Jan Mazoch - skoczek, który miał poważny wypadek na skoczni w Zakopanem - mógł trafić do szpitala w Krakowie w ciągu godziny i czterdziestu minut.
"Zaraz po wypadku dyżurny ratownik z Lotniczego Pogotowia Lotniczego w Warszawie zadzwonił do szpitala w Zakopanem i zgłosił, że rannego można przetransportować naszym śmigłowcem. Po kilku minutach usłyszał w słuchawce, że szpital zrobi to karetką, bo tak będzie szybciej" - powiedział dziennikowi.pl rzecznik Lotniczego Pogotowia Ratunkowego Robert Gałązkowski.
W szpitalu w Zakopanem odmówiono nam komentarza na ten temat. Tymczasem anestezjolog z 32-letnim doświadczeniem - który tam pracuje i który nie chciał wystąpić pod swoim nazwiskiem - przyznał, że lotniczy transport zawsze jest lepszy dla zdrowia pacjenta z uszkodzeniem głowy, bo w trakcie lotu nie ma takich wstrząsów, jak w karetce.
Śmigłowiec Augusta musiałby wystartować ze stolicy, ale czas przelotu na trasie Warszawa-Zakopane-Kraków wyniósłby zaledwie godzinę i czterdzieści minut - twierdzi rzecznik.
Na miejscu w Zakopanem był śmigłowiec TOPR, ale nie mógł polecieć, ponieważ przepisy zabraniają pracować pilotom tuż przed zachodem słońca. Rannego czeskiego skoczka do Krakowa wieziono karetką, a helikopter TOPR w tym czasie bezczynnie stał na lotnisku.
"Pracujemy tylko w ciągu dnia" - mówi pilot TOPR z Zakopanego, który prosił o zachowanie anonimowości. Dodaje, że na miejscu jest tylko czterech pilotów, którzy latają w systemie zmianowym i przed zachodem słońca idą do domów.
Ciężko ranny czeski skoczek narciarski Jan Mazoch jest w stanie śpiączki, w którą dla jego bezpieczeństwa wprowadzili go lekarze, ale jego stan jest stabilny. Jutro będą go wybudzać. Wtedy będzie można powiedzieć więcej o jego stanie.