Górnicy pracujący w kopalni "Halemba" powinni mieć ze sobą wykrywacze gazów - tzw. detektory ATX. Do tego specjalne czujniki na ścianach. Gdy stężenie metanu wzrasta, urządzenia piszczą, górnicy przerywają pracę, na dół zjeżdżają ekipy ratowników, by przewietrzyć chodnik.

"Przy takim stężeniu gazu, jakie było w tym rejonie, nie prowadzi się robót górniczych" - twierdził prezes Wyższego Urzędu Górniczego Piotr Buchwald. Stężenie wynosiło od 5 do 15 proc. Bezpieczna norma to 2 proc.

Dlaczego górnicy z "Halemby" nie uciekli? Jeśli mieli ze sobą detektory, mogły być uszkodzone w taki sposób, że nie wskazywały właściwego poziomu stężenia, a górnicy nie byli świadomi zagrożenia. Tak twierdzą trzej biegli, których powołała prokuratura w Gliwicach wyjaśniająca przyczyny tragedii - pisze gazeta.

Eksperci badali detektory górników pracujących w tym samym miejscu, w którym zginęło 23 kolegów. Nie mogą zbadać urządzeń feralnej zmiany, bo wciąż ich nie odnaleziono. Na poziomie 1030 m jest bardzo wysoka temperatura - 106 stopni Celsjusza. Nie można niczego stamtąd wydobyć. Wizja lokalna będzie najwcześniej po Wielkanocy i dopiero wtedy prokuratura będzie mogła zbadać, czy górnicy mieli detektory, a jeśli tak, to ile.

Specjaliści wykryli, że ze wszystkich sześciu zbadanych urządzeń wymontowano jedną drobną część. W każdym tą samą. Jej brak powodował, że detektor fałszował odczyty. Nie piszczał też, gdy stężenie metanu przekraczało normę i groziło wybuchem.

Jak ustaliła "Gazeta", biegli wykluczyli przypadek. Ich zdaniem, było to działanie celowe. Potwierdza to prokuratura: "Badamy, jak to było możliwe oraz kto i na czyje polecenie to zrobił" - mówi rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach Michał Szułczyński.



W listopadzie wybuch metanu i pyłu węglowego zabił w kopalni "Halemba" 23 górników. Ich zwęglone ciała wydobywano przez kilka dni z głębokości 1030 metrów.

Kompania Węglowa, do której należy kopalnia "Halemba", zaprzecza tym doniesieniom. Twierdzi, że czujniki zostały wcześniej wycofane z użytku.