"Nie mam sobie nic do zarzucenia" - mówi "Życiu Warszawy" Marek Durlik, szef szpitala MSWiA. Tak reaguje na aresztowanie kardiochirurga podejrzanego o korupcję i zabójstwo. Tymczasem - jak wynika z informacji gazety - pod bokiem szefa kliniki już wcześniej dochodziło do alarmujących praktyk: przyjmowania gangsterów i wystawiania im podejrzanych zaświadczeń. Trzy lata temu warszawski sąd ostrzegał szefa kliniki o nieprawidłowościach.
Do rządowej kliniki, obok ministrów, trafiali gangsterzy. Dzięki lekarce szpitala znalazło się tam łóżko dla mafiosa Roberta B. Również dzięki opinii lekarza tego szpitala w 1998 roku
wyszedł na wolność boss grupy pruszkowskiej Andrzej Z. ps. Słowik, a później przepadł tak, że policja musiała go ściągać z Hiszpanii. Sprawy zaświadczeń wystawione gangsterom przez
lekarzy z kliniki MSWiA bada w wątku lekarskim śledztwa dotyczącego gangu pruszkowskiego Prokuratura Okręgowa w Warszawie.
W czerwcu 2004 roku do szpitala trafił Robert B. Ominął kolejkę dzięki dr Monice B. z Kliniki Neurochirurgii. Lekarka przyjęła go w prywatnym gabinecie i już następnego dnia gangster miał
łóżko w szpitalu dla VIP-ów, czyli przy Wołoskiej. "Bedzio" skarżył się na dyskopatię, nazywaną chorobą gangsterów.
Dr Monika B. wykonała u niego prosty zabieg, po którym miał się leczyć w szpitalu MSWiA trzy tygodnie. Jednak pacjentem zainteresował się sąd, który chciał zamknąć go w więzieniu, by
odsiedział wyrok. Skazanego znalazł w rządowej klinice. Sąd sprawdził zwolnienia "Bedzia" i uznał, że jego leczenie ma jeden cel: ucieczkę przed więzieniem.
Sąd wysłał do kliniki karetkę, która przewiozła gangstera do więzienia na Rakowiecką w Warszawie. "Bedzio" odsiedział karę, a za utrudnianie postępowania stracił 200
tys. kaucji - relacjonuje "ŻW".