Jak pisze "Fakt":

Reklama

Ona i syn gwiazdy nie ukrywają, że za to, co się wydarzyło w Lewinie Kłodzkim, winią opiekunkę gwiazdy, Elżbietę Budzyńską. Dlaczego?

– Mój mąż już wcześniej donosił o zaniedbaniach, ale prokuratura zdecydowała, że ich interwencja jest bezprzedmiotowa – mówi nam pani Małgorzata. Violetta Villas zmarła w swym domu 5 grudnia. W tej chwili w sprawie jej śmierci toczy się śledztwo. Z wstępnych ustaleń prokuratury wynika, że przyczyną śmierci mogło być nieleczone złamanie nogi i zapalenie płuc. Urzędnicy sprawdzają, czy nie doszło do celowych zaniedbań i narażenia życia gwiazdy.

Przez ostatnie lata o Villas dbała jej opiekunka, Elżbieta Budzyńska, która mieszkała razem z divą. – Czuję się fatalnie. Jakby wszyscy mieli do mnie pretensję o śmierć pani Violetty. Jeszcze zabójczynię za mnie zrobią! A ja przecież tak ją kochałam – zwierzała się kilka dni temu pani Elżbieta. Nie ukrywała, że obawia się, że śledczy mogą zarzucić jej, iż źle zajmowała się divą.

– Ja nie mam żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś łamie nogę, to jest oczywiste, że natychmiast zawozi się go do szpitala, a nie zostawia w łóżku. Słyszeliśmy, że Violetta miała straszne odleżyny. Nie zdziwię się, jeśli to one doprowadziły do zapalenia płuc – mówi Małgorzata Gospodarek. Synowa gwiazdy przyznaje, że ani ona, ani jej mąż Krzysztof nie mieli dostępu do mamy. – Dom był dla nas zamknięty niczym twierdza. Wszystko tam było zabite, zadrutowane. Mówiono nam, że Violetta była zamykana w środku na skobel. Nikt z rodziny nie był przez Budzyńską wpuszczany na posesję. Nawet bratanica nie mogła jej poinformować o śmierci jej brata. Ta pani nie wpuściła jej na podwórko – opowiada.

>>>Czytaj więcej: Synowa Villas: Mama mogła żyć