Radek cierpi na bardzo rzadką chorobę - Kawasaki - pisze "Fakt".
Nazwa pochodzi od japońskiego uczonego, który ją po raz pierwszy opisał. To zapalenie naczyń krwionośnych, które dotyka małe dzieci na całym świecie.
"W Europie choruje zaledwie 11 na 100 000 dzieci poniżej 5. roku życia. U większości choroba ustępuje bez leczenia, ale jedna piąta chorych narażona jest na powstanie tętniaków w
naczyniach wieńcowych - tętnicach, które w krew zaopatrują serce" - tłumaczy dr Monika Kowalczyk, kardiolog z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.
Nie wiadomo, co jest przyczyną tej choroby. Najpierw pojawia się infekcja. A organizm źle rozpoznaje atakujące go mikroby i zamiast je zniszczyć, atakuje sam siebie. Pierwsze objawy to
gorączka, wysypka, malinowy język, zaczerwienione ręce i nogi, czerwone spojówki. Potem rozwija się zapalenie naczyń krwionośnych, powstają tętniaki: milimetrowe tętnice potrafią
rozszerzyć się do średnicy kciuka dorosłego człowieka.
W tym miejscu powstają zakrzepy. Odcinają dopływ krwi. Dochodzi do zawału serca, który może skończyć się śmiercią dziecka - pisze "Fakt".
Radek zachorował, gdy miał pół roczku. Najpierw było zapalenie jamy ustnej i spojówek. Lekarze stwierdzili infekcję, dostał antybiotyk. Pojawiła się wysypka.
" Myślałam, że to uczulenie" - opowiada "Faktowi" mama Radka, Grażyna. "Lekarze zaczęli podejrzewać sepsę. Radek dostał skierowanie do
szpitala".
Miesiąc trwało, nim lekarze postawili diagnozę. Chłopiec trafił do Centrum Zdrowia Dziecka. Zaczęła się walka z chorobą. Stan chłopca zaczął się poprawiać, ale w marcu zeszłego roku
lekarz na badaniu ekg odkrył straszną prawdę. Radek miał zawał serca. W domu, bezobjawowo. Poczuł lekkie ukłucie, ale się nie skarżył. Przeżył, lecz serce zostało uszkodzone.
W listopadzie, podczas kolejnego badania, serce chłopca na chwilę stanęło. Dwa razy.
" Zdecydowaliśmy, że mogła tu pomóc tylko operacja" - mówi dr Zbigniew Juraszyński, kardiochirurg z Instytutu Kardiologii w Aninie, który operował chłopca.
Operacja na otwartym sercu przebiegła zgodnie z planem. Była trudna, bo serce trzylatka ma wielkość mandarynki, a tętnice piersiowe, które trzeba było zszywać, średnicę 1 mm.