Dziennik Gazeta Prawana logo

Gdzie znaleźć schronienie

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

(1907-1973)

Co zostało z Audena? Obiegowa opinia, powtarzana przez większość akademickich podręczników Nortona od końca lat 70. ubiegłego stulecia, głosi, że w poezji Audena najlepszy był początek jego kariery, gdy poeta wydał tomy "Wiersze" (1928) i "Oratorzy" (1932), oraz sam jej koniec, gdy ukazały się "Wybrane dłuższe wiersze" (1969) i pośmiertny tom "Dziękuję, mgło" (1974). Dlaczego pierwsi badacze Audena odrzucali "środek" tego ogromnego tortu? Wydaje się, że to raczej tomy "Tarcza Achillesa" z 1955 roku czy "W hołdzie Klio" z 1960, czyli te, które należą do środkowego etapu jego twórczości, tak naprawdę stanowią o wielkości poety. Być może klasycyzujący ton medytacji z morałem w finałowym kuplecie nie mógł robić wrażenia na czytelnikach (i krytykach) dojrzewających intelektualnie w ceniących awangardowość latach 60. i 70., gdy zajaśniały gwiazdy Thomasa Pynchona, Harry'ego Matthewsa czy Johna Ashbery'ego. Dopiero z perspektywy pierwszej dekady nowego milenium poezja Audena staje się bardziej jednolita, jakby bieg czasu wygładzał jej fałdy i meandry. Czy jest raczej klasyczna niż awangardowa? Niech będzie, że tak. Ale przede wszystkim jest poezją Audena...

p

Królestwo liczb całe jest z granic,
Które mogą być piękne i muszą być prawdziwe;
Spytać, czy jest duże czy małe, to zdradzić,
Że jest się kochankiem wiernym wciąż tym samym twarzom.

Miłującym małe liczby brak piątej klepki;
Sądzą oni, że każda opowieść ma trzynaście rozdziałów,
Hodują sobowtóry zwierząt, noszą pentagramy,
Millenaryści, czciciele Bacona, wierzą, iż ziemia jest płaska.

Miłujący wielkie liczby zupełnie toną w szaleństwie;
Pragną zlikwidować Szwajcarię, a nas wszystkich ochrzcić,
Nauczyć gry w baseball, oddać w łapy dyktatorów i dentystów:
Opróżniają bary, psują imprezy, kandydują do Kongresu.

Prawdą jest, że każda liczba może się przydać
Twarzom, a Jeden jest dla nich zawsze rzeczywiste.
Ale którą liczbę nazwiemy dobrą, skoro nazwanie
Nieskończoności liczbą nie czyni nic dobrego?

(czerwiec 1950)

My też poznaliśmy złote godziny,
Gdy ciało i dusza brzmią jednym tonem.
Tańczyliśmy z tymi, których kochaliśmy,
A księżyc w pełni sunął nieboskłonem.
U Escofiera siadaliśmy za stołem
Pośród szlachetnej kompanii,
A nasze języki były wesołe
Do końca wystawnej biesiady.
Czuliśmy jak natarczywa chwała
Rozdziera naszą powściągliwość.
Śpiewem dudniły nam serca,
Ożywał dawnych dziejów splendor.
Lecz wyświnione i wyśmiane
Przez pożądliwy tłum,
Przeinaczone przez wydawców,
Aby ogłupić tłum,
Słowa takie jak Pokój, Braterstwo,
Ba, każde mądre twierdzące zdanie
Zostało spodlone i skalane,
Żadna cnota stylu nie stawiła
Czoła temu pandemonium,
Jedynie sotto voce i drwina,
Jednobarwna ironia.
I gdzie znaleźć schronienie
Dla radości czy duchowej pogody,
Gdy ocalały jedynie cienie
Przedmieść niezgody.

(1950)

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj