, stosowaliśmy jedną ważną zasadę. Nie zemsta, lecz emerytura - zwykliśmy wtedy mówić. Do
odejścia na emeryturę po 1989 roku skłoniono wielu duchownych, którzy pisali donosy dotyczące wiernych albo relacjonowali tajnej policji zachowanie swoich kolegów profesorów oraz
studentów.
Zauważmy, że w dawnej NRD, która dość szybko poradziła sobie z grzechami Kościoła w latach komunizmu, większość duchownych stanowią nie katolicy, lecz protestanci. Ci ostatni, co wynika z
samego sedna ich religii, zmuszeni są zawsze do samodzielnej oceny, jak należy się zachować. Hierarchia Kościoła katolickiego natomiast z definicji wybiera jako adeptów ludzi słabszych,
którzy podporządkują się nakazom płynącym z góry.
Któż zaś jest na samym szczycie katolickiej hierarchii? Papież. W ocenie zachowania Benedykta XVI wolałbym być ostrożny, jednak pewna obserwacja wydaje mi się niezwykle istotna. Znałem
Josepha Ratzingera, już kiedy wykładał na uniwersytecie w Tybindze i pamiętam go jako człowieka co prawda bardzo inteligentnego, ale zarazem pełnego strachu. Już wtedy obawiał się nawet
zasypujących go pytaniami studentów. Bał się ich tak bardzo, że przeniósł się w końcu z Tybingi w inne miejsce. Niepokój i obawa nie są dobrymi doradcami, gdy przychodzi do podejmowania
ważnych decyzji. Ta w sprawie biskupa Wielgusa była w równej mierze podyktowana strachem, jak przeprosiny wobec muzułmanów po niefortunnym wystąpieniu w Ratyzbonie.
Reasumując, polski Kościół w pewnym stopniu może wyjść poza błędne koło, w które popadł. Co do skali tej poprawy byłbym jednak pesymistą - jest to bowiem problem całego Kościoła
katolickiego.
p
Przyznanie się arcybiskupa Wielgusa do winy było bardzo bolesnym aktem. Wyznanie to było publiczne - musiało takie być - i spowodowało wielki ból, zarówno w polskim
społeczeństwie, jak i w Kościele. Oczywiście nie znamy jeszcze całej prawdy o tym, co zaszło. Wiemy jednak, że nawet pojedynczy moment kapitulacji wobec Służby Bezpieczeństwa w latach
długiego sowieckiego koszmaru sprawiał, że ten, kto podpisywał podsunięty dokument, na zawsze stawał się podatny na szantaż. Dlatego sprawa arcybiskupa jest osobistą tragedią człowieka -
to właśnie jest w niej tak zasmucające. Może się jednak okazać, że sprawa arcybiskupa rozpocznie w Polsce nową erę. Byłaby to epoka większej szczerości i otwartości oraz prawdziwego
rozwiązywania problemów związanych z nieprzyjemną przeszłością, o której wszyscy najchętniej by zapomnieli.
Wiele lat temu, podczas Soboru Watykańskiego II (gdzie po raz pierwszy usłyszałem nazwisko Karola Wojtyły), napisałem historię drugiego posiedzenia Soboru w 1963 roku, posiedzenia, które
zatytułowane było "Kościół otwarty". Zgodnie z jego przesłaniem Kościół powinien być transparentny niczym tafla szkła, by światło Bożej łaski mogło przenikać do
jego wnętrza i z tego wnętrza promieniować na wiernych. Czytelnicy tygodnika "Europa" rozpoznają z pewnością, że wielki filozof polityki Karl Popper argumentował podobnie,
gdy chodziło o wolne społeczeństwo, o s p o ł e c z e ń s t w o o t w a r t e - z tym tylko wyjątkiem, że to nie łaska Boża, lecz szczerość i racjonalność miały zgodnie z jego wizją
emanować z takiej wspólnoty. O te dwa cele - społeczeństwo otwarte i Kościół otwarty - zawsze warto walczyć. Musimy wciąż zaczynać od nowa, by postępować lepiej niż w przeszłości.
Często jest to możliwe dzięki bardzo skromnym środkom, choćby takim jak dobrana z odpowiednich osób, całkowicie godna zaufania komisja badawcza, która powinna zostać powołana do
analizowania akt tajnej policji i regularnie co jakiś czas publikować raporty ze swoich działań.
Taki proces musi być wspierany przez miłosierdzie i przebaczenie, jako że światło sprawiedliwości bywa czasem tak silne, iż człowiek nie jest w stanie go znieść bez pomocy. Imperatyw
miłosierdzia był wielokrotnie głównym tematem wczesnych encyklik papieskich Jana Pawła II.
Wiele społeczeństw na całym świecie - od Chile po Afrykę Południową - dowiedziało się z własnego doświadczenia, że najlepszym remedium na zagnieżdżony we wspólnocie ból jest szeroko
pojęta szczerość w sferze publicznej i publicznie wyrażona skrucha. Nawet jeśli narody nie są w stanie zawsze wymierzyć odpowiedniej kary, to jeśli pragną uleczenia tkanki społecznej,
muszą domagać się przynajmniej szczerości, prawdy, otwartości i publicznej skruchy za wyrządzone zło.
Jako Amerykanin patrzący na wydarzenia w waszym kraju z bardzo daleka, ale mający w sercu wielką miłość dla niego odczuwam głęboki smutek i współczucie dla wszystkich mieszkańców Polski,
dla Kościoła polskiego, dla arcybiskupa, który ostatecznie zrezygnował z piastowania urzędu w Warszawie, i wreszcie - dla jego rodziny. Powinniśmy jednak pamiętać, że wiele osób w Polsce -
nie tylko w Kościele, ale także wśród zwykłych ludzi oraz wśród tych, którzy sprawowali władzę - zachowywało się w sposób heroiczny. Jestem więc pewien, że Polska już wkrótce będzie
w stanie wydobyć się z obecnego zamieszania, pozbyć złych namiętności i wejść w nową erę.
p
Sprawa biskupa Wielgusa wskazuje na szerszy problem w polskim Kościele. Instytucja ta jest zbyt blisko związana z władzą polityczną, a w zbyt małym stopniu spełnia zadania czysto
religijne. Są to konsekwencje faktu, że Kościół katolicki w Polsce cieszy się ogromnym autorytetem społecznym - było tak zarówno przed 1989 rokiem, jak i później. Silny autorytet
społeczny połączony z koniecznością obrony przed władzą polityczną, jaka istniała w latach komunizmu, może prowadzić do przekraczania wytyczonych granic działania. We Włoszech mieliśmy
do czynienia z bardzo podobną sytuacją po zawarciu konkordatu w 1929 roku. Jeśli w społeczeństwie istnieje jakaś duża i silna organizacja (niekoniecznie religijna, na przykład wielka firma,
jak Fiat we Włoszech) to nie może nie współpracować w jakiś sposób z władzami. Stąd, chociaż nie usprawiedliwiam kontaktów biskupa Wielgusa i wielu innych ze Służbą Bezpieczeństwa, to
jednak jego zachowanie wydaje mi się zrozumiałe.
We Włoszech nie ma dziś co prawda problemu biskupów, którzy byli szpiegami pracującymi dla reżimu, pamiętam jednak, co działo się podczas wojny. Z jednej strony księża katoliccy blisko
współpracowali z faszystami, a z drugiej - jak dobrze już dzisiaj wiadomo - biskup Montini, przyszły papież Paweł VI, był podczas wojny ściśle związany z tajnymi służbami Stanów
Zjednoczonych. W pewnym sensie było to zjawisko pozytywne, gdyż Stany Zjednoczone sprzeciwiały się faszyzmowi. A jednak rodzi się pytanie: czy taka sytuacja nie jest dwuznaczna? Kiedy Kościół
jest zbyt silny i wpływowy, samoczynnie wytwarza to szereg zupełnie "niereligijnych" problemów.
Kryzys w Kościele polskim jest w rzeczywistości odbiciem ogólnej negatywnej sytuacji w Kościele katolickim na całym świecie. W krajach zachodnich Kościół nie boryka się co prawda z
ujawnianiem agentów tajnych służb, wszędzie jednak pojawiło się wyzwanie związane z problemem konstantyńskim - jeśli można to tak określić. Pragnienie cesarza Konstantyna, by zespolić
instytucje religijne z władzą polityczną, staje się na nowo aktualne - Kościół niebezpiecznie zbliża się do władzy. Obserwujemy już konsekwencje tego zjawiska, czyli odpływ wiernych w
stronę Kościołów protestanckich, które na pierwszym miejscu stawiają przeżycie religijne.
Włosi nie akceptują dziś związków Kościoła z władzą polityczną także dlatego, że przez długi czas mieliśmy do czynienia z jego ingerencjami w prace rządu. Mam nadzieję, że w Polsce
zaistnieje podobna sytuacja i Polacy ostatecznie stracą zaufanie do Kościoła jako instytucji bliskiej władzy politycznej. Będzie to nieuniknione w sytuacji, gdy wyjdą na jaw kolejne przypadki
współpracy z komunistycznymi służbami. Wtedy Kościół powróci być może na właściwe mu miejsce - instytucji religijnej bez silnej identyfikacji z narodowym sumieniem, a za to pełniącej
ważną rolę duchową. Innymi słowy, im Kościół będzie biedniejszy i im bardziej jego pasterze skłonni będą przyznawać się do własnych błędów, tym lepszymi będziemy
chrześcijanami.