p

Marcin Król*

Wzory i autorytety

W okresie renesansu i jeszcze w całym XVII wieku autorytetami dla nowej warstwy intelektualistów, ale także dla wszystkich ludzi myślących byli starożytni. Zarówno Montaigne, jak i Machiavelli stale odwołują się do starożytnych w dwu odmiennych celach. Po pierwsze, by przedstawić reguły poprawnego myślenia lub działania i po drugie, by wykorzystać doświadczenia starożytnych dla opisu i oceny współczesności. I nie ma większego znaczenia fakt, że nasza wiedza o prawdziwym kształcie starożytności (zwłaszcza starożytności greckiej) była i jest minimalna. Dla Montaigne'a, Machiavellego i licznych innych ważne było, że mieli autorytety i zasób doświadczenia historycznego, które dawało im podstawy do myślenia o świecie nowożytnym.

W XVII wieku pojawia się nowy zasób wiedzy wykorzystywanej w tych samych celach. Jest to wiedza o przeszłości już nowożytnej, ale odległej. Uderzająca jest nowoczesność Szekspira, który korzysta z wiedzy o historii własnego kraju i w ten sposób stwarza szczególne standardy dla myśli angielskiej, która później będzie (przytoczmy tu nazwiska Hume'a czy Burke'a) odwoływała się do własnej tradycji w celu poszukiwania autorytetów. Doprowadzi to stopniowo do wyodrębnienia tej myśli od myśli kontynentalnej i dopiero w drugiej połowie XX wieku nastąpi ponowne zetknięcie się i wymieszanie tych dwu przez długi czas odrębnych nurtów.

Bo też Europa kontynentalna znalazła własne nowe doświadczenia, nowe wzory i autorytety. Rewolucja francuska i okres napoleoński to wprawdzie wciąż jeszcze odwołania do starożytności. Rewolucjoniści francuscy nie umieli mówić językiem historii Francji, która była im nienawistna, więc mówili językiem starożytności - szczególnie upodobali sobie zestawienie Aten i Sparty. Napoleon odwoływał się oczywiście do cesarstwa rzymskiego. Jednak wyobraźnia jakobinów nie mogła już tak swobodnie żywić się antycznymi przykładami, a sami jakobini byli w większości ludźmi mało wykształconymi i nie znali przeszłości, więc rozważali formy abstrakcyjne i utopijne oraz próbowali je zastosować do współczesności, co czasem przynosiło dziwaczne, a czasem wręcz groteskowe efekty.

Choć rewolucja i czasy napoleońskie trwały zaledwie 26 lat, to potem dla znacznej części intelektualistów kontynentalnych stały się punktem odniesienia, terenem eksperymentalnym, na którym jedni poszukiwali wzorców negatywnych, inni pozytywnych. Tylko nieliczni - jak Alexis de Tocqueville - potrafili czasy rewolucyjne poddać chłodnej ocenie. Do naszych czasów rewolucja francuska stanowiła punkt odniesienia i arsenał symboli, co ze zdumieniem i nadzieją, że wreszcie zrzucimy z siebie ten balast, opisywał znakomity historyk Fran?ois Furet. Tak się też stało, ale przez cały okres powojenny do 1989 roku intelektualiści mieli inny punkt odniesienia, a mianowicie totalitaryzm - bolszewicki i nazistowski.

Reklama

Wszystkie te okoliczności sprawiały, że zadaniem intelektualistów było interpretowanie świata i wskazywanie zainteresowanym możliwości rozumienia rzeczywistości publicznej. Tych zainteresowanych było zawsze bardzo wielu, w szczególności od czasu pojawienia się klasy średniej, która intelektualistów traktowała jako nauczycieli życia czy - jak to nazwano we Francji - "mandarynów". We Francji i wielu innych krajach "mandaryni" byli lewicowi lub prawicowi, ale ich cechę wyróżniającą stanowił fakt, że byli autorytetami, wskazywali, jakie są wzory i jak rozumieć świat. Reszta obywateli stosowała się do ich wskazówek. Przykład, powiadano, idzie z góry, a na tej górze znajdowali się "mandaryni". Po 1989 roku, nie tylko z powodu rozpadu systemu totalitarnego, zaczęli oni stopniowo z owej góry znikać, aż doszło do tego, że znikła też sama góra, bo nikogo już przykład z góry nie interesuje.

Poza rozpadem totalitaryzmu przyczyną zniknięcia intelektualistów pełniących funkcję "mandarynów" stał się po prostu brak zapotrzebowania na tę rolę społeczną, który wynikał z faktu, że znikła klasa średnia w tradycyjnym socjologicznym rozumieniu. Mamy albo do czynienia ze społeczeństwami, w których niemal wszyscy są wykształceni i sami wiedzą, co myśleć o świecie, albo ze społeczeństwami, które cechuje skrajny indywidualizm oraz brak zainteresowania rzeczywistością publiczną, a więc i brak zapotrzebowania na tych, którzy by pełnili rolę jej interpretatorów. Przykład albo idzie z dołu, jak pisał Eric Hobsbawm, albo przykładu nikt już nie potrzebuje. Jest to sytuacja, z którą, jak się wydaje, będziemy mieli do czynienia przez najbliższe dekady, gdyż stanowi ona rezultat nieodwracalnych zmian cywilizacyjnych. Dobrze ilustruje tego rodzaju zmiany zjawisko blogów. Myślicielem jest tu potencjalnie każdy - to nadzwyczajny sukces demokracji, choć związany z wielkim ryzykiem. Zniknięcie zapotrzebowania na autorytety intelektualne czy na "mandarynów" nie jest więc niczym złym i nie mam zamiaru nad tym ubolewać, chociaż próżnych żalów nie brakuje.

Próżne żale

Pretensje i żale motywowane są w najrozmaitszy sposób. Najmniej interesująca jest argumentacja wynikająca z poczucia utraty władzy i szczególnej - jak to się dzisiaj mówi - "misyjnej" roli. Nikt naturalnie nie lubi, kiedy jego znaczenie społeczne i znaczenie społeczne funkcji, jaką wykonuje, ulega degradacji, ale czasem jest to rezultatem przemian, na które po prostu nie ma rady. Zanika zawód szewca, bo na ogół nie zelujemy już butów, zanika (na świecie, nie w Polsce) rola i kultura całej wielkiej warstwy społecznej, czyli chłopów, i chociaż czasem żal nam specyfiki pejzażu i tradycji, jakie istniały dzięki chłopom, to jednak ich miejsce nieubłaganie zajmuje producent rolny, który uprawia ziemię dlatego, że przynosi ona zysk, i równie dobrze mógłby zajmować się produkcją komputerów. Zmiany cywilizacyjne to zatem najbanalniejsze wyjaśnienie nowego miejsca intelektualistów w społeczeństwie.

Inna argumentacja odwołuje się do bliskiego mi rozumowania, które jednak utraciło znaczenie. Powiadano bowiem i powiada się często jeszcze dzisiaj, że nawet w demokracji niezbędne jest istnienie elit. Elit, oczywiście wyróżniających się nie uprawnieniami obywatelskimi czy majątkowymi, lecz szczególną rolą, jaką pełnią, niosąc kaganek oświaty. Bez takich elit - głosi wspomniany pogląd - demokracja staje się władzą motłochu, dochodzi w niej do "buntu mas". Zapewne przez wiele stuleci takie uzasadnienie potrzeby istnienia elit było trafne, jednak we współczesnej demokracji, w której siłą rzeczy istnieją rozmaite elity - niekoniecznie chciane czy pożądane - dalsze istnienie elity intelektualistów nie ma uzasadnienia. Wprawdzie dalej obowiązuje i zapewne będzie obowiązywał jeszcze bardziej rygorystyczny podział na mądrych i głupich - by przytoczyć tylko ideę nieuchronnego podziału na "ludzi wiedzy" i "ludzi usług", który lansował nieżyjący już Peter Drucker (podziału zresztą całkowicie niedemokratycznego i ocierającego się o nowy typ rasizmu) - ale nie jest to podział na intelektualistów i resztę. Ludzie wiedzy to bowiem ci, którzy w elektronicznym świecie potrafią wiedzę wykorzystywać i nią manipulować, a reszta to ci, którzy mają po prostu zbyt niski współczynnik inteligencji, by to robić.

Intelektualistów odróżniano wreszcie jako uczestników (i to jedynych możliwych) tego, co uważano za niezbędne dla demokracji, a mianowicie debaty publicznej. Pisząc o debacie publicznej, należy jasno odróżnić dwie sprawy: potrzebę debaty i to, kto ją powinien prowadzić. Otóż nie jest wcale oczywiste, że debata publiczna jest dla demokracji w dalszym ciągu niezbędna. Założenie jej niezbędności wynikało przecież z takiego oto rozumowania: rozmaite sprawy publiczne powinny - zanim zapadnie polityczna decyzja - być omówione przez społeczeństwo, a ponieważ społeczeństwo nie jest w stanie w całości prowadzić stosownej debaty, intelektualiści, prowadząc dialog i spierając się, prezentują rozmaite możliwe podejścia i rozwiązania, czyli są głosem społeczeństwa. Tak argumentując, pisano wiele o potrzebie komunikacji, demokracji deliberatywnej czy też o specyficznej roli uczonych. Poglądów takich do dzisiaj bronią Jürgen Habermas, Robert A. Dahl i wielu innych teoretyków demokracji. Jednak nie jest jasne, czy społeczeństwa naprawdę oczekują debaty, skoro nawet w okresach przedwyborczych ich uwaga skupiona jest raczej na emocjach niż na problemach merytorycznych, skoro programy polityczne - jak ostatnio w Wielkiej Brytanii - mieszczą się na kartonikach wielkości karty kredytowej i skoro bardzo wiele problemów ma charakter raczej techniczny (globalne ocieplenie) albo czysto moralny (aborcja). W obu przypadkach tradycyjnie pojmowana debata publiczna nie ma żadnego sensu.

Natomiast pozostały oczywiście zachowania bliskie debaty publicznej, jednak prowadzonej na innej niż dawniej zasadzie. Pod tym względem sytuacja w Polsce jest karykaturalna, ale w innych krajach zachodnich także dalece nienadzwyczajna. Otóż głównymi uczestnikami debaty stali się publicyści i dziennikarze. Najwybitniejsi spośród debatujących to albo znakomici niegdyś uczeni, albo inteligentni dziennikarze, którzy znają się na wszystkim. Najciekawsi nawet publicyści piszą niemal o wszystkim z równym poczuciem kompetencji i - co w Polsce jest szczególnie widoczne - chętnie wszczynają wojny między sobą, które w istocie służą przede wszystkim temu, żeby było dalej o czym pisać. Można zatem powiedzieć, że publicyści ci nie tylko nie prowadzą debaty publicznej, która miałaby zmierzać do ustalenia jakiegoś wspólnego stanowiska czy chociażby kompromisu, ale - przeciwnie - sztucznie podsycają różnice i delektują się niedemokratycznymi z natury sporami moralnymi czy też sporami o moralność. Tendencję tę wzmacnia rosnąca nieustannie rola telewizji, która ubóstwia kontrowersje, a nie znosi zgody. Telewizje wszystkich krajów w istocie szczują na siebie zwolenników nieco tylko odmiennych poglądów - wyłącznie po to, by trwał nieustający i jedynie z nazwy "demokratyczny" spektakl. Publicyści zaś bardzo chętnie w tym procesie uczestniczą, gdyż - co od dawna wiadomo - znacznie łatwiej zabłysnąć, krytykując cudze poglądy niż przedstawiając wyrobione i przemyślane poglądy własne.

Nowe zadania intelektualistów

Zmiana cywilizacyjna nie powoduje jednak, by intelektualiści przestali być potrzebni. Są potrzebni, ale w nowej roli, której zrozumienie i praktykowanie wymaga nie tylko woli samych intelektualistów, ale także przedstawicieli klasy politycznej i społeczeństwa. Po pierwsze, sami intelektualiści muszą się pogodzić z utratą swojej "misyjnej" funkcji, po drugie muszą dostosować się do nowej funkcji - nie tyle proroków, ile doradców - i, po trzecie, muszą istnieć chętni, którzy będą chcieli i umieli słuchać ich rad. A owi chętni to zarówno przedstawiciele społeczeństwa, jak i klasy politycznej. Zresztą funkcja doradcy była tradycyjną funkcją intelektualisty i dopiero w późnej nowożytności została zastąpiona przez specyficzną rolę intelektualisty-mandaryna. Za doradcę miał się Machiavelli, kiedy pisał "Księcia" i - co charakterystyczne - do dzisiaj trwa spór o to, komu naprawdę doradzał: księciu czy ludziom. Doradcami monarchów byli także inni autorzy piszący w następnym stuleciu, wśród nich polscy myśliciele polityczni. Monarchowie albo ich słuchali i postępowali zgodnie z ich wskazówkami, albo nie. Ale taki już jest los doradcy - powinien czuć się usatysfakcjonowany, jeśli w ogóle jest słuchany, a nie dopiero wtedy, gdy jego rady są wcielane w życie. Doradca powinien zatem tak formułować swoje opinie, by wynikały z nich praktyczne konsekwencje i by mogły trafić na podatny grunt. W niczym to nie uwłacza czysto teoretycznej refleksji, z jakiej intelektualiści nie mogą zrezygnować, jeżeli mają mieć cokolwiek do powiedzenia. Wymusza jednak wysiłek, do jakiego nie wszyscy są skłonni i którego sensowność nie wszyscy dobrze rozumieją. Dobrym przykładem tego, jak nie należy pojmować zadania doradcy, są polskie pretensje, szczególnie intensywnie formułowane w XIX wieku, ale powracające - co doprawdy zdumiewa - także dziś. Pretensje mianowicie do doradzania Zachodowi, jak ma utrzymywać stosunki z Rosją i Rosji - jak ma postępować wobec Zachodu. Podstawą tych pretensji jest zarówno położenie geograficzne Polski, jak i rzekomo wyjątkowa wiedza, jaką na temat i Rosji, i Zachodu dysponujemy. W XIX wieku Zygmunt Krasiński czy Henryk Kamieński (by wymienić tylko postaci najbardziej znane) zupełnie bezskutecznie podejmowali się tego zadania "obrotowego" doradztwa. Nikt w Rosji i na Zachodzie polskich doradców nie słuchał ani nawet nie próbował czytać ich bardzo przecież inteligentnych i przenikliwych uwag. Współcześnie, by być słuchanym i by mieć poczucie, że stwarza się okazję do bycia wysłuchanym, trzeba prezentować poglądy wyraziste, ale i głęboko przemyślane. Dlatego zasadniczym błędem jest swoista ucieczka w stronę skrótowości i popularności, jaka stała się ostatnio w kręgach intelektualnych modna. Polega to przede wszystkim na organizowaniu niezliczonych konferencji, w trakcie których wystąpienia "panelowe" zastępują porządnie przygotowane referaty, a popisy błyskotliwości - rzetelną wiedzę. Moda ta opanowała cały zachodni świat i wynika z dwu powodów. Po pierwsze, uniwersytety i wszystkie inne instytucje wyższej refleksji rozliczają siebie i swoich pracowników z ilości i z aktywności - skoro ocena jakości jest w zasadzie niemożliwa do przeprowadzenia. Ponadto nikt nie jest upoważniony do pisania książki przez 10, a nawet przez kilka lat, bo to byłoby uznane za świadectwo tego, że nic nie robi. Trzeba być obecnym, więc publikuje się masowo w większości zupełnie bezwartościowe dla jakiegokolwiek rodzaju czytelnika prace zbiorowe i występuje się na dwu konferencjach tygodniowo. Kiedy to czynię, wiem, że odgrywam funkcję "kabareciarza" i że najważniejsze jest jedno zgrabne sformułowanie - tak, by mój głos został zapamiętany. Po drugie, moda na intelektualną powierzchowność wynika z podejmowania tematów, które wydają się pilne, ale których żadną miarą na konferencji czy w publicystycznej lub zbiorowej publikacji nie można wyczerpać, ani nawet dojść do sensownej konkluzji. Oto przykłady takich tematów: "skutki globalizacji", "przyszłość Europy" czy "problemy transformacji ustrojowej i gospodarczej". Chętny mógłby niemal codziennie w samej Polsce brać udział w jednej z takich konferencji, a Europę i Amerykę zjeździłby wzdłuż i wszerz, przez rok powtarzając ten sam numer, by na rok następny przygotować sobie inny, na przykład dokładnie odwrotny.

Mamy więc do czynienia z autodeprecjacją intelektualistów, chociaż często wynika ona z presji społecznej, medialnej czy zawodowej. Nie jest ona jednak nieuchronna - można wykorzystywać wiedzę, jaką dysponują intelektualiści, dla celów publicznych. W tym celu spełnione winny być następujące warunki. Po pierwsze odbiorcy, a zatem zarówno klasa polityczna, jak i opinia publiczna, powinni zrozumieć szczególny gatunek wiedzy, jakiej od intelektualistów mogą się spodziewać. Nie idzie o wiedzę specjalistyczną, czyli ekspercką (chociaż taka również jest potrzebna), lecz o wiedzę wynikającą z historycznej akumulacji myśli politycznej, społecznej czy filozoficznej. Akumulacja taka wyraża się zarówno w racjonalnie formułowanych obserwacjach, jak i w intuicji opartej właśnie na tradycji. Przykładem niech będzie wiedza na temat rewolucji. Wiemy mianowicie ponad wszelką wątpliwość, że rewolucje, czyli zmiany całościowe, są zawsze szkodliwe dla społeczeństw, że koszty rewolucji zawsze przewyższają zyski, że nie daje się przeprowadzić rewolucji od góry, bo prowadzi to nieuchronnie do dyktatury, że zawsze lepsza jest ewolucja od rewolucji. Inny przykład to refleksja i wiedza dotycząca demokracji. Otóż wiemy, że stan demokracji jest uzależniony od tego, jak duża jest dobrowolna partycypacja obywateli w życiu publicznym, a na poziom partycypacji ogromny wpływ ma stopień decentralizacji władzy. Im większa decentralizacja, tym silniejsza demokracja. Sięgam po przykłady banalne i - wydawałoby się - oczywiste, ale problemów tego rodzaju są setki i gdyby intelektualistów pytano, umieliby podać sporo odpowiedzi, oczywiście z różnym stopniem pewności.

Po drugie, odbiorcy powinni rozumieć, że nigdzie indziej podobnej wiedzy nie znajdą i że wiedza ta jest im potrzebna. Innymi słowy, odbiorcy powinni przejawiać pokorę w stosunku do wiedzy zbieranej przez ludzi przez pokolenia i chcieć z niej korzystać, a nie uważać, że sami znajdą sposoby na wszystko. Trzeba intelektualistom ufać, chociaż już nie przyznaje się im szczególnego miejsca w społeczeństwie. Zaufanie to świadczy o mądrości ufających oraz o rozumieniu podziału pracy społecznej, w ramach którego to podziału przyznaje się intelektualistom określone funkcje.

Po trzecie, spotkanie mądrości i działalności publicznej jest jedyną formą, dzięki której społeczeństwa nie podążają przed siebie na oślep. Samo sformułowanie przez intelektualistów wielkich problemów naszych czasów jest już bezcenne, gdyż polityków nie stać na myślenie w kategoriach "długiego trwania". Po czwarte i najważniejsze, przeszłość powinno się traktować nie jako "nauczycielkę życia" czy źródło dla "polityki historycznej", lecz jako autorytet i dostarczycielkę wzorów. Współczesne społeczeństwa chciałyby potraktować przeszłość jako ciekawe, wielkie muzeum i nic więcej. Do tego intelektualiści nie mogą dopuścić, gdyż bez autorytetu przeszłości, czyli bez autorytetu tego, co ludzie czynili, jak postępowali trafnie i jak błądzili, jak myśleli i jak cenili piękno, rozumienie współczesności jest po prostu niemożliwe.

Spełnienie tych warunków mogłoby doprowadzić nie tylko do uratowania intelektualistów przed autodegradacją, ale przede wszystkim do tego, by społeczeństwa, którymi rządzą wciąż nowi ludzie, nie powracały nieustannie do starych błędów. Jednak w dzisiejszej sytuacji zarówno podaż, jak i popyt w dziedzinie intelektualnej są w bardzo kiepskim stanie. Grozi nam to wspaniałym okresem politycznej i społecznej bezmyślności albo po prostu głupoty.

Marcin Król

p

*Marcin Król, ur. 1944, filozof, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel i redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa". Zajmował się historią polskiej myśli politycznej - na ten temat opublikował m.in. książki: "Sylwetki polityczne XIX wieku" (1974; wraz z Wojciechem Karpińskim), "Style politycznego myślenia: wokół >>Buntu Młodych<< i >>Polityki<<" (1979) oraz "Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku" (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił m.in. dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał: "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998), "Historię myśli politycznej" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio w nrze 153 z 10 marca br. opublikowaliśmy debatę z jego udziałem "Polska może być nowoczesna bez wieszania".